Kongo i Rwanda: czy to początek kolejnej wojny?

Partyzanci, którzy zdobyli kongijską Gomę, należą do Ruchu M-23, ostatniego wcielenia zbrojnych Tutsich. Przywódcy straszą, że nie chodzi im tylko o wojenne skarby, ale o stolicę Demokratycznej Republiki Konga, Kinszasę.
w cyklu Strona Świata
Czyta się kilka minut
Kongo, Rwanda, wojna
Ulice Gomy po walkach. Na ziemi wyposażenie porzucone przez cofającą się kongijską armię rządową. 30 stycznia 2025 r. // Fot. Cyrile Ndegeya / Anadolu / ABACA / East News

W poniedziałek 27 stycznia 2025 r. partyzanci zdobyli Gomę, stolicę prowincji Kivu-Północ. Zajęcie miasta było zwieńczeniem noworocznej ofensywy, w wyniku której rebelianci przejęli prawie całe Kivu-Północ i pogranicze z Rwandą. W środę bojownicy ruszyli na południe, zachodnim brzegiem jeziora Kivu. Zajęli miasteczka Kalungu, Kanyezire i Mukwinję. Obecnie maszerują w kierunku Bukavu, odległej ok. 200 kilometrów od Gomy stolicy sąsiedniej prowincji Kivu-Południe, do tamtejszego lotniska w Kavumu.

Hutulandia: państwo na wygnaniu

Miasta Goma i Bukavu, liczące około miliona ludności (w Gomie żyło w ostatnich latach także około miliona wojennych uchodźców) są największymi metropoliami kongijskiego wschodu, jednego z najpiękniejszych i najbogatszych zakątków Afryki, które toczące się tam od ponad ćwierć wieku wojny przemieniły w nowe pola śmierci.

Wojna przelała się tu z Rwandy, gdzie w 1994 r. rządzący Hutu, stanowiący trzy czwarte ludności kraju, w sto dni wymordowali prawie milion Tutsich. Zajęci ludobójczymi pogromami nie byli jednak w stanie stawić czoła partyzantom Tutsim, którzy spiesząc z Ugandy rodakom na ratunek, pod dowództwem komendanta Paula Kagamego, wówczas niespełna czterdziestolatka, zajęli Kigali i przejęli w Rwandzie władzę.

Ludobójcy – wraz z 2-3 milionami Hutu, współuczestnikami zbrodni – w obawie przed zemstą uciekli przez miedzę do wschodniego Konga, gdzie w rozłożonych przez ONZ obozach dla uchodźców założyli swoje państwo na wygnaniu, Hutulandię, z własnym rządem, sądami, policją i wojskiem, pragnąc za jakiś czas wrócić z wojną do Rwandy i odzyskać w niej władzę.

Tutsi, nowi przywódcy z Rwandy, nie mogąc się doprosić, by kongijski dyktator Mobutu Sese Seko zrobił porządek z Hutu, w 1996 r. wzniecili na wschodzie Konga pierwsze zbrojne powstanie. Skrzyknęli wtedy przeciwników Mobutu, pomogli im stworzyć partyzanckie wojsko i podesłali żołnierzy, by wspólnie rozgromić nadgraniczną Hutulandię. 

Największa wojna współczesnej Afryki

Powstanie udało się tak dobrze, że wspierani przez Rwandę – a także Ugandę i Burundi – partyzanci zajęli błyskawicznie nie tylko krainę Kivu, rozpędzając obozy uchodźców Hutu (w walkach, pogromach, a także podczas ucieczki przez dżunglę zginął kolejny milion ludzi), ale zajęli Kisangani, Kanangę i Lubumbaszi, a potem ruszyli na odległą o półtora tysiąca kilometrów Kinszasę. W maju 1997 r. przegnali Mobutu. Jego miejsce w kongijskiej stolicy zajął przywódca powstania Laurent-Desire Kabila, który ogłosił się prezydentem.

Wyniesiony do władzy Kabila ani myślał być bezwolną marionetką rwandyjskiego przywódcy Paula Kagamego, ani stróżem wytyczonej przez niego w Kivu buforowej strefy, mającej chronić rwandyjskich Tutsich przed odwetem ukrywających się w Kongu Hutu. Ten widząc, że niewdzięcznik Kabila próbuje się od niego uniezależnić, latem 1998 r. ponownie posłał swoje wojska do Konga.

Tym razem powstanie przerodziło się w największą wojnę współczesnej Afryki. Wzięło w niej udział dziesięć afrykańskich państw (Rwanda, Uganda i Burundi po stronie rebelii, Angola, Namibia, Zimbabwe, Czad, Sudan, Libia – po stronie Kinszasy). Wojna trwała pięć lat, a od kul, z chorób i głodu zginęło w niej – według rozmaitych szacunków – 4-5 milionów ludzi. 

Zginął też sam Laurent-Desire Kabila, zabity w 2001 r. w zamachu. Na prezydenckim fotelu zastąpił go syn, Joseph, który w 2003 r., pod naciskiem ONZ, Zachodu i Afryki, podpisał pokój z rebeliantami.

Walka o kobalt

Pokój sprawił, że przy pomocy ONZ i Unii Europejskiej w Kongu po raz pierwszy od pół wieku udało się przeprowadzić wolne wybory (wygrał je urzędujący przywódca Joseph Kabila), ale na wschodzie, w krainie Kivu, wojna jedynie przycichła. Z otwartej, ludobójczej, przerodziła się w grabieżczą.

Pomni doświadczeń z Kabilami, rwandyjscy Tutsi tym razem zdecydowali, że bezpieczeństwa strefy buforowej nad jeziorem Kivu nie zlecą kongijskiemu wojsku rządowemu, lecz partyzantce kongijskich Tutsich (poza Rwandą, Burundi i wschodem Konga, Tutsi żyją też w Tanzanii i Ugandzie), których Rwanda będzie szkolić i zbroić, a także wspierać, jeśli będą potrzebować pomocy.

Rwandyjscy generałowie odkryli, że wojna może przynieść ich krajowi, a także im samym, bogactwo. Odtąd, polując nad jeziorem Kivu na partyzantów Hutu, polowali też i przejmowali na własność najbogatsze kopalnie i złoża cennych minerałów: złota, cyny, a zwłaszcza kobaltu, koltanu czy tantalu, niezbędnych do produkcji telefonów komórkowych i przenośnych komputerów, a także akumulatorów, koniecznych dla przestawienia energetyki z dotychczasowych paliw, węgla, ropy naftowej i gazu ziemnego, na „czyste źródła”.  

W ślady partyzantów poszli inni i dziś, na kongijskim wschodzie, działa setka zbrojnych partii, zajmujących się bardziej grabieżą kopalń niż wojaczką. Przykład dał zresztą sam rząd z Kinszasy, który za wsparcie w wojnie z lat 1998-2003 płacił sojusznikom koncesjami na wydobycie cennych minerałów (niewiele na świecie krajów posiada tak wiele i tak cennych surowców co Kongo).

Największe zyski z grabieży – zarówno zarobek, jak polityczne wpływy – czerpią kongijscy Tutsi, najsilniejsi z partyzantek, oraz ich dobrodziejka, Rwanda. Kongijskie grabieże stały się procederem tak dochodowym, że polowanie na rebeliantów Hutu zeszło na drugi plan.

Jak koltan wędruje z Rwandy na Zachód

Zeszłoroczną wiosną partyzanci Tutsi zajęli górnicze miasto Rubaya, opodal którego leży jedna z najbogatszych na świecie kopalń koltanu, Bibatama. Pochodzi z niej jedna piąta światowego wydobycia. Według szacunków ONZ z samych ceł, podatków i haraczów, ściąganych od górniczych firm wydobywających w Bibatamie koltan, partyzanci czerpią co miesiąc prawie milion dolarów dochodów.

Dodatkowo zarabiają wywożąc surowce do Rwandy, która sprzedaje je światu. Eksperci z ONZ podliczyli, że w ciągu ostatnich dwóch lat dochody Rwandy – miliardowe – ze sprzedaży surowców mineralnych wzrosły dwukrotnie. Również dwukrotnie wzrósł eksport złota z Rwandy do Dubaju, choć w Rwandzie złóż złota prawie nie ma.

Koltan, tantal czy kobalt, potrzebne do nowoczesnych technologii, wędrują z Rwandy na Zachód. Przed rokiem Unia Europejska podpisała nawet z Rwandą stosowną umowę w tej sprawie. W Kongu targ ten uznano za jawne paserstwo (to dlatego takie protesty wywołała w Kinszasie złożona w tym samym niemal czasie wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w Rwandzie).

Wojna i grabieżcza orgia przemieniła Kivu w pola śmierci, przemocy, bezprawia, gwałtu oraz niewolniczej pracy, do której zmuszani są tamtejsi wieśniacy. Jedna trzecia z 10 milionów mieszkańców Kivu (głównie północy) stała się wojennymi tułaczami.

Ruch M-23

Partyzanci, którzy w poniedziałek zdobyli Gomę, należą do Ruchu M-23, ostatniego wcielenia zbrojnych rebelii kongijskich Tutsich. Nazwę ugrupowania wzięli od daty 23 marca, kiedy to w 2009 r. zawarli z rządem w Kinszasie pokój. Obiecali złożyć broń, a kongijski prezydent Joseph Kabila miał wcielić ich do rządowego wojska.

Trzy lata później partyzanci podnieśli nowy bunt. Wspierani, jak zwykle, przez Rwandę, wszczęli zbrojną rebelię, twierdząc, że ich oszukano, a rząd nie spełnił obietnic. Znów gromili kongijskie wojsko, zajęli nawet Gomę. Wycofali się z miasta po kilku dniach, gdy wystąpiły przeciwko nim wojska ONZ (od 1999 r. w Kongu stacjonuje kilkanaście tysięcy „błękitnych hełmów”), a Zachód zagroził sankcjami i ostracyzmem. Podpisano kolejny pokój, partyzanci obiecali złożyć broń, a Kinszasa wcielić ich do rządowego wojska i przyznać kongijskim Tutsim szczególną ochronę.

Grabieże nie ustały jednak nigdy, a pokój skończył się przed czterema laty, gdy nowy prezydent Konga Félix Tshisekedi wyciągnął rękę w geście przyjaźni do Ugandy i Burundi i pozwolił, by ich wojska w pościgu za rebeliantami zapuszczały się na kongijskie ziemie, ale odmówił tego przywileju Rwandzie. 

Wkrótce potem Ruch M-23 odrodził się pod starą wojskową komendą Sultaniego Makengi, weterana rwandyjskich wypraw wojennych, i pod politycznym przywództwem Bertranda Bisimwy. Po staremu też kierowniczą rolę w powstaniu grała Rwanda, szkoląc i uzbrajając partyzantów oraz posyłając im do pomocy własne wojsko, uchodzące za jedno z najlepszych, najbardziej zdyscyplinowanych i najbitniejszych w całej Afryce.

ONZ: Kigali dowodzi kongijskim powstaniem

Śledczy z ONZ szacowali, że jeszcze 2-3 lata temu kongijska partyzantka liczyła ok. 3 tys. żołnierzy, ale jesienią rozrosła się co najmniej dwukrotnie. Śledczy ONZ nie mają też żadnych wątpliwości – za to mnóstwo dowodów  – że w powstańczej ofensywie uczestniczy co najmniej 4 tys. rwandyjskich żołnierzy, a Kigali dostarcza powstaniu nowoczesnej broni – karabinów snajperskich, moździerzy, bazook, działek przeciwlotniczych, wozów pancernych, systemów zakłócania nawigacji do unieruchomienia samolotów bezzałogowych, które kongijski rząd kupił w Chinach (do ich obsługi wynajął najemników z Rumunii). „To Kigali dowodzi kongijskim powstaniem” – twierdzą śledczy ONZ w kolejnych raportach.

Dziś polityczne przywództwo powstania stanowi utworzone w 2023 r. Przymierze Rzeki Kongo i jego szef, 54-letni Corneille Nangaa, wywodzący się z położonej przy granicy z Południowym Sudanem dawnej Prowincji Wschodniej. Z wykształcenia ekonomista, we wcześniejszym wcieleniu był typowym zapatrzonym w karierę technokratą z Kinszasy.

W 2015 r. Joseph Kabila wyznaczył go na szefa komisji wyborczej, która miała urządzić elekcję jego następcy. Kabila zwlekał, nie chciał oddać prezydentury, ale nie miał też odwagi, by złamać prawo i ubiegać się o trzecią, zabronioną konstytucją kadencję. W końcu, w roli swojego następcy, słabego i całkowicie ubezwłasnowolnionego, wymyślił Féliksa Tshisekediego. Choć kongijska ulica była przekonana, że wybory w grudniu 2018 r. wygrał Martin Fayulu, zwycięzcą i nowym prezydentem ogłoszono Tshisekediego.

Potem, jak to zwykle bywa, Tshisekedi pokłócił się ze swoimi dobrodziejami, Kabilą i Corneille’em Nangaa, w 2021 r. wyrzucił tego ostatniego z posady. Gdy ten w grudniu 2023 r. przystał do opozycji i ogłosił powstanie Przymierza Rzeki Kongo, posłuszny prezydentowi trybunał wojskowy skazał go zaocznie na śmierć za zdradę.

Dziś Nangaa, który eleganckie garnitury zamienił na polowe mundury i, jak przystało na buntownika, zapuścił długą brodę, przyrównuje obecne powstanie znad jeziora Kivu do tego z 1996 r., które obaliło Mobutu. „Naszym celem nie jest Goma ani Bukavu, ale Kinszasa” – rozpowiada na prawo i lewo.

Dlaczego Zachód pozwala Rwandzie na więcej

W 2012 r. kongijskich partyzantów zmusiły do odwrotu sankcje, jakimi Zachód zagroził Rwandzie. Tym razem Rwanda się przed nimi dobrze zabezpieczyła. Londyn zjednała sobie obiecując, że przyjmie u siebie odsyłanych z Wielkiej Brytanii imigrantów (umowę w końcu odwołano), Paryż – zluzowując francuskich żołnierzy w Republice Środkowoafrykańskiej i wysyłając wojska do Mozambiku, gdzie francuskie koncerny chcą wydobywać gaz ziemny. Z Unią Europejską zawarła umowę na sprzedaż „strategicznych surowców”. Co do Ameryki, to Kagame doskonale wiedział, że Afryka niewiele ją obchodzi, a jeszcze mniej, odkąd do władzy w Waszyngtonie wrócił Donald Trump.

W poczuciu winy, że w 1994 r. nie zrobił nic, by powstrzymać zbrodnię ludobójstwa, Zachód od lat pozwala Rwandzie na więcej niż innym. Patrzy przez palce na tyranię, jaką Kagame zaprowadził w Kigali, i na wywoływane przez niego awantury wojenne oraz grabież Konga. Woli widzieć w Rwandzie gwarancję stabilizacji, a w Kagamem sprawnego i nowoczesnego gospodarza, pod którego rządami zniknęła korupcja, wszystko działa, a z ulic zbiera się śmieci. 

Wygląda na to, że widząc, jak łagodnie Zachód potraktował przywódcę Izraela Beniamina Netanjahu, który zrównał z ziemią Strefę Gazy, Kagame uznał, że nadszedł najlepszy moment, by i Rwanda, uznając, że cel uświęca środki, zapewniła sobie bezpieczeństwo i dobrobyt.

Zająwszy Kivu, Rwanda każe Tshisekediemu układać się z powstańcami, a oni zaprowadzają na zdobytych ziemiach własną administrację, policję, ściągają podatki i poszerzają drogi do Rwandy, by ciężarówkami wywozić kongijskie skarby. Kagame zaś coraz częściej napomyka, że Kivu to „historyczne ziemie należące do dawnych królestw Tutsich”, oderwane od nich i włączone do Konga przez białych imperialistów z Europy.

Kongo, ataki na wojska ONZ

Tshisekedi zerwał stosunki dyplomatyczne z Rwandą i rozmawiać z rebelią nie chce. Rodakom obiecuje, że odzyska stracone ziemie, ale nie bardzo ma kim walczyć. Jego wojsko jest do niczego, a widząc, że kongijscy żołnierze nie zamierzają walczyć z rebelią, poddali się i wyjechali także najemnicy z Rumunii oraz dawni żołnierze francuskiej Legii Cudzoziemskiej, którym płacił po kilka tysięcy dolarów miesięcznego żołdu. Nawet gdyby prezydentowi Konga udało się zebrać nowe wojsko, trudno mu będzie je przerzucić na wschód kraju, jeśli powstańcy kontrolować będą lotniska w Gomie i Bukavu.

Wojna, którą przegrywa, wcale nie musi pogrążyć Tshisekediego, a nawet może ułatwić mu życie i przedłużyć panowanie. Dzięki wywołanym wojną emocjom łatwiej będzie mu bić w patriotyczne bębny, odwoływać się do kongijskiego nacjonalizmu. Łatwiej będzie też odwrócić uwagę kongijskiej ulicy od prezydenckich dworzan, którzy chcą poprawić konstytucję z 2006 roku, a to dałoby Tshisekediemu pretekst do uznania, że dwie dotychczasowe prezydenckie kadencje się nie liczą i ma prawo do dwóch kolejnych. 

„Konstytucję napisali nam cudzoziemcy, obcy – przekonuje rodaków Tshisekedi. – Potrzebujemy nowej, prawdziwie kongijskiej”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 6/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Wojna w sercu Afryki