Karolina Przewrocka: Dziś w nocy Izrael i Iran przypuściły wzajemne ataki, budząc w regionie lęk przed możliwością powrotu do krwawej wojny. Izrael zamknął szkoły. A w jakiej sytuacji ten poranek zastaje Twoją wspólnotę – katolików języka hebrajskiego w Izraelu?
Ks. Piotr Żelazko: Żyjemy energią wydarzeń ważnych dla naszego wikariatu św. Jakuba. Niedawno świętowaliśmy jego 70-lecie – w 1956 r. została w Izraelu odprawiona pierwsza msza katolicka po hebrajsku. Mimo napiętej sytuacji udało nam się zorganizować galę: przyjechali przedstawiciele naszych wspólnot z całego kraju, kard. Pierbattista Pizzaballa odprawił mszę. Potem była muzyka, trochę wspomnień i wręczanie medali.
Wcześniej była Wielkanoc, która z powodu wojny wypadła nam w schronach. W Niedzielę Palmową odprawiałem mszę 30 metrów pod ziemią, pod centralną stacją autobusową w Tel Awiwie. Katolickie rodziny z dziećmi, które nie miały schronów w swoich domach, przeniosły się do tych podziemi i przez 5 tygodni mieszkały tam w namiotach.
Potem w Cinematheque, najważniejszym kinie w Jerozolimie, zorganizowaliśmy premierę filmu dokumentalnego katolickiej telewizji KTO o naszej pracy z dziećmi z Filipin, które nie otrzymały w Izraelu legalnego statusu. Pokazanie filmu w tak ważnym kinie było dla nas sporym wydarzeniem.
Teraz kończy się rok szkolny i jak zwykle zorganizujemy kaitanot – kolonie dla naszych dzieciaków ze wspólnoty.
Gala, premiera, kolonie – a w polskich mediach czytamy, że katolicy w Izraelu są prześladowani i dla swojego bezpieczeństwa nie powinni ujawniać się ze swoją odmiennością. Jak to jest?
Zależy, jak na to spojrzymy. Bo trudno mówić o tym, że chrześcijaństwo jest wyraźnie obecne w Izraelu, jeżeli jego wyznawcy stanowią niecałe 2 proc. społeczeństwa – a więc można tu żyć, w ogóle nie spotykając chrześcijan. Dla zwykłego mieszkańca Izraela nie ma znaczenia, czy ktoś jest chrześcijaninem, czy muzułmaninem – ma natomiast znaczenie to, że jest Arabem, bo większość chrześcijan w Izraelu to właśnie Arabowie.
Katolicy języka hebrajskiego w Izraelu, czyli niespełna 1000-1200 osób, to osobna kategoria, wymykająca się podziałowi na Żydów i Arabów. Tu mówi się po hebrajsku, wiele osób ma pochodzenie żydowskie. Poza tym są u nas też Arabowie, Filipińczycy, Europejczycy, Amerykanie, Afrykańczycy.
Wszyscy funkcjonują całkiem normalnie: dzieci chodzą do szkoły, zdają maturę, potem część z nich idzie do armii, potem biorą śluby, pracują, robią karierę, biznesy. Troski mają takie same jak żydowscy Izraelczycy – lepsza praca, dobra szkoła, wysokość czynszu, ceny w sklepach. Normalne problemy – pod warunkiem, że nie ma wojny, bo wtedy normalne nie są, i to też dotyczy wszystkich. Zaryzykowałbym twierdzenie, że lepiej i łatwiej im się tu żyje niż w jakimkolwiek innym kraju na Bliskim Wschodzie.
Benedyktyński opat z Jerozolimy, Nikodemus Schnabel, powiedział niedawno, że Ziemia Święta wkrótce może stać się „rodzajem chrześcijańskiego Disneylandu”. Uważa, że wprawdzie święte miejsca pozostaną, a w nich mnisi i księża, ale nie będzie już świeckich chrześcijan. Zgadzasz się z tą opinią?
Absolutnie nie! W samym Izraelu wbrew wszelkim oczekiwaniom liczba chrześcijan wzrasta. Co roku w Boże Narodzenie publikowany jest raport statystyczny: było 1,8 proc., teraz jest 1,9 proc., i w tym roku prawdopodobnie będzie pełne 2 proc. społeczeństwa. To obecnie jedyny kraj na Bliskim Wschodzie, gdzie liczba chrześcijan rośnie i skąd chrześcijanie nie chcą wyjeżdżać.
Mówimy cały czas o Izraelu, bo tu sprawujesz swoją funkcję – nie o Gazie czy Zachodnim Brzegu. Czy masz porównanie, jak sytuacja wygląda w innych miejscach Bliskiego Wschodu?
Czasami jeżdżę do Libanu. Mam też regularny kontakt z łacińskim biskupem z Bejrutu. Gdy Izrael zabił w 2024 r. przywódcę Hezbollahu Nasrallaha, to nie słyszałem, by chrześcijanie po nim płakali. Wiem, że jest tam ciężko, bo Izrael robi naloty i walczy z Hezbollahem, ale wcześniej też nie żyło się najlepiej. Liban popadł w wielki kryzys finansowy. Podczas mojego ostatniego pobytu około północy zabrakło prądu.
Na konferencji episkopatu rozmawiałem też niedawno z biskupem łacińskim Syrii, który opowiadał o trudnych realiach życia w tym kraju. Więc z głosów, które do mnie docierają, wnoszę, że chrześcijanie w krajach Bliskiego Wschodu zmagają się z poważniejszymi problemami. I że nasze życie tu, w Izraelu, jest spokojniejsze, bo nie odbiega znacznie od poziomu europejskiego – czy to jeśli chodzi o poziom życia, podstawowe prawa, ochronę zdrowia, czy edukację.
Przynajmniej od 20 lat, odkąd żyję w Izraelu, czuję, że jest to kraj dużo łatwiejszy do życia niż choćby nawet Jordania – w której chrześcijan jest sporo, mają swoje szkoły, napięć prawie nie ma, a jednak ogólny poziom życia wpływa na całokształt dobrego samopoczucia.
Czy widzisz różnicę w tym, jak chrześcijanie zaczęli być traktowani po dojściu do władzy w Izraelu ugrupowań ekstremistycznych? Siedziba wikariatu jest akurat niedaleko Mea Szearim, ultraortodoksyjnej dzielnicy, i Starego Miasta, gdzie dochodzi do największej liczby ataków.
Nie lubię słowa „atak”. Ataki na chrześcijan są w Nigerii, gdzie porywa się dzieci, regularnie pali się kościoły. Tutaj mamy do czynienia z aktami wandalizmu typu graffiti, mową nienawiści, obrażaniem, opluwaniem. Oczywiście poza ostatnim wydarzeniem: pobiciem siostry zakonnej, bo to był atak fizyczny.
Ale to nie jest tak, że każdy, kto wychodzi na ulice izraelskich miast z krzyżykiem na piersi, od razu będzie opluty. A takie wrażenie mogą odnieść ci, którzy czytają te dramatyczne nagłówki z polskich mediów.
„Brutalny atak na katolicką zakonnicę w Izraelu”, „niespotykana dotąd przemoc”, „chrześcijanie coraz bardziej zagrożeni” – to kilka przykładów. Nie można jednak bagatelizować czyjegoś poczucia zagrożenia.
Nie bagatelizuję i wcale się nie dziwię, że niektórzy przełożeni zakonni tak to przedstawiają, bo faktycznie tego doświadczają. Nie mają szerszego doświadczenia duszpasterskiego, są odpowiedzialni za swoje siostry zakonne i zakonników, i podnoszą alarm.
Przy tym pamiętajmy, że nienawiść na tle religijnym jest okazywana codziennie na całym świecie. W tym samym czasie, gdy w Jerozolimie atakowano zakonnicę, w Londynie w żydowskiej dzielnicy dwukrotnie napadnięto kogoś z nożem w ręku. My jako chrześcijanie mamy potępiać wszystkie ataki nienawiści religijnej na całym świecie, a nie tylko nagłaśniać to, że biją naszych. „Nasi” to są wszyscy, którzy cierpią z powodu nienawiści religijnej. I tu musimy być bardzo zjednoczeni.
Te nagłówki Cię denerwują?
Tak, bo kreują równoległą rzeczywistość. Kiedy moja rodzina albo znajomi pytają mnie, czy rzeczywiście jest aż tak niebezpiecznie w Izraelu, i martwią się, że chodzę po mieście w koloratce lub z krzyżem, to mnie to denerwuje.
Ostatnio braliśmy udział w międzyreligijnym marszu z YMCA do Bramy Jafskiej. Szliśmy – muzułmanie, chrześcijanie, żydzi – poubierani w nasze stroje religijne: habity, sutanny, kipy, wszyscy razem. Nikt nas nie atakował.
Z drugiej strony – przy jednym z naszych klasztorów widnieje drogowskaz z symbolem – domkiem z krzyżykiem na znak, że jest to miejsce święte dla chrześcijan. Ten krzyżyk jest notorycznie zamalowywany sprejem. Wiem, że jest to zgłaszane, potem odpowiednie służby to czyszczą lub wymieniają drogowskaz, aż do następnego razu – bo komuś krzyż ewidentnie się nie podoba. I moim zdaniem trzeba to nagłaśniać – ale też pamiętać, że to się nie różni od gwiazdy Dawida na szubienicy nabazgranej na murze w polskim mieście. To są wulgarne akty wandalizmu na tle nienawiści religijnej i nie ma dla nich usprawiedliwienia.
Widzę, że dla niektórych te akty są świetnym pretekstem, by znów powiedzieć: ach, ci okropni Żydzi. A Izrael tych powodów do krytyki na arenie międzynarodowej daje już wystarczająco dużo. Ochocze zbieranie dodatkowych „dowodów” w kwestii ataków na chrześcijan tworzy bardzo wrogi, nieprawdziwy obraz Izraela.
Czy na pewno taki nieprawdziwy?
Wielu moich znajomych Izraelczyków odcina się od działań obecnego rządu i próbuje bronić obrazu otwartego Izraela, twierdząc, że to rząd, a nie ludzie odpowiadają za te decyzje. Ale zauważam, że nastroje w kraju, wśród ludzi, skręciły ostatnio w prawo, i to, jaka jest prawda o poglądach mieszkańców, zweryfikują dopiero kolejne wybory.
Myślę też, że pełny obraz sytuacji, wiedzę o tym, czy liczba tych zdarzeń statystycznie wzrasta, czy podejście policji się zmienia – będziemy mieli po jakimś czasie, porównując statystyki i raporty, np. te publikowane przez Yiskę Harani, izraelską działaczkę na rzecz dialogu żydowsko-chrześcijańskiego, i jej wolontariuszy, którzy zbierają dane na temat aktów przemocy i je publikują.
Poza tym Izrael to nie jest tylko jerozolimska starówka, gdzie aktów przemocy czy wandalizmu doświadczają rzeczywiście osoby w habitach, które przemieszczają się ulicami prowadzącymi pod Ścianę Płaczu.
Więc jaki jest dla świeckich chrześcijan ten zwykły Izrael?
Regularnie odwiedzam nasze wspólnoty w Tel Awiwie-Jafie, Hajfie, Beer Szewie, rozmawiam z ludźmi i nie słyszę, żeby nagle zaczęło się chrześcijanom żyć gorzej. Nie mam jednak wątpliwości, że atmosfera kreowana przez wydarzenia na wysokim szczeblu wpływa na ludzkie reakcje. Podczas naszego pokazu filmowego w Cinemateque wywiesiliśmy banner z napisem „hebrajskojęzyczni katolicy w Izraelu”. Zauważyła go starsza kobieta, która nie brała udziału w naszym pokazie. Podeszła do mnie i powiedziała stanowczo, że wprawdzie nie jest osobą religijną, ale sobie nie życzy katolików w Izraelu. Nie było z nią dyskusji.
Jak zareagowałeś?
Zastanowiło mnie, czy to jest związane z jakąś ogólną atmosferą i napięciem, czy tym, że język polityki obniżył swój poziom do minimum i uczy, że właściwie można publicznie powiedzieć wszystko i nie ponosi się z tego tytułu żadnych konsekwencji.
Nas, katolików, jest w Izraelu mało, jesteśmy zintegrowani ze społeczeństwem izraelskim. Ktoś może więc powiedzieć, że tajemnicą tego, że dobrze nam się w Izraelu, żyje jest to, że niewielu wie, że w ogóle tu jesteśmy. Być może gdybyśmy zaczęli jakoś bardziej manifestować naszą obecność, kto wie, jak to by wyglądało.
Dotąd wśród katolików w Izraelu sympatie kierowały się bardziej w stronę propokojowej lewicy, również przez fakt, że chrześcijanie izraelscy są w dużej mierze Arabami. Jak wygląda „profil światopoglądowy” katolików po latach tej okropnej wojny?
Mamy cały wachlarz osób o poglądach bardzo różnych i zawsze uczulam naszych księży, by jak najmniej manifestowali swoje poglądy, by każdy, kto przychodzi się modlić, czuł, że jest w domu. Te poglądy ujawniają się np. przy okazji spontanicznej modlitwy wiernych, którą praktykujemy w naszych wspólnotach. Ktoś modli się o błogosławieństwo dla premiera Netanjahu, a za chwilę ktoś inny modli się, żeby zakończyły się zbrodnie wojenne w Gazie. Jako księża musimy być neutralni, nie narzucać nikomu żadnej narracji.
Atak Hamasu 7 października był dla nas wielkim tąpnięciem. Wtedy wszyscy myśleliśmy w podobny sposób: byliśmy w rozpaczy, żałobie, gniewie. Potrzebowaliśmy czasu, by z tego wyjść. Ktoś ostatnio nam zarzucił, że nasze wspólnoty delikatnie skręciły w prawo. Czy tak jest – nie wiem, nie chcę tego oceniać. Sądzę jednak, że nie mamy we wspólnotach osób o bardzo skrajnych przekonaniach, bo jednak chrześcijaństwo ma moc wygładzania różnych skrajności.
Gdy dwa miesiące po ataku pytałam na tych łamach, jak chrześcijańscy Izraelczycy radzą sobie z traumą, powiedziałeś: „Pozostaniemy pomostem między religiami i narodami, ale najpierw dajcie nam przeżyć żałobę i gniew”. Czy teraz jest już moment, gdy można zacząć rozmawiać?
Tak, to już jest moment, w którym można zacząć widzieć sprawy szerzej, można wreszcie rozmawiać. Ale ciągle jeszcze widzę zderzenie dwóch narracji: jednej o tym, że Izrael dokonał zbrodni wojennych i łamał prawa człowieka, i drugiej o tym, że kiedy walczysz o życie, wszystkie środki są dozwolone – a Izrael walczy przecież o swoją egzystencję na Bliskim Wschodzie.
Mam wrażenie, że to jest obecnie główna narracja w Izraelu, wzmacniana zresztą przez kolejne alarmy przeciwrakietowe i, paradoksalnie, przez nieprzychylną Izraelowi opinię świata. Ale powoli przebijają się głosy, że trzeba szukać pokoju, bo nie można wszystkiego usprawiedliwiać wojną o przeżycie.
Jak Ty sam przeżyłeś ten trudny okres?
Sam też przeszedłem drogę od gniewu zaraz po 7 października po głębokie rozumienie, że nie można odczłowieczać wroga, i że nie wszystko jest dozwolone, nawet gdy walczysz o życie.
Rozumiem Cię, bo również przeszłam tę ścieżkę, ale dla Europejczyków jest ona niemal niezrozumiała.
Z kolei w samym Izraelu mało kto rozumie chrześcijańską specyfikę przeżywania tragedii. Gdy kard. Pizzaballa oznajmił, że odda się w niewolę Hamasu w zamian za uwolnienie zakładników, Izraelczycy przyjęli to z podziwem. Pytałem potem żydowskich znajomych, dlaczego brakuje w Izraelu innych takich głosów – celebrytów, filozofów, polityków. Czemu nikt publicznie nie powiedział: wypuśćcie ich, ja pójdę? Znajoma Izraelka odpowiedziała: nie mieści nam się w głowach, że tak można. To zupełnie nie jest wpisane w naszą kulturę.
To ciekawe, bo w każdej izraelskiej rodzinie są osoby, które służyły w armii. Mówimy później, że są bohaterami, którzy oddali życie za kraj. Choć judaizm mówi, że największą wartością jest twoje życie i masz go przede wszystkim chronić.
Pomyślałem, że to dobrze, że chrześcijaństwo wnosi do Izraela trochę tej innej, niezrozumiałej przyprawy. Chociażby poczucie tego, że prowokujemy do zadawania pytań, kiedy upominamy się o człowieczeństwo wroga albo o prawa człowieka, albo o to, że warto poświęcić życie za innych.
Często w Izraelu słyszy się powiedzenie: nie bądź frajer. Nie ustępuj. To część tutejszego światopoglądu.
W dodatku historycznie uwarunkowana: bo przecież na Bliskim Wschodzie, gdy nie będziesz się rozpychał łokciami, to ci wszystko zabiorą. Gdy czasem opowiadam coś o próbie przebaczenia i proszenia o przebaczenie, bezwarunkowego kochania, to słyszę hebrajskie powiedzenie: „Gdy będziesz tak kochał ludzi, to cię zjedzą bez soli”. Mimo wszystko powtarzam ludziom: warto odpuścić. Nie zawsze bycie frajerem jest złe. Nawet na Bliskim Wschodzie.
Jak ta wojna zmieniła Twoją modlitwę?
We wspólnocie często modlimy się za młodzież w armii z ich rodzinami, matkami. Zapewniam też moje znajome Izraelki, że modlę się za ich dzieci, bo wiem, że one same też się modlą, nawet gdy na co dzień są niereligijne. Czuję, że nawet gdybym nie wierzył w to, że Pan Bóg czuwa i że może pomóc, to i tak bym się modlił, żeby te dzieciaki, które znam, wróciły.
A czy modlisz się jeszcze o pokój?
Każdą modlitwę zaczynam i kończę taką modlitwą, bo czuję, że muszę. Jesteśmy zobowiązani do modlitwy o pokój, nawet jeśli sami nie do końca wierzymy w to, że przyjdzie. Mam takie doświadczenie, że na wieczornej modlitwie zdaję sobie sprawę z przytłoczenia tymi wszystkimi dramatami z całego dnia, i mówię Bogu: nie chcę już do tego wracać, to dla mnie za dużo. Po prostu Ci to oddaję, i Ty już wiesz, co z tym zrobić. To też sposób na to, by siebie ochronić: nie mam w sobie siły, by wracać w modlitwie do szczegółów tylu trudnych doświadczeń, bo wiem, że następnego dnia będą kolejne.
Te emocje nie mogą nas determinować. Złe doświadczenia nie mogą mieć wpływu na to, jak idziemy do przodu. To trudne, ale konieczne. Chciałbym za jakiś czas móc powiedzieć, że izraelscy chrześcijanie byli grupą, która jako pierwsza ocknęła się po szoku 7 października i jako pierwsi zaczęli mówić o prawach człowieka.
O wikariacie św. Jakuba i możliwościach udzielenia wsparcia można przeczytać na stronie friendsofstjames.org
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











