Nowa moda na wystawianie „Hamleta” zaczęła się w kwietniu ubiegłego roku, kiedy swój spektakl w warszawskim Teatrze Narodowym wystawił Jan Englert. Przedstawienie jeszcze przed premierą zyskało rozgłos, wybitny aktor i reżyser żegnał się nim z dyrekcją narodowej sceny, podsumowując dwadzieścia osiem lat pracy przy Placu Teatralnym.
Inscenizacja stała się niestety prostym komentarzem do domniemanego przewrotu, czyli zmiany w Narodowym. W prologu wynoszono więc podobizny Englerta (obecnego tylko przez głos Ducha Ojca), a dawni przyjaciele, jak szary zausznik każdej władzy Horacjo (Przemysław Stippa) okazywali się zdrajcami. Do tego Gertruda w kapelusiku Melanii Trump, a na koniec Fortynbras, czyli Putin obejmujący w Danii, czytaj Polsce, niepodzielne rządy.
Zbyt oczywista to wizja, nielicująca z przenikliwością poprzednich reżyserskich prac artysty, z „Trzema siostrami” Czechowa albo „Fredrą. Rokiem jubileuszowym” na czele. Po premierze prawie wszyscy zachwycili się Hugo Tarresem w tytułowej roli. Mnie jakoś młody aktor nie porwał.
Do dziś wydaje mi się, że więcej z szekspirowskiego bohatera ma jego Hal Incandenza w „Niewyczerpanym żarcie” według Davida Fostera Wallace’a, wyreżyserowanym przez Kamila Białaszka kilka miesięcy później. Też w końcu pisanym na przetrąconym hamletowskim wzorcu.
Kamil Białaszek: reprezentant nowej generacji twórców w polskim teatrze
Maja Kleczewska mówiła jakiś czas temu, że twórcy jej pokolenia czekają, aż pojawią się nowi, wywrócą stolik, niegdysiejszej awangardzie pokażą miejsce w szeregu klasyków i sami przejmą sceny. No to szefowa Teatru Powszechnego w Warszawie się doczekała.
Ten „nowy” nazywa się Kamil Białaszek i nie bez przyczyny w obecnym sezonie pracował najpierw w przy Placu Teatralnym, a potem przy ulicy Zamoyskiego. Nie wiem, czy można go nazywać reprezentantem szerszego nurtu albo uznawać za odbicie generacji. Białaszek to Białaszek, na dobre i na złe.
W życiu poprzednim (albo jeszcze równoległym) jest raperem Kozą. Na rap przełożył w poznańskim Teatrze Polskim „Pana Tadeusza”. Spektakl stał się festiwalowym przebojem, mnie wydał się pusty, męczący i nieszczególnie inspirujący. Niemiłosiernie cierpiałem też na zrealizowanym przez niego „Skowycie” Ginsberga w Teatrze Żydowskim w Warszawie.
Wszystko zmieniły jednak „Niewyczerpany żart”, a teraz „Hamlet”. Po nich wiem, że to gość, który ma w sobie prawdziwą, a nie wystudiowaną artystyczną bezczelność i nie boi się, gdy czegoś nie wie. Więcej – z dystansem to ogrywa, bo rozumie, że teatr, przynajmniej takiego twórcy jak on – na początku drogi – wcale nie musi zawsze być przepastnie mądry.
W „Hamlecie” są dystans i dezynwoltura, a nawet trochę obciachu. Wolno mi – zdaje się mówić Białaszek. Co mi zrobicie?
„Hamlet” Białaszka jak korporacja
Księcia Danii gra Antek Sztaba. Tyle że Dania to nie żadne królestwo, a korporacja. Wyzyskiwani pracownicy w maskach goryli trudzą się walką o ożywienie „Hamleta”, więc uporczywie go przepisują, jako nieskończona liczba małp przy katorżniczej, syzyfowej pracy. Gadają przy tym, ile wlezie, na Szekspira i tradycję, jednak reżyser widowiska w Powszechnym za dużo rozumie, by oryginał bezceremonialnie podeptać i wyrzucić na śmietnik.
Owszem, na nowo oświetla postaci. Niektórym, jak Ofelii, daje lustrzane odbicie, w roli obsadzając dwie aktorki – przykuwającą uwagę, prawdziwie zbuntowaną Natalię Szczypkę oraz Ewę Skibińską, która stanowi jej pośmiertne odbicie, wieczną maskę, dysponującą wiedzą o tym, co zdarzyło się po słynnej scenie szaleństwa i utonięciu.
Innym, jak Klaudiuszowi Arkadiusza Brykalskiego, daje rozwrzeszczaną patriarchalną siłę, czyli w istocie słabość. Atrybutem władzy staje się zbudowany z pisuarów tron, a król męczy się przy nich, mając widoczne kłopoty z fizjologią. Michał Czachor z kolei w roli Horacja mógłby być kimś z dworu Donalda Trumpa, ale wydaje się, że bardziej robi z siebie nieszczególnie rozgarniętego, niż taki rzeczywiście jest.
Nieciekawe to towarzystwo i trudno Hamletowi się dziwić, że jawnie nim pogardza.
„Hamlet” Białaszka rozsadza świat i samego siebie
Białaszek portretuje w Powszechnym szajkę podrzędnych typków, obnażając jednocześnie ośmieszający się co krok światek bezwzględnej, bezceremonialnie głupiej władzy. Społeczeństwo jest zmęczone – powtarza za Byung-Chul Hanem i dodaje, że również zobojętniałe. Dlatego szekspirowska rozgrywka staje się tylko licytacją min, gestów, wystudiowanych póz, wspieranych przez wszechobecne aplikacje i złowrogą AI.
Reżyser wznosi na scenie patriarchalny układ sił jedynie po to, by obnażyć jego wyczerpanie. Stąd kluczowa podwójna obecność Ofelii, a przede wszystkim ostrość Gertrudy w wybitnej interpretacji Anny Ilczuk. Przeżarta gorzką samoświadomością kobieta rzuca wyzwanie męskiemu światu, nakłuwając jego słabość i hipokryzję.
Wstrząsająca jest całkiem na nowo napisana sekwencja rozmowy z Hamletem, kiedy wygarnia synowi całą prawdę i wreszcie dopomina się o swoje. Ilczuk nie szuka przy tym miękkich środków, daje Gertrudzie determinację złamanej, ale wciąż silnej, walczącej kobiety.
Królowa ma rację, gdy druzgocąco ocenia Hamleta. W interpretacji Sztaby i Białaszka Hamlet jest nieustannie w bardzo złym humorze. To rozkapryszony emo młodzian z nosem w smartfonie, wciąż na insta i TikToku. Pogubiony, ale i zakochany w sobie, antypatyczny, ale jakoś w tym nam bliski, choć przecież odpychający. Znany dotychczas z musicalu „1989” (grał Aleksandra Kwaśniewskiego) Antek Sztaba znajduje dla swojego Hamleta zadziwiającą barwę między sprzecznościami, jego kreacja ustawia całą inscenizację.
Bo Hamlet Sztaby jest taki jak „Hamlet” Białaszka – bezczelny. Rozsadza świat i samego siebie. Czasem swe zagubienie obśmiewa (jak Białaszek swoje, gdy nie wie, jak odczytać jakiś fragment), częściej wyszydza korpoświat dookoła. Gra na wielu tonach.
Czytam, że to jest „Hamlet” generacji Z, i chyba się z tym zgadzam. Jednak diagnoza młodego twórcy sięga głębiej. Dramat Szekspira posłużył mu do tego, by podłożyć pod niego bombę i zapalić lont. A przy okazji wysadzić nasze wyobrażenie o świecie i poczucie, że jest rozpoznany.
Nie, nic nie wiemy i ktoś taki jak Kamil Białaszek wyrwał nas z błogiego letargu.
„Hamlet” po śląsku: jak to się udało
O tym, że Teatr Śląski w Katowicach robi „Hamleta” po śląsku, słyszeli chyba wszyscy. Wydarzenie epokowe, dramat Szekspira w śląskiej godce i w przekładzie Mirosława Syniawy brzmi fenomenalnie. Kompletnie mnie nie dziwi, że miejscowa publiczność słysząc „Być albo niy być – to ci je pytanie / Zõcnij je w duchu ciyrpliwie wystõwać”, ma łzy w oczach i przeżywa uniesienie.
Dla niej „Tragedyjo Hamleta, ksiyncia Dynymarku” to więcej niż przedstawienie, to doświadczenie umacniające tożsamość, a zatem wykraczające poza kategorię ocen. Spektakl Roberta Talarczyka jest ukoronowaniem śląskiej linii prowadzonego przez niego teatru, dojściem do punktu, po którym do zagrania po śląsku zostały już chyba tylko „Dziady” i „Wesele”.
Nad sceną Śląskiego góruje znajomy zarys szybu kopalni, wiadomo, że tragedyjo dzieje się dokładnie tu, a Hamlet (Paweł Kempa) z poczernionymi od węglowej sadzy oczami to chłopak stąd, z familoków. Horacjo (Dariusz Chojnacki) nosi górnicze czako i z tego powodu w finale doznaje upokorzenia. Talarczyk uznaje, że „Hamlet” niczym gąbka wchłonie Śląsk, i na tym przeświadczeniu buduje całą inscenizację.
Chwilami efektowną, dynamiczną w układach choreograficznych, pełną zrozumiałych dla widowni smaczków. Broni się zespół katowickiego teatru, jednak tym razem z wyjątkiem ociekającego fałszem, śmiesznego i strasznego Klaudiusza Marcina Gawła niełatwo znaleźć tu kreacje na miarę dzieła Szekspira. Trudno w dodatku zrozumieć, dlaczego Poloniuszem jest Grażyna Bułka, skądinąd znakomita, a Rosencrantzem i Guildensternem Jan Jakubik i Aleksandra Przybył.
Doceniam obsadzenie i wdzięk profesorów Tadeusza Sławka i Ryszarda Koziołka jako kopidołów, ale ich udział to środowiskowy żart, chyba niewiele więcej z niego wynika. Ewelina Adamska-Porczyk, świetna tancerka i choreografka, gra Ofelię mocnym ruchem, ale ta rola z trudem broni się, pozbawiona większości słów.
Przedstawienie jest efektowne, publiczność podąża za akcją, ale nie otrzymuje wiele więcej. „Hamlet” Talarczyka zdaje się pozbawiony metafizyki, kluczowe pytania brzmią w nim, jakby były pustymi sentencjami, które po prostu trzeba wypowiedzieć. Nie wiem, czy to skutek strategii reżysera i jego przeświadczenia, że Śląsk to dziś kraina wiecznego biegu i walki o przetrwanie, więc na kwestie fundamentalne zwyczajnie nie ma tu miejsca – czy jednak niedopracowania interpretacji arcydzieła.
„Hamlet” w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie: jałowy słowotok
Kolejnym wydarzeniem w hamletowskim cyklu miał być spektakl w krakowskim Narodowym Starym Teatrze. Nie „Hamlet”, a „Mam coś w głębi nie do przedstawienia. HAMLET”. Nie Szekspir, a Paweł Demirski. Nic w tym złego, w końcu od pięciu lat czekaliśmy na powrót Demirskiego do teatru, a skoro wraca, to dobrze, że na scenę, gdzie odnosił największe sukcesy. Dało się również słyszeć, że autor „W imię Jakuba S.” szykuje osobistą sztukę o ojcu, ktoś nawet miesiące temu zapowiadał jej nieodległe wystawienie.
Koniec końców sztuka jest, żywi się motywem relacji osieroconego syna i ojca, a dokładniej mówiąc: Ducha Ojca, z dramatu Szekspira bierze postaci, niektóre słowa, trawestuje znane sekwencje. Ma być jednak osobistym rozliczeniem z ojcem i jego brakiem, opowieścią o odziedziczonej traumie własnej, pod którą mogliby się podpisać przedstawiciele skrzywdzonego i emocjonalnie wydrążonego pokolenia.
Kłopot w tym, że trwające trzy i pół godziny widowisko Remigiusza Brzyka nuży płaczliwym tonem jałowych zwierzeń Hamleta (Kamil Pudlik), a w miejsce rozwalonej relacji z Szekspirem buduje jedynie fałszywie ironiczną historię o tym, jak na szacownej narodowej scenie wylewa się prywatne żale.

Sztuka Demirskiego tonie w pustym słowotoku, nie tyle niczym nie zaskakuje, co nawet nie przykuwa uwagi do postaci. Aktorzy – bardzo dobrze – grają na instrumentach, Paulina Kondrak jako Ofelia ma mocny głos, ale to nie wystarcza do stworzenia „Hamleta” w wersji brudnej, garażowej, szczerej dzięki spowiedzi autora i bohatera.
Tym bardziej że Demirski, lat czterdzieści siedem, oskarża pokolenie ojców (Klaudiuszy) o zdradę ideałów i służbę systemowi, podczas gdy sam – wzięty autor i scenarzysta – jest owego systemu beneficjentem. Dlatego to, co zostaje na scenie z jego wyznania, kapie fałszem i minoderią. I nie ma w sobie nic z energii punkowego buntu, na jaką przed inscenizacją Brzyka i Demirskiego liczyli niektórzy.
Jest jeszcze uwięziony w kleszczach technologii, nierówny, ale chwilami bardzo wciągający „Hamlet” Jana Marka Kamińskiego z Teatru Fredry w Gnieźnie, ukazujący jednostki wrażliwe i czujące jako swoiste usterki w industrialnym społeczeństwie. Jest ponoć frapujący „Hamlet” Jacka Jabrzyka z Teatru Zagłębia w Sosnowcu.
Nie udało mi się go dotąd zobaczyć, ale nadrobię zaległość w Gdańsku na Festiwalu Szekspirowskim, bowiem wraz przedstawieniami Białaszka i Talarczyka powalczy o Złotego Yoricka dla najlepszego szekspirowskiego spektaklu sezonu. Czy to koniec? Zobaczymy. Na razie „Hamlet” naznacza polski teatr, stając się dowodem jego siły i słabości jednocześnie.
JACEK WAKAR jest szefem działu kultury Polskiej Agencji Prasowej
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.










