Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Konflikt o Kirkuk

Konflikt o Kirkuk

23.10.2017
Czyta się kilka minut
W północnym Iraku rozpada się koalicja walcząca z tzw. Państwem Islamskim. Wojska irackie zmusiły Kurdów do opuszczenia Kirkuku i roponośnych terenów, o które Bagdad spiera się z kurdyjską autonomią. Dla Kurdów to historyczna klęska.
Peszmerga - żołnierz formacji wiernej Demokratycznej Partii Kurdystanu - podczas ćwiczeń, północny Irak, 22 października 2017 r. / Fot. Safin Hamed / AFP / East News
Peszmerga - żołnierz formacji wiernej Demokratycznej Partii Kurdystanu - podczas ćwiczeń, północny Irak, 22 października 2017 r. / Fot. Safin Hamed / AFP / East News
W

Wokół dzieje się historia. Ale Yahya Mohammed, rzeźnik z targu w Domiz, dzielnicy w południowym Kirkuku, widzi to inaczej. Na drewnianej ladzie rozkłada świeżo mielone mięso, porcjuje jagnięcinę. Dla niego to zwykły dzień handlowy.

Tylko przez jeden dzień klienci zniknęli z targu – było to wtedy, gdy irackie oddziały przejmowały kontrolę nad miastem. Kilka dni później wygląda tak, jakby życie toczyło się tu zwykłym rytmem, targ zapełnia tłum mężczyzn i kobiet z dziećmi. W powietrzu zapach szaszłyków – pieczonego mięsa, pomidorów i cebuli.

Na stoisku, które prowadzi Ibrahim Juma, czerwienieją owoce granatów. Owszem, tu i ówdzie były strzelaniny i grabieże, ale sprawcami nie byli iraccy żołnierze ani członkowie szyickich milicji, które wkroczyły tu wraz z armią – zapewniają zgodnie kupujący i sprzedający. – Jestem Arabem-sunnitą, a nic złego od nich nie doświadczyłem. Oni nas chronią – mówi Juma. Tak mieszkańcom spornych terenów obiecał premier Iraku Haider al-Abadi.

 

Rzekome zbrodnie szyickich milicji

Kirkuk to miasto wielu narodów i religii: prócz Kurdów żyją tu sunniccy i szyiccy Arabowie oraz Turkmeni. Tu, na targu, wielu jest zadowolonych, że władzę nad miastem przejął znów rząd w Bagdadzie. Choć nie czuć tu jakiejś nienawiści. Wprawdzie Arabowie i Turkmeni narzekają, że byli dyskryminowani politycznie i gospodarczo przez Kurdów. – Ale Kurdowie także przynależą do tego miasta, tak jak my – mówi pewien nauczyciel, Turkmen. – Chcemy tylko sprawiedliwego rządu, który wszystkich nas traktowałby tak samo.

Także centrum miasta jest jak zwykle zatłoczone. Mały chłopiec sprzedaje irackie flagi. Porządku pilnują iraccy policjanci. Nigdzie nie widać bojowników Hashd al-Shaabi – koalicji, składającej się z dziesiątków szyickich milicji w Iraku.

Ale kurdyjskie media, kontrolowane przez rodzinę Masuda Barzaniego (prezydenta Kurdyjskiego Okręgu Autonomicznego), przedstawiają całkiem inny obraz. Śledząc takie stacje jak Rudaw czy Kurdistan 24, których angielskie programy są ważnym źródłem informacji dla cudzoziemców przebywających w Kurdystanie, można usłyszeć, że w Kirkuku mają teraz miejsce poważne zbrodnie, że szyiccy milicjanci atakowali kurdyjskie dzielnice, że chodzili tam od domu do domu, oddzielając mężczyzn od kobiet.

W restauracyjce położonej w Rahimawa – dzielnicy w północnym Kirkuku, zamieszkanej w większości przez Kurdów – czterech mężczyzn siedzi nad talerzami pełnymi ryżu, mięsa i warzyw. Od czasu do czasu ulicą przejedzie auto. Poza tym w dzielnicy panuje upiorna cisza. Gdy tydzień temu na miasto ruszyły wojska irackie, z Kirkuku i okolic uciekło kilkadziesiąt tysięcy Kurdów – w pośpiechu uciekali do Erbilu i Sulajmanijji, miast położonych już na terenie Kurdyjskiego Okręgu Autonomicznego.

W pobliżu samotna kotka rozsiadła się na murze – jednym z betonowych elementów, które do niedawna chroniły przed potencjalnymi zamachowcami główną siedzibę wywiadu Demokratycznej Partii Kurdystanu (KDP) Masuda Barzaniego, jednego z dwóch głównych kurdyjskich ugrupowań. Budynek jest całkowicie wypalony. Nie wiadomo, kto podłożył ogień.

– Oni gwałcą nasze kobiety. O tam, na górze, zajechali czołgami – tak o szyickich milicjantach mówi Hewal Fazel, jeden z mężczyzn siedzących w restauracyjce naprzeciw spalonego budynku. Fazel jest członkiem KDP.

Później okaże się jednak, że czołgi owszem, stoją, ale tylko jako osłona irackich żołnierzy, którzy zablokowali nimi jedną z kurdyjskich dzielnic.

 

Kurdyjskie deale z Bagdadem

Aram Ahmed uważa, że sposób, w jaki kurdyjskie media mówią o sytuacji w Kirkuku, to propaganda. Aram jest prawnikiem (specjalizuje się w prawie międzynarodowym) – oraz Kurdem. Mieszka w pobliżu spalonej siedziby tajnej służby partii Barzaniego.

– Za wszystko, co się tu dzieje, odpowiadają obie kurdyjskie partie – przekonuje Aram, mając na myśli KDP oraz jej rywalkę, Patriotyczną Unię Kurdystanu (PUK). Jak wielu innych mieszkańców miasta, Aram uważa, że za plądrowanie i napaści, do jakich dochodziło w mieście, winę ponoszą albo kryminaliści, albo że były to również akty zemsty, dokonywane zarówno przez Kurdów, jak też przez Arabów czy Turkmenów.

Obie partie kurdyjskie toczą w tych dniach walkę, ale przede wszystkim między sobą – w kontrolowanych przez siebie mediach obarczają się nawzajem winą za to, że oddziały peszmergów (kurdyjskich żołnierzy) wycofały się z Kirkuku niemal bez walki. W skąpym oświadczeniu Barzani zrzucił odpowiedzialność za to na „pojedyncze indywidua” z PUK, nie wymieniając jednak nikogo z nazwiska. W mediach kontrolowanych przez KDP konkurencyjna partia PUK piętnowana jest jako „zdrajcy narodu kurdyjskiego”. Z kolei media kontrolowane przez Patriotyczną Unię Kurdystanu ripostują, że peszmergowie z oddziałów podległych KDP również wycofali się przed nadciągającymi Irakijczykami, oraz że to Barzani sprowokował cały ten kryzys, odrzucając liczne propozycje kompromisu ze strony premiera Abadiego.

Wiele wskazuje jednak na to, że w istocie obie kurdyjskie partie poszły na swego rodzaju deal z rządem w Bagdadzie. Potwierdzili mi to dwaj ważni ludzie: komendant peszmergów w prowincji Niniwa wokół Mosulu generał-major Nejim Juburi – oraz Hajji Abu Alaa, szef Hashd al-Shaabi. Zgodnie z tym porozumieniem, peszmergowie mieliby wycofywać się etapami na te tereny, które kontrolowali przed wkroczeniem do Iraku Amerykanów w 2003 r.

Dotyczy to także miejscowości Altun Köprü, położonej między Kirkukiem a Erbilem (stolicą kurdyjskiej autonomii), gdzie w miniony piątek, 20 października, peszmergowie z oddziałów podporządkowanych KDP starli się w gwałtownej strzelaninie z oddziałami irackiej armii i szyickich milicji.

 

Kurdowie rozczarowani swymi przywódcami

O ile kurdyjskie media szukają więc winnych klęski, o tyle kurdyjscy politycy – na czele z Barzanim i przedstawicielami rządu autonomii – wolą uciekać w milczenie.

Tymczasem wielu peszmergów jest wściekłych na swoich przywódców, którzy jeszcze trzy tygodnie temu obiecywali niepodległość i buńczucznie zapowiadali, że siły kurdyjskie będą bronić spornych terenów wokół Kirkuku. Emocje są uzasadnione: nie tylko marzenie o niepodległości pękło jak bańka mydlana. W ciągu zaledwie tygodnia Kurdowie stracili ponad jedną trzecią terytorium, które jeszcze niedawno kontrolowali, w tym liczne tereny roponośne. Już zaraz po referendum premier Abadi zastopował międzynarodowy ruch lotniczy do i z irackiego Kurdystanu, kolejnym krokiem ma być wprowadzenie kontroli na granicy.

Na koniec, zamiast własnego państwa, Kurdom pozostać może więc tylko ograniczona jeszcze dodatkowo autonomia.

Widać, że forsując referendum niepodległościowe – także tu, na spornych terenach, wbrew ostrzeżeniom z niemal wszystkich stron – Kurdowie znacząco osłabili swą pozycję. Mimo to aż do minionej niedzieli, 22 października, ani Barzani (główny inicjator referendum), ani inni przedstawiciele władz kurdyjskich nie zabrali publicznie głosu.

Główne partie, KDP i PUK, zgodziły się natomiast, aby odsunąć w czasie regionalne wybory parlamentarne i prezydenckie, które w irackim Kurdystanie miały się odbyć 1 listopada. Wolno sądzić, że uczynili tak z obawy przed gniewem wyborców.

Wśród Kurdów często słychać dziś opinię, że – jak ujął to prawnik Aram Ahmed z Kirkuku – KDP i PUK zmarnowały historyczną szansę i całkowicie zawiodły, zaś sprawa kurdyjska znalazła się znowu tam, gdzie była w roku 2003.

Przełożył WP

INGA ROGG jest reporterką szwajcarskiego dziennika „Neue Zürcher Zeitung”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]