W końcu się stawił. W dodatku przygotowany wzorowo na tę okoliczność, sądząc chociażby po notatkach, z których wścibscy fotoreporterzy teleobiektywami wyłowili fonetycznie zapisane nazwy międzynarodowych firm konsultingowych pracujących z Orlenem za czasów Daniela Obajtka. O jakże wielką sprawiły one radość najzagorzalszym akolitom koalicji rządzącej! Był tam „Kąsaltig Grup”, czyli pewnie twórcze Obajtkowe nawiązanie do amerykańskiej firmy Boston Consulting. Już niemal z imienia – bo jako „Ernst Jank” – były prezes wymienił także firmę E&Y, znaną niegdyś właśnie jako Ernst&Young. Frajdy przy tej lekturze było tyle, że starczyło na przykrycie faktu, że Obajtek był do tej konfrontacji przygotowany staranniej od adwersarzy, a następnie podręcznikowo wplątał ich w pyskówkę rodem z pcimskiego magla. Owszem, nie był tam prezes sam. Suflował mu dzielnie poseł PiS-u oddelegowany na odcinek sejmowej komisji w roli partyjnego Konrada Wallenroda. Wespół w zespół zmogli obaj panowie moc żądz komisyjnego dochodzenia do prawdy.
Trzeba jednak uczciwie przyznać, że reszta parlamentarzystów nie zawiesiła im wysoko poprzeczki. Uwagę posłanki Aleksandry Leo, z wykształcenia prawniczki, przykuła m.in. biel uzębienia Daniela Obajtka, w blasku której dopatrywała się ingerencji chirurgicznej, zapewne ku rozpaczy Polskiego Towarzystwa Stomatologicznego, które od lat szczerzy się do Polaków, żeby częściej inwestowali w higienę jamy ustnej. Prezes nie pozostał dłużny i wypatrzył u posłanki Polski 2050 ślady po zastrzykach z botoksu, co zirytowało ją chyba bardziej niż jego puste odpowiedzi. Jako świadek, Obajtek miał prawo każde pytanie pozostawić bez komentarza i zasłonić się ryzykiem narażenia się w ten sposób na odpowiedzialność karną. Na szczęście dla niego przesłuchiwali go ludzie, którzy nie wiedzieli, o co pytają. W tej sytuacji obie strony z niejaką ulgą przyjęły konwencję burleski, zarzuciły sobie nawzajem niekompetencję oraz próbę ucieczki od meritum. I były to jedyne momenty tego sejmowego spektaklu, kiedy przesłuchujący i przesłuchiwany nie tylko mówili jednym głosem, ale na dodatek opisywali stan faktyczny.
Czego dowiedzieli się widzowie? Po pierwsze tego, że polscy posłowie mają problemy z wymową chińskich nazwisk. Po drugie – że nie mają natomiast bladego pojęcia, jaka odpowiedzialność spoczywa na prezesie zarządu spółki giełdowej, jakie idą w ślad za tym kompetencje, a tym samym nie potrafią nawet w przybliżeniu wskazać, kiedy Obajtek mógł je przekroczyć. Po trzecie zaś i najważniejsze – że posłowie nie zamierzają niczego badać, bo badania opierają się na danych, a te trzeba nie tylko znać, ale także rozumieć. W efekcie trudno mówić o przesłuchaniu Daniela Obajtka przed sejmową komisją do spraw afery wizowej. Byliśmy świadkami czegoś, czemu bliżej do kurtuazyjnej wizyty u znajomych, która zmienia się w polityczną i światopoglądową pyskówkę.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















