Reklama

Kiedy Jezusa nie widać z powodu tłumu

Kiedy Jezusa nie widać z powodu tłumu

09.03.2020
Czyta się kilka minut
POKUSA WIELKICH LICZB. Nic złego w masowości. Problem pojawia się wtedy, gdy wielkie liczby stają się podstawowym kryterium duszpasterskim.
Budowa pomnika Jezusa w Świebodzinie, listopad 2010 r. ADAM LACH / NAPO IMAGES
C

Czasem zwykły Jezus nam nie wystarcza – lepszy (albo bardziej potrzebny) wydaje się Jezus na Stadionie Narodowym. No i mamy rekordową liczbę uczestników! Nie wystarcza pokuta zwykła – musi być zaraz Wielka Pokuta. Różaniec też musi być aż do granic, żeby można było mówić, że cała Polska się modli. I pomnik Pana Jezusa najlepiej, żeby był najwyższy. I droga krzyżowa ekstremalna.

Pokusa wielkich liczb. Chodzi tu o nastawienie polskiego duszpasterstwa wciąż zbytnio na zbiorowość – żeby można było pochwalić się tłumami w kościele. W tym zatroskaniu o ilość może gubić się jakość i człowiek z jego problemami. Nieco inne oblicze tej pokusy to akcyjność – koncentracja na działaniu i organizowaniu. Pobożne zabieganie na wzór ewangelicznej Marty, w którym gubi się to, że „jednego potrzeba”.

Rzecz jasna nic złego nie ma w wielkich liczbach jako takich, w masowości, w akcjach, w organizowaniu. Atrakcyjność pokusy wielkich liczb bierze się zresztą właśnie z – cennego doświadczenia, że wiara wspólnoty niesie wiarę osobistą, bo nikt nie jest samotną wyspą, a do Boga mówimy przecież „Ojcze nasz”, nie „Ojcze mój”. Że gdy samemu jest ciężko, to dobrze móc zobaczyć, iż sióstr i braci w wierze jest więcej, nawet dużo, nawet bardzo dużo – a wtedy własne kłopoty jakoś maleją. Że w historii naszego Kościoła masowość polskiego katolicyzmu okazywała się elementem bardzo przydatnym, niekiedy wręcz ocalającym.

Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy wielkie liczby stają się podstawowym kryterium duszpasterskim. Pokusie wielkich liczb ulegamy, gdy zaczynamy w duszpasterstwie robić coś po to, żeby było nas dużo. Gdy najbardziej zaczyna się liczyć efekt skali, a nie tworzenie przestrzeni dla Ducha. Gdy celem staje się wymierny, obliczalny sukces duszpasterski, a nie człowiek.

Jan Paweł II uczył, że „człowiek jest drogą Kościoła”. Człowiek w liczbie pojedynczej – a nie zbiorowość. Bo w tłumie człowiek może się zgubić. Może być tak jak z Zacheuszem, zwierzchnikiem celników w Jerychu. Ewangelista Łukasz pisze o nim, że nie mógł ujrzeć Jezusa „z powodu tłumu”, jaki Go otaczał. Ale Jezus wypatrzył go siedzącego na sykomorze i odezwał się do niego osobiście, po imieniu: „Zacheuszu, zejdź”, „dziś muszę zatrzymać się w twoim domu” (Łk 19, 1-10).

Historia Zacheusza przypomina, że wiara to przede wszystkim osobista relacja z Bogiem, a duszpasterstwo to wypatrywanie człowieka w tłumie. Gdy Jezus mówi: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy” – chodzi nie o wielu, lecz o każdego. Zaraz potem pojawiają się inni wierzący – ale jako wspólnota, a nie tłum.

A może pokusie wielkich liczb ulegamy wówczas, gdy porzucamy troskę o wspólnotę na rzecz zabiegów o tłumy? Może czasem w naszych kościołach za dużo jest właśnie tłumu, a za mało wspólnoty? Religijny tłum naprawdę może przesłaniać Jezusa. Wtedy wszystko niby jest w porządku: są celebracje, obrzędy, sakramenty, ale Jego nie widać.

Wspólnotowe doświadczenie religijne nie musi być przeciwne doświadczeniu osobistemu. Także udział w wielkim modlącym się tłumie może stać się okazją do osobistego nawrócenia. Dlatego masowe wydarzenia modlitewne winny być świadomie tak planowane, żeby stworzyć przestrzeń dla wymiaru osobistego, żeby nie przytłoczyć jednostki przez tłum. Również nowa ewangelizacja nie powinna być przyciąganiem wielkich mas, lecz zapraszaniem osób do wejścia w intymną relację z Bogiem.

Powie ktoś, że to, co piszę, to pięknoduchostwo intelektualisty. Bo przecież liczby robią wrażenie, oddziałują... Tylko że ja wrażliwości na pokusę wielkich liczb nauczyłem się nie z książek, lecz we wspólnotach skupionych wokół osób z niepełnosprawnością intelektualną. Tam natychmiast okazuje się, że najważniejszy jest konkretny człowiek, a nie tłumy; że troszczyć się trzeba przede wszystkim o jakość relacji, wyrażającą się w drobiazgach; że Bóg zasadniczo przychodzi w łagodnym powiewie, a tylko czasem w gwałtownej wichurze i w trzęsieniu ziemi. ©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]