Król Ameryki. Anita Piotrowska recenzuje film „Elvis”

Oglądamy film kostiumowy w podwójnym tego słowa znaczeniu: jego sztuczny świat nie ukrywa swego przebrania. Opera mydlana, którą stało się życie Elvisa Presleya, obnaża patologiczne mechanizmy w przemyśle rozrywkowym.
Czyta się kilka minut
Kadr z film „Elvis” / MATERIAŁY PRASOWE WARNER BROTHERS
Kadr z film „Elvis” / MATERIAŁY PRASOWE WARNER BROTHERS

Po kimś, kto dwie dekady temu nakręcił „Moulin Rouge”, a wcześniej tak pięknie uwspółcześnił „Romea i Julię”, nie można było spodziewać się jedynie „biopiku” o Elvisie. Australijski reżyser Baz Luhrmann robi filmy rzadko i może dlatego nie wytraca swej energii. Jego kino działa z mocą zderzacza hadronów. Jest maksymalnie rozpędzone, elektryzujące i eklektyczne, naładowane wizualnymi pomysłami, ale też emocjami. Gdyby jednak potraktował Presleya wyłącznie jak ikonę-legendę, którą należy zrekonstruować lub zdekonstruować w imię spektaklu, jego najnowszy film, „Elvis”, byłby po prostu przeskalowanym fajerwerkiem. Tymczasem film ma ambicje, żeby być czymś znacznie więcej.

Sprzyja temu sprytny zabieg narracyjny. Historię Elvisa opowiada nam bowiem jego największy sprzymierzeniec, a z czasem największy wróg, współtwórca kolejnych wizerunków i jungowski cień, czyli „pułkownik” Tom Parker – wieloletni menedżer, manipulator, hoch­sztapler. Luhrmann skradł ten pomysł wprost z „Amadeusza”, gdzie głos Salieriego zza kadru brzmiał jak opowieść szaleńca i ogarniętego resentymentem „przegrywa”, stąd nie mógł być wiarygodny, przemawiał za to językiem uniwersalnego mitu. W „Elvisie” mówi do nas zaś superłotr, który u progu śmierci nadal ogrzewa się presleyowską legendą, pędząc przez dwadzieścia lat amerykańskiej historii i wlokąc za sobą stojak z kroplówką. Zastosowana subiektywizacja zawęża perspektywę filmu, który na pierwszy rzut oka wydaje się dziełem totalnym. A Luhrmann traktuje to jako świetne usprawiedliwienie – opowiada wszak o człowieku, z którego zrobiono produkt.

Nic też dziwnego, że aktorstwo i piosenkarstwo Austina Butlera kojarzy się z obwoźnymi hologramami, jakimi próbuje się dziś wskrzeszać dawne bóstwa, by ciągle dało się na nich zarabiać. Sam Luhrmann chciałby jednak odciąć się od tak pojętej eksploatacji. Dlatego w rozbuchanej historii ubogiego chłopaka z Memphis, który został królem Ameryki, przegląda się krytyczna opowieść o niej samej. Nie przypadkiem w szemranego „pułkownika” wciela się Tom Hanks, ukryty pod charakteryzacją, obsadzony wbrew emploi, mrugający do naszych popkulturowych skojarzeń (to mały Forrest Gump uczył przecież Elvisa tańczyć). Jednocześnie reżyser znany z tego, że lubuje się zarówno w celebrowaniu ekstazy, jak i romantyzowaniu upadku, widzi w Elvisie upadły ­American dream, hybrydę komiksowego superbohatera i nowego obywatela ­Kane’a. Z kalejdoskopu obrazów relacjonujących fabrykowanie gwiazdora wyłania się kraj rządzony przez rasę, kasę i przemoc.

Luhrmann usiłuje więc stworzyć produkt ulepszony, widząc w Elvisie ikonę ważnych przemian – tych obyczajowych, zwiastowanych przez skandalizujące ruchy ciała i queerowy wizerunek, i tych rasowych, jako biała twarz równouprawnienia Afroamerykanów, od których on, dzieciak z głębokiego Południa, zapożyczał „murzyńskie rytmy”. Reżyser próbuje skonstruować pomost między lękami i pragnieniami bohatera a zbiorowym stanem umysłu przeoranego przez polityczne zamachy, owładniętego coraz większą konsumpcją, zwątpieniem w instytucje państwa i ucieczką w miraże show biznesu. Robi to, na szczęście, z dużym wdziękiem i biglem. Jego stusześćdziesięciominutowe show (pierwotna wersja trwała cztery godziny) ani na moment nie traci wigoru. W tym czasie Butler ma na sobie aż dziewięćdziesiąt przepysznych kostiumów, nożyczki montażowe pracują jak oszalałe, wszystko się mieni, błyszczy, namnaża, a z ekranu spływają nie tylko kawałki w wykonaniu Butlera i Presleya, lecz i współczesny hip-hop.

Oglądamy zatem film kostiumowy w podwójnym tego słowa znaczeniu: zasysając nas w swój sztuczny świat nie ukrywa jego przebrania. Bierze w cudzysłów operę mydlaną, którą stało się życie Elvisa, by obnażać patologiczne mechanizmy nasilające się wówczas w przemyśle rozrywkowym. Dlatego puchnący, coraz bardziej karykaturalny Presley zamiast budzić współczucie, do końca pozostaje metaforą. Kiedy „pułkownik” oskarża, że to my zabiliśmy Elvisa naszą miłością, jest z pewnością coś na rzeczy, aczkolwiek mówi tym więcej o nas niż o nim. I nawet wtedy, gdy retrospekcje przywołują rodzinny oraz kulturowy pejzaż, w jakim Presley dorastał, nie udaje się przeniknąć jego persony. Ani tej scenicznej, ani odbitej w cynicznym spojrzeniu „pułkownika”. Jeśli w tym filmie Elvis żyje, to raczej w piosenkach i ich żywiołowych wykonaniach, podanych tutaj na sterydach, z rozmachem godnym luksusowego hotelu w Las Vegas. ©

ELVIS – reż. Baz Luhrmann. Prod. Australia/ /USA 2022. Dystryb. Warner. W kinach.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 27/2022

W druku ukazał się pod tytułem: Król Ameryki