W jednym z odcinków „Statystów” (2005-2007), brytyjskiego sitcomu z dość osobliwym humorem, trafiamy na plan filmu o Zagładzie. Twórcy mają nadzieję, że nośny w Hollywood temat zapewni im Oscara – zwłaszcza że do roli zakonnicy ukrywającej Żydów zaangażowali wielką Kate Winslet. Gwiazda nie owija w bawełnę: występ w takim filmie to również dla niej życiowa szansa, by wreszcie, po kilku nominacjach, dostać pożądaną statuetkę. Grająca samą siebie Winslet już trzy lata później przekona się, że jej cyniczna bohaterka mogła mieć po trosze rację.
„Titanic” i aktorski debiut
Trudno uwierzyć, że minęło trzydzieści lat od jej debiutu na dużym ekranie. U progu pięćdziesiątych urodzin zdaje się w rozkwicie możliwości, jest też gorącą orędowniczką naturalnego wyglądu. A kiedy patrzy się na jej role w serialu „Mare z Easttown” (2021) bądź w filmie „Lee. Na własne oczy” (2023), te nawoływania do ciałopozytywności tudzież gromkie pochwały wieku dojrzałego w każdym jego aspekcie nie brzmią gołosłownie. Nie jest również przypadkiem, że oba te tytuły Kate Winslet osobiście wyprodukowała.
Potrafi wydobywać siłę – przynajmniej tę ekranową – z kobiet dalekich od doskonałości, jakkolwiek rozumianej. Z kobiet wydeptujących własne ścieżki, zdeterminowanych, żeby robić swoje bez względu na zewnętrzne przeszkody czy własne słabości. W takich rolach wypada ostatnio najbardziej pełnokrwiście, choć przecież najsłynniejszy melodramat drugiej połowy XX wieku mógł ją utopić na zawsze w kostiumowych widowiskach. Kate szczęśliwie ocalała z legendarnego „Titanica” (1997). Więcej: wyszła z niego jako pierwszoligowa gwiazda i jednocześnie osoba dużo silniejsza, bo nie tylko przeczołgana przez Jamesa Camerona – w lodowatej wodzie, bez piankowej odzieży, nabawiła się ponoć hipotermii. Co zresztą reżyser próbował jej potem zrekompensować, angażując do innej „mokrej” superprodukcji „Avatar. Istota wody” (2022), tym razem w ochronnym kokonie z efektów specjalnych.
Ale to nie wilgoć i siniaki wspomina dzisiaj najgorzej. W wywiadach często mówi o medialnym hejcie, jaki wylał się na młodziutką aktorkę w dniu premiery „Titanica”. Wymierzony był bezpośrednio w jej fizyczność, rzekomo niewymiarową jak na ciasne hollywoodzkie standardy. Gdyby trafiło na słabszą osobowość, mogłaby się załamać albo za wszelką cenę próbowałaby sprostać oczekiwaniom komentariatu. Tymczasem Winslet poszła za ciosem. Naturalna cielesność, pozbawiona seksualizacji i zarazem pruderii (aktorka znana jest z tego, że w scenach intymnych rezygnuje z pomocy dublerek i często sama opracowuje „choreografię”), stała się jednym ze znaków rozpoznawczych tego aktorstwa. Wszelkie zaś imputowane jej niedoskonałości potrafi przekuć na doskonałe rzemiosło – i dawać swoim bohaterkom prawo do bycia dokładnie takimi, jakimi są.

Warto przypomnieć, że jej pierwszy ekranowy pocałunek wcale nie był tym sterylnym całusem na dziobie Titanica, w scenie „latania” z Leonardem DiCaprio. Miała zaledwie siedemnaście lat, gdy dostała rolę w „Niebiańskich istotach” (1994) Petera Jacksona, niezwykle odważnych jak na aktorski i reżyserski debiut. Przyszły twórca „Władcy Pierścieni” opowiedział autentyczną historię dwóch nowozelandzkich nastolatek, które uciekły od rzeczywistości we własny wyimaginowany świat, a kiedy próbowano im go odebrać i je rozdzielić, przygotowały okrutną zemstę.
Winslet, znana wówczas jedynie z brytyjskiej telewizji, do dziś wywołuje dreszcze intensywnością swojego wcielenia. Otwierający film bieg rozkrzyczanej i zakrwawionej uczennicy, a potem jej spokojne wkroczenie do klasy (pierwsza scena, jak się okaże, była makabryczną futurospekcją) to jedno z najmocniejszych w kinie wejść. Początkująca aktorka, wychowana w angielskiej rodzinie o szacownych tradycjach teatralnych, brawurowo zagrała charyzmatyczną obsesjonatkę, naładowaną dziewczyńskim erotyzmem, zdolną samym charakternym spojrzeniem zabić nauczycielkę czy księdza. Ileż razy będzie nas nim przeszywać na przestrzeni kolejnych trzech dekad.
Oscar dla Kate Winslet
Uczyła się od najlepszych, zapatrzona w Jodie Foster i Jessicę Lange czy swoje wybitne rodaczki, Judi Dench i Emmę Thompson, które mogła podpatrywać bezpośrednio na planie. I to nie w gorsetach lub adaptacjach klasyki, pośród niewiast „rozważnych i romantycznych”, wydobędzie z siebie głębię spojrzenia, ale w mających dopiero nadejść mocnych rolach współczesnych. Na przełomie milleniów, przy takich tytułach jak „W stronę Marrakeszu” Gilliesa MacKinnona i „Święty dym” Jane Campion, stanie się na moment uosobieniem pseudoduchowych poszukiwań. Dziś te filmy wyróżniają się jedynie obecnością Winslet.
Charakterystyczne, że za swą ulubioną postać uważa jakże prozaiczną (z pozoru) Clementine Kruczynski, bohaterkę „Zakochanego bez pamięci” (2004) Michela Gondry’ego. Tam właśnie, w najbardziej filozoficznej i narracyjnie zapętlonej spośród komedii romantycznych, dała się poznać jako projekcja czyjejś pamięci. Stworzyła przy okazji jedną z najbardziej intuicyjnych kreacji – młodej kobiety, której nie sposób zapomnieć, a równocześnie buntującej się przeciwko płaskiemu wizerunkowi „pozytywnie zakręconej”. Takiej, która za prowokacyjnym zachowaniem skrywa wrażliwość, niedostrzegalną dla wybiórczo zakochanych.
Winslet pozwala dostrzec tę wrażliwość pod najbardziej masywnym pancerzem, a nawet pod fantomowym mundurem esesmańskim. Chodzi oczywiście o „Lektora” (2008) Stephena Daldry’ego, który to film przyniósł jej statuetkę Oscara, pierwszą i jak dotąd jedyną spośród aż siedmiu nominacji. Można żartować, że spełniła się wówczas autoironiczna przepowiednia ze wspomnianych „Statystów”: opłacało się wystąpić w filmie z Shoah w tle. Co nie zmienia faktu, że postać berlińskiej tramwajarki, ukrywającej ponure tajemnice z czasów wojny, to mistrzostwo aktorskiej powściągliwości. I zarazem bezkompromisowego podejścia do ciała na ekranie.
Z drugiej strony, wedle zakulisowych doniesień, odtwórczyni Hanny Schmidt postarała się, by jej osiemnastoletni wówczas partner czuł się bezpiecznie w śmiałych scenach erotycznych. A we fragmentach z procesu sądowego to dzięki niej „banalne zło” mieni się rozmaitymi odcieniami, przybierając twarz irytująco naiwnej służbistki, to znów kobiety złamanej przez swój najgłębiej ukryty kompleks. A w końcu i kogoś, komu gwałtowne zderzenie erotyki i literatury pozwoliło uświadomić wyparte przewiny.
Co po Oscarze?
Oscarową kreacją Winslet podniosła sobie poprzeczkę tak wysoko, że może się wydawać, iż w latach dwutysięcznych rozmieniała na drobne swój potencjał. Na wielobarwnym, a czasami bezbarwnym tle wyróżniają się z pewnością „Małe dzieci” (2006) Todda Fielda i rola Sarah – jednej z kilkorga bardzo niedojrzałych dorosłych bawiących się w dom, gdzieś na amerykańskich przedmieściach. Młoda gospodyni domowa, osamotniona w małżeństwie i macierzyństwie, nawiązuje intymną znajomość z żonatym sąsiadem. Dostając szansę na zobaczenie dotychczasowego życia w trochę innym świetle, popada w nowe frustracje. Oglądamy współczesną panią Bovary, stłamszoną przez niespełnione ambicje, infantylne fantazje i mieszczańskie obsesje, aczkolwiek postać ta ma zdecydowanie bardziej ludzki rys aniżeli inne „duże dzieci” z tej historii.
Przedłużenie tego niebezpiecznego placu zabaw znajdujemy w „Rzezi” (2011) Romana Polańskiego. Winslet gra tam modelową przedstawicielkę nowojorskiej wyższej klasy średniej, dobrze wychowaną i postępową w swych poglądach, jednakże szkolny incydent z udziałem jej synka i konfrontacja z rodzicami poszkodowanego chłopca zdzierają grzeczną powłokę. Spektakularny paw puszczony na album Oskara Kokoschki to dopiero początek sporu wokół szkolnej przemocy, stopniowo przechodzącego w słowną jatkę. A odtwórczyni eleganckiej Nancy szarżuje tutaj na całego, raz po raz wysuwając swój mniej znany komediowy pazur.
Bo przecież nie samym melodramatem żyje kariera tej aktorki, mimo że w takim właśnie gatunku parokrotnie zdarzyło jej się osiągnąć absolutne wyżyny. Tak było w „Drodze do szczęścia” (2008) wyreżyserowanej przez jej ówczesnego męża, Sama Mendesa. Sparował on ze sobą głównych amantów z przebojowego „Titanica”, teraz o dwadzieścia lat starszych. Znalazły się tu również mniej lub bardziej dyskretne aluzje do tamtego wyciskacza łez. Tyle że dojrzałym kochankom z amerykańskich lat 50. niewiele pozostało młodzieńczego romantyzmu.
Przyziemne i przeciętne „żyćko” w domku z ogródkiem, wypełnione pracą i konsumpcją, do złudzenia przypomina to ze współczesnych „Małych dzieci” i filmowa April przeżywa je dużo boleśniej niż zapracowany i niewierny mąż. Bohaterka Winslet marzy o wyprowadzce do Paryża, lecz kolejna ciąża komplikuje plany, będzie też musiała zapomnieć o aktorskich aspiracjach. Patrzymy na kobietę pod presją, coraz bardziej zdesperowaną, przygnębioną katastrofą małżeństwa, usidloną przez antykobiecy system społeczny. Mało która z dzisiejszych aktorek potrafi tak rozdzierająco odgrywać miłosne czy po prostu życiowe niespełnienia.
„Amonit” (2020) Francisa Lee wydawał się pod tym względem nowym wyzwaniem, jako że tocząca się w epoce wiktoriańskiej na poły autentyczna historia dotyczy miłości dwóch kobiet. Winslet wcieliła się w angielską paleontolożkę, przeżywającą zauroczenie młodszą kobietą. Namiętność i fatalizm wpisany od początku w tę relację uświadamiają, że gdzieś już widzieliśmy taką Winslet, jakkolwiek w innych krajobrazach i kostiumach. Dlatego tak dobrze czasem zobaczyć na ekranie zupełnie inną Kate, całkowicie odromantycznioną i twardo stąpającą po ziemi, jak choćby w filmie „Steve Jobs” (2015) Danny’ego Boyle’a. Przeistoczyła się tam w Joannę Hoffman, urodzoną w Polsce współtwórczynię sukcesu firmy Apple. Córka reżysera Jerzego Hoffmana zdecydowanie wybija się z drugiego planu, nie tylko łamiąc genderowe stereotypy. Nic więc dziwnego, że ucharakteryzowana nie do poznania i mówiąca z twardym akcentem aktorka szczególnie sobie ceni tę rolę, skromną na pierwszy rzut oka i zagraną w nie najlepszym filmie, dostrzeżoną potem przy oscarowych nominacjach.
Portret zmęczonej kobiety w średnim wieku
Do telewizyjnych produkcji, w których pojawia się nader rzadko (są to zazwyczaj miniseriale), ma Winslet zmienne szczęście. W „Mildred Pierce” (2011), adaptacji znanej powieści i telewizyjnej odsłonie hollywoodzkiego klasyka, wyreżyserowanej przez Todda Haynesa, zbudowała postać wręcz generyczną w swoim dorobku. Jej bohaterka, samodzielna matka dwóch córek, próbująca przetrwać w Kalifornii czasów Wielkiego Kryzysu, niemal nie schodzi z ekranu, wypełniając go macierzyńską determinacją i nadzieją na odrobinę miłości. Rola wydaje się aż nazbyt idealnie skrojona pod Winslet, uosabiającą z jednej strony kobiecą zaradność, a z drugiej emocjonalną nieporadność. Ale choć w niczym nie ustępuje przedwojennej kreacji Joan Crawford, najlepsze dopiero nadejdzie.
W „Mare z Easttown” (2021) stworzyła portret zmęczonej kobiety w średnim wieku, która nie zabiega o sympatię widza i wielokrotnie zawodzi w różnych życiowych rolach. Pogłębiła tym samym standardowy wizerunek głównych bohaterek seriali kryminalnych. Wchodząc w buty policjantki z pensylwańskiego miasteczka, Winslet robi wszystko, aby nie wyglądać i nie grać niczym Kate Winslet. Mówi z lokalnym akcentem, stawia ciężkie kroki, występuje w pobrzydzającej charakteryzacji i bez filtra, w niektórych scenach improwizuje. W efekcie jej bohaterka – po srogich przejściach, w znoszonej parce i ze spluwą – budzi gamę sprzecznych odczuć. Przede wszystkim zaś podziw dla tego, jak brytyjska aktorka zdołała przegryźć się przez nieuchwytną, chwilami odpychającą postać Mare.
Za to o niedawnym występie w komediowym miniserialu „Reżim” (2024) pewnie wolałaby zapomnieć – i większość widzów też. Rola paranoicznej kanclerki z fikcyjnego kraju Europy Środkowej napisana jest tak grubo, że nawet aktorka tego kalibru nie znajduje pola do twórczej interpretacji. Spod rządowego uniformu niewiele się wyłania i raczej nie z winy samej aktorki. Wydaje się, jakby Winslet była zmuszona udawać przed kamerą Cate Blanchett, w wątpliwej jakości satyrze na współczesną (choć w gruncie rzeczy anachroniczną i umowną) dyktaturę. Zwłaszcza po wcześniejszej roli w filmie „Lee. Na własne oczy” (2023), gdzie dała z siebie to, co najlepsze, wypełniając po drodze parę filmowych mielizn.
O amerykańskiej fotograficzce Lee Miller mówi się, że żyła niczym kot – wieloma życiami – i w taki sposób przedstawiona została w biograficznym filmie. W latach 30. była przyjaciółką artystów i wyzwoloną obyczajowo modelką, by z czasem przejść na drugą stronę obiektywu. I utrwalać nie tylko pięknych czy sławnych, ale jako wojenna korespondentka brytyjskiego „Vogue’a” dawać świadectwo horrorom swoich czasów.
Na podstawie rozmów z synem Miller oraz jego książki, nurkując w jej archiwach i garderobie, uzbrojona w wierną replikę jej aparatu, Winslet pokazuje wielopostaciowość odtwarzanej postaci. Wrażliwej artystki i kontrowersyjnej matki, ofiary stresu pourazowego i ówczesnej siłaczki, dopiero przecierającej typowo męskie szlaki w fotografii wojennej. Tym także można usprawiedliwić filmowe uproszczenia – oglądamy wojnę niejako oczami Lee, z całą jej naiwnością i ciężarem grozy, tak genialnie przefiltrowaną na ikonicznych już dzisiaj zdjęciach.
Swoją drogą Winslet zaangażowana była w prawie każdy aspekt produkcji tego filmu. Podobnie jak jej temperamentna bohaterka, nie umiała się zmieścić w jednej zrazu wyznaczonej roli. I trochę jak w przypadku Mare z Easttown albo paru innych kobiet z tej obfitej filmografii dotknęła tu aktorstwa najszlachetniejszej próby – w którym dociekliwość spojrzenia i czysta organiczność na moment stają się jednym.
Role Kate Winslet

„Lektor”. W kongenialnej adaptacji powieści Bernharda Schlinka zagrała byłą strażniczkę obozową, która w latach 50. wdaje się w zakazany romans z nastolatkiem. Odkrywa dzięki niemu świat książek, co na zawsze zmieni życie ich obojga. Widzimy, jak jej tragiczna postać przeobraża się na przestrzeni kilkudziesięciu lat nie tylko fizycznie, wydobywając z siebie nieoczywiste rysy.

„Mare z Easttown”. W siedmioodcinkowym serialu HBO aktorka gra tytułową postać sierżantki z małego miasteczka, uwikłanej w skomplikowane śledztwo, lokalne układy i prywatne problemy. Otrzymała za tę rolę najważniejsze telewizyjne nagrody, a jako producentka wykonawcza zadbała o równe traktowanie wszystkich członków obsady i, ze względu na trudną tematykę, o psychiczny komfort tych najmłodszych.

„Lee. Na własne oczy”. Rola legendarnej fotoreporterki Lee Miller, na podstawie biografii napisanej przez jej syna Antony’ego Penrose’a, jest jednym z najbardziej osobistych przedsięwzięć Winslet. To ona wybrała reżyserkę filmu, a była nią debiutująca w tej funkcji Ellen Kuras, zaprzyjaźniona autorka zdjęć, z którą pracowała wcześniej przy „Zakochanym bez pamięci” i „Odrobinie chaosu”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















