Jak zostać Polakiem. Anita Piotrowska recenzuje „Orlęta. Grodno ‘39”

„Orlęta. Grodno ‘39” to średni film o wielkim żydowskim marzeniu i o jeszcze większym poświęceniu. Na szczęście nie czuć, by był robiony na polityczne zamówienie.

05.09.2022

Czyta się kilka minut

Kadr z filmu „Orlęta. Grodno ‘39” / MATERIAŁY PRASOWE TVP
Kadr z filmu „Orlęta. Grodno ‘39” / MATERIAŁY PRASOWE TVP

Dziś mało komu w głowie wojenne widowiska, nawet jeśli ten miesiąc szczególnie obfituje w ważne daty. Tymczasem Krzysztof Łukaszewicz („Lincz”, „Karbala”) w swoim nowym filmie „odpomina” mniej znane wydarzenia z września 1939 r., na dodatek jakoś korespondujące z wojną w Ukrainie – czyli aktywny udział młodzieży szkolnej w obronie Grodna podczas sowieckiej inwazji na Kresy. Trzeba przyznać, że wobec rodzimej biedabatalistyki, wielkoekranowych rekonstrukcji historycznych i czytankowych fabuł wpisywanych na rympał w politykę historyczną „Orlęta. Grodno ‘39” to jakościowy krok do przodu. Szkolne wycieczki, które niewątpliwie zasilą widownię, nie będą z nudów ziewać ani z zażenowaniem chichotać. Natomiast dość oryginalnym, o ile nie prowokacyjnym pomysłem w przypadku tej współprodukcji TVP jest uczynienie głównym bohaterem żydowskiego chłopca po uszy zakochanego w polskości.

Zarzuciwszy polaryzacje, uprzedzenia i wzmożenia, można dopatrywać się w tym zacnych intencji. Oto bowiem film próbujący włączyć wątek żydowski w naszą patriotyczną narrację. Odtwarzany przez Feliksa Mateckiego 12-letni Leoś, który marzy o zagraniu jasnowłosego Zbyszka z Bogdańca w szkolnym spektaklu, po czym zamienia koszulkę Makabi na harcerski mundurek (nie w imię przetrwania, to jeszcze nie ten czas), jest typowym bohaterem w przebraniu. Aż się prosi, by wpisać tę postać w stereotyp „naszego Żyda”, zasymilowanego i prawie przechrzty, który – niczym filmowy Zelig – pragnie być bardziej polski od etnicznie polskich kolegów. Zwłaszcza gdy z powodu komunistycznych sympatii starszego brata nie zostaje przyjęty do harcerstwa, a falangiści odmawiają mu polskości na każdym kroku. Lecz choć w domu Leona stoi na półce i ukochany Sienkiewicz, i Marks, scenariusz Łukaszewicza podpowiada także inną, sentymentalną wykładnię: osierocony przez ojca chłopak podkochuje się w koleżance z klasy, córce oficera, wcieleniu sienkiewiczowskiej Danuśki.

Chociaż film bazuje na różnych uproszczeniach, unika tępego politycznego młotka. Stara się raczej pokazać, jak uwodzicielską siłę dla małego Żyda z przedwojennego Grodna mogła mieć polska kultura, zwłaszcza mowa (gwoli ścisłości, z ekranu słychać również jidysz). Wybór takiego, a nie innego bohatera z jednej strony komplikuje więc dominujący dyskurs, z drugiej zaś i nas trochę tą polskością uwodzi.

„Orlęta. Grodno ‘39” to średni film o wielkim żydowskim marzeniu i o jeszcze większym poświęceniu, ażeby zasłużyć na bycie Polakiem. Z czasem sowizdrzalski ton tego rozdarcia radykalnie się zmienia. Sceny z nauką „Bogurodzicy”, wizytą w kościele i chłopackimi pojedynkami mają jeszcze sztubacki humor. Początek roku szkolnego przynosi koniec starego świata, a wojna z dwoma wrogami szybko przestaje być przygodą. Zanim Leoś przejdzie swój chrzest (nomen omen) bojowy, doświadczy smaku głodu, widoku zniszczenia i masakry. Wreszcie, pod wodzą plutonowego Grenia (Bartłomiej Topa), chłopiec zamieni się w stuprocentowego żołnierza walczącego z krasnoarmiejcami. Niepodziewanie jego żydowskość okaże się militarnie przydatna, aczkolwiek prawdziwa próba tożsamości przyjdzie wtedy, gdy w czasie walk ulicznych Leon napotka swojego brata po drugiej stronie barykady. Dlatego szkoda, że dla twórców filmu od konfliktu tragicznego zdecydowanie ważniejsza jest opowieść heroiczna, by nie rzec: martyrologiczna. Być może znajduje ona dzisiaj, w obliczu realnych zagrożeń ze Wschodu, kiedy wszelkie hamletyzowanie odeszło na dalszy plan, sensowne brzmienie, lecz na pewno ze stratą dla dramaturgii. Pojawia się zresztą problem jeszcze innej natury – główny bohater dopiero ukończył szóstą klasę.

Filmy wojenne kręcone z dziecięcej perspektywy mają w historii kina bogatą tradycję. Zazwyczaj ustawione na pierwszym planie „dziecko wojny” bywa postrzegane jako bezbronna ofiara, a jego wzrok, czasem wycelowany wprost do kamery, to najsurowsze oskarżenie, czego przykładem może być powstała niedawno hardkorowa adaptacja „Malowanego ptaka”, dokonana przez Václava Marhoula. Dziecko w tego rodzaju kinie zazwyczaj „idzie i patrzy” (niczym w biblijnym tytule głośnego filmu Elema Klimowa z 1985 r.), pokonując piekielne kręgi i stopniowo przestając być dzieckiem. Albo rozpaczliwie próbuje nim zostać poprzez ucieczkę w świat fantazji. W filmie Łukaszewicza – wiemy przecież, że największy horror dopiero się zacznie, wraz z „ostatecznym rozwiązaniem” – dziecko żydowskie w nieżydowskim kostiumie zyskuje na moment siłę i sprawczość. Jednakże, niezależnie od etnicznego pochodzenia, od słuszności wojny obronnej czy patriotycznych uniesień, posyłanie 12-latków na śmierć musi budzić opór. Co prawda bohater „Orląt” sam rwie się do walki, wbrew woli dorosłych, podobnie jak wielu jego kolegów, jak wcześniej nastoletni ochotnicy ze Lwowa czy ich warszawscy rówieśnicy niespełna pięć lat później, film zaś trzyma się faktów i chciałby złożyć zasłużony hołd małoletnim bohaterom, ale heroizowanie dziecięcej ofiary wydaje się mocno ryzykowne. Nawet wtedy, a może właśnie szczególnie wtedy, kiedy historia z grubsza wydaje się powtarzać.

Zwłaszcza że wojna w „Orlętach” jeńców nie bierze. Jest strach, są bebechy i nawet polskie wojsko to nie żadni chłopcy malowani, wystarczy posłuchać ich mięsistego języka. Mimo to wiele z tych przedstawień trąci sztampą. Dlatego lepiej, gdy film nie stara się epatować, a groza zostaje ledwie zasugerowana. Np. w scenie, gdzie radziecki człowiek z kamerą filmuje triumfalne wejście do miasta Armii Czerwonej i mimowolnie rejestruje przerażenie w oczach kobiet. Wiadomo, co wydarzy się poza kadrem.

Na szczęście, w przeciwieństwie do telewizyjnej serii „Kto ratuje jedno życie, ten ratuje cały świat”, która miała ocieplać relacje polsko-żydowskie, a wyszło jak zawsze, nie czuje się, żeby „Orlęta. Grodno ‘39” robione były na polityczne zamówienie. I jest to film zdecydowanie bardziej dopięty niż inne tego typu polskie produkcje: nie widać dziur w budżecie, pirotechnika działa, dawna rzeczywistość posiada należytą patynę. Bywa, że bezpośrednie starcie totalitaryzmów czy ideologii na stosunkowo niewielkim odcinku dezorientuje. Ale w końcu patrzymy na to oczami dziecka, które z tej wojny rozumie tyle, ile wyczytało w patriotycznych lekturach. To ono opowiada nam tę romantyczną bajkę o synu ubogiej żydowskiej krawcowej, który ku chwale polskiej ojczyzny palił bolszewickie czołgi. ©

ORLĘTA. GRODNO ’39 – reż. Krzysztof Łukaszewicz. Prod. Polska 2022. Dystryb. TVP. W kinach od 9 września.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Krytyczka filmowa „Tygodnika Powszechnego”. Pisuje także do magazynów „EKRANy” i „Kino”, jest felietonistką magazynu psychologicznego „Charaktery”. Współautorka takich publikacji, jak „Panorama kina najnowszego”, „Szukając von Triera”, „Encyklopedia kina”, „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 37/2022