Jazda z Mickiewiczem

Ze wspomnień, listów i wierszy Rymkiewicz nie potrafi już wyczytać niczego nowego. Teraz Mickiewicz służy mu do kontemplacji nicości. I Polski świętej, lecz podszytej zgnilizną.

Reklama

Jazda z Mickiewiczem

Jazda z Mickiewiczem

27.05.2019
Czyta się kilka minut
Ze wspomnień, listów i wierszy Rymkiewicz nie potrafi już wyczytać niczego nowego. Teraz Mickiewicz służy mu do kontemplacji nicości. I Polski świętej, lecz podszytej zgnilizną.
ANDRZEJ WIKTOR / FORUM
W

Wfelietonie z cyklu „Załatwione odmownie” Antoni Słonimski wspominał londyńską rozmowę z sekretarką premiera Władysława Sikorskiego, która miała mu za złe, że przyjeżdża na audiencję rowerem. „– Poeta polski na emigracji nie powinien jeździć na rowerze. Mickiewicz na rowerze nie jeździł. – Bo nie było rowerów – odpowiedziałem”. To było pół wieku temu.

Dziś na złość Słonimskiemu i jemu podobnym Mickiewicz jeździ na rowerze w tytułowym szkicu najnowszego zbioru mickiewiczianów Jarosława Marka Rymkiewicza, szóstego już z cyklu i ponoć ostatniego.

Ma się rozumieć, jeździ (a ściślej: odjeżdża) we śnie autora; znamienne, że ów sen Rymkiewicz analizuje równie wnikliwie, jak inne świadectwa o życiu Mickiewicza. Gdyż sen o Mickiewiczu, wyśniony przez kogoś, kto się od lat czterdziestu Mickiewiczem zajmuje, jest jakimś świadectwem o życiu Mickiewicza, nieprawdaż? Jest też...

17996

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaiste imponujące wciry dostaje w tu nasza "cywilizacja zaścianka".

by się rozwodzić nad twórczością człowieka, co mu [za Bożym z pewnością przyzwoleniem] rozum odebrało?

O to samo chciałem zapytać. Po co marnować papier i czas czytelników na omawianie nieciekawych książek? Nie mogłaby się w tym miejscu ukazać recenzja książki doktor Kąckiej? Przecież coś tam napisała.

Nie odróżnia prawdy od wyobrażeń, zwłaszcza gdy te drugie pasują mu do postawionych tez. Ma być tak, jak on chce, bo... No właśnie nie wiem... Jest ładniej? Mądrzej? Bardziej wysublimowanie? Ale przecież nie jest jedynym na świecie mastodontem, zachowanym z racji wielkości i wspaniałości. Pamiętam niezłą awanturkę, jaką wywołało jego Kinderszenen. Zmyślenia i przekłamania prostowała potem jego siostra Pani Zofia Sawicka, opatrując je komentarzem: Ściska mi się serce, że nasze drogi - teraz starych ludzi - tak bardzo się rozeszły. . No cóż, może ktoś, kto w Polsce widzi żubra, którego w d... ugryzł drugi Jarek (mały panek)i ten żubr popędził do przodu (do rozwoju i wielkości - to tytułem wyjaśnienia), ma nieograniczone prawo do licentia poetica?

Promieniuje z tego tekstu/recenzji nienawiść do Rymkiewocza. Czysta i namiętna. Zastanawiam się po co było rozpisywać to na tyle wątków, omawiać w tylu odsłonach, męczyć się i pastwić w tylu barokowych zawijasach nad "żółtym rowerem”, skoro wystarczyło by jedno zdanie: "Nienawidzę tej twórczości, złej, grafomańskiej i balamutnej, pokracznej, pełnej złych metafor i uproszczeń myślowych" Nie szkoda energii, na aż tak wyczerpujące omawianie czegoś aż tak słabego? Trochę podejrzana jest pasja z jaką tarza się Pani w tych literackich rzygowinach, obracając w palcach każdy pojedynczy flup, omawiając jego nicość z kilku perspektyw, nie szczędząc wyciskanego z wielkim wysiłkiem sarkazmu czemuś, co podobno nie zasługuje na splunięcie. Wygląda to na jakiś głęboki, osobisty uraz.

Ludzie uwielbiają złośliwą krytykę (nie tylko zresztą literacką), jak o tym świadczą kariery Reicha-Ranickiego czy Pilcha. Trzeba jednak pamiętać, że złośliwość wyklucza się ze złością, a tym bardziej nienawiścią. Ma być zjadliwie, ale z dystansem. Trudno błysnąć dowcipem sycząc jak Kącka albo bluzgając jak menel (bez wskazywania palcem). Ja wiem, że trudno teraz o dystans i humor, ale naprawdę nie warto się tak napinać, bo żyłka pęknie.

Jestem w stanie zrozumieć obrany przez panią Elizę Kącką model badawczy i sposób analizy ostatniej książki Jarosława Marka Rymkiewicza (jak również pozostałych szkiców z jego cyklu mickiewiczowskiego). Interesujące są jej rozważania o obsesyjnym powracaniu autora do nicości i estetyzowania jej, z którymi w dużej mierze się zgadzam. Z dużym zainteresowaniem przeczytałem jej uwagi odnośnie do historycznych nieścisłości (śmieci i rynny w XIX-wiecznym Paryżu) oraz niewiedzy Rymkiewicza na temat pochodzenia gęsich piór. Cenię wnikliwe recenzje i pogłębione analizy dzieł literackich uprawiane przez badaczy literatury, którzy piszą w sposób osobisty i pełen emocji, zaangażowania. Uważam, że taka „gorąca” krytyka literacka jest w stanie dotrzeć do wymagających czytelników, którym nie wystarczają kilkuzdaniowe recenzje z gwiazdkami, ale jednocześnie nie są w tak dużym stopniu zainteresowani sporami akademickimi, historią literatury czy komparatystyką. Jednak nawet w przypadku zastosowania takiej formy, badaczka powinna poznać jak najlepiej omawiany temat i twórczość danego autora, zanim podda je szczegółowej krytyce. Eliza Kącka wytyka Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi nieścisłości ale sama wykazuje się niewystarczającą znajomością twórczości krytykowanego pisarza, przywołując Witolda Gombrowicza jako przeciwnika autora „Wieszania”. „Wróg tak wielki, że bodaj nigdy na tysiącach zapisanych przez Rymkiewicza stron niewspomniany” - pisze o Gombrowiczu autorka artykułu. Mowa tu nie o drobnym przeoczeniu, ale poważnej niewiedzy merytorycznej. Jarosław Marek Rymkiewicz wielokrotnie w swoich książkach przywołuje postać Witolda Gombrowicza i to zdecydowanie nie jako wroga. Wspomniany przez panią Elizę Kącką "Trans-Atlantyk" został przez niego ustawiony na równi z "Nocami i Dniami" i "Kroniką wypadków miłosnych" jako ważna i ponadczasowa powieść ukazująca świat polskiej inteligencji w dwudziestym wieku. O tych trzech dziełach pisze Rymkiewicz tak: "Bo choć każda z tych powieści dzieje się gdzieś - w Argentynie, w Wilnie, w Kaliszu - i kiedyś - przed pierwszą wojną, przed ostatnią wojną, w czasie wojny - to dzieją się też one zawsze i wszędzie, gdziekolwiek i kiedykolwiek żyli i jeszcze żyją polscy inteligencji. A za lat pięćdziesiąt czy sto będą te powieści pomnikami obyczaju i myśli, głupoty i mądrości, małości i wielkości polskiej inteligencji wystawionymi tej inteligencji przez jej pisarzy" (J. M. Rymkiewicz, "Aleksander Fredro jest w złym humorze", Warszawa 1982, s. 285-286). W książce „Juliusz Słowacki pyta o godzinę”, Rymkiewicz kilkukrotnie przywołuje autora „Ferdydurke” - raz, przedstawiając go jako współczesnego romantyka, nie tak odległego w swojej strategii pisarskiej od Juliusza Słowackiego, a innym razem jako twórcę modelowej opozycji figury synowskiej i ojcowskiej. Przeciwstawiając ojca-Mickiewicza synowi-Słowackiemu pisze o tym drugim: „Już wówczas uważał się bowiem za równego, a może i za lepszego od tego, który chciał mu być ojcem. To spotkanie skończyło się wielką sceną, godną pióra Gombrowicza. I nie przypadkiem pada tutaj to nazwisko: któż o tym, co między ojcem a synem się dzieje, więcej powiedział niż ten, który ojczyźnie w imię synczyzny rzucił synowskie wyzwanie?” (J. M. Rymkiewicz, „Juliusz Słowacki pyta o godzinę”, Warszawa 1982, s. 25). W innym miejscu tej samej książki Rymkiewicz przedstawia sposób na przymuszenie przyszłości, żeby nie sfałszowała dzieła Słowackiego: „Sposób jest taki: trzeba komentować samego siebie. Wiedział o tym Gombrowicz, pisarz, który bardzo rozważnie i przemyślnie kształtował swój los – także swój los pośmiertny – a czynił to z taką świadomością, jaka w naszej literaturze nie była dana chyba nikomu przed nim. […] Udzielał sam sobie wywiadów, tak się komentując. Szukał sobie przeciwników i rozprawiał się z tymi wyimaginowanymi przeciwnikami, i w ten sposób się komentując.” (s. 242). Można mieć podejrzenie, że autorka, ustawiając arbitralnie dwóch pisarzy jako swoich przeciwników (oczywiście, bardziej w kontekście politycznym czy ideologicznym niż literackim), dokonała przeniesienia swoich własnych wyobrażeń, nie do końca podpartych wiedzą źródłową. Oczekiwanie przez Elizę Kącką rzetelności merytorycznej i faktograficznej od Jarosława Marka Rymkiewicza jest jak najbardziej uzasadnione, ale sama tym bardziej powinna jej przestrzegać, bo inaczej ostrze pióra może, jak w tym przypadku, zamienić się w obosieczny miecz.

Oj tam, oj tam! Pedanteria i szczególarstwo. Przecież stoi jak byk: "wróg tak wielki, że BODAJ nigdy niewspomniany”. "Bodaj", jedno z tych ulubionych słówek humanistycznych myślicieli, to tyle co "chyba, tak jakby", czyli już się Kąckiej przyszpilić nie da, wskazując, że Rymkiewicz wspomniał Gombrowicza dwa, trzy, czy sto razy na tysiącach stron, których i tak szkoda czasu czytać. Zresztą dla każdego inteligentnego, jak to mówią "myślącego Kącką" czytelnika, powinno być jasne, że nie o Gombrowicza tu chodzi. On jest tylko Alter Ego albo też Maską prawdziwego Arcywroga, którym jest oczywiście Kącka. Trudno zaprzeczyć, że Rymkiewicz z podejrzaną skrupulatnością ani razu nie wymienia nazwiska badaczki, tak jakby unikał konfrontacji, bał się, czy jakoś tak.

.

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]