Czy tyran Ceaușescu może dziś budzić współczucie?

Żyjemy w czasach, w których można zadekretować lub kupić niemal wszystko: stanowisko, wpływ na politykę mocarstwa. Ale zawsze zostanie coś, czego możni tego świata nie dostaną.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

W „Pałacu wiosennym”, czyli willi Ceaușescu w Bukareszcie, od pewnego czasu nie wolno robić zdjęć. Mówi się, że jedna z przyczyn to obawa przed złamaniem zakazu propagowania symboli i ideologii komunistycznej, który ma zostać wprowadzony w Rumunii. W willi, która obecnie funkcjonuje jako muzeum dostępne tylko w ramach wycieczek z przewodnikiem, symboliki propagandowej nie ma. 

Jest to bardziej ociekający złotem pomnik megalomanii i niepowstrzymanej miłości własnej – jeśli już, to może służyć za antyreklamę komunizmu. Ale być może teraz nie ma już czegoś takiego jak antyreklama. 

Zawsze istnieje ryzyko, że ktoś przestrogę odczyta jako instruktaż. Takie zagrożenie pojawia się, kiedy opowiada się o przebiegu zbrodni albo o mechanizmach uzależnień; w większości odbiorców wywołają zgrozę, ale zawsze ktoś znajdzie w nich poradę, jak zabić albo jak ukrywać nałóg. Pewnie tak samo jest z ideologiami. 

Wszak i u nas czasami zaprzysięgli antykomuniści dziwnie mówią Gomułką i socrealizmem, czyli zjawiskami pozornie odesłanymi do muzeum absurdów.

Kult jednostki i mit antyreklamy komunizmu

Ceaușescu pochodził z biedy, a został słońcem Karpat. Taka droga może nauczyć, jak zostać władcą sprawiedliwym, który rozumie ludzkie potrzeby. Nie był to ten przypadek. W imię idée fixe dyktatora, któremu zamarzył się kraj – samotna wyspa wolna od pożyczek, ludzie marzli we własnych domach i nie dojadali, a setki niechcianych „dzieci z dekretu”, które miały budować demograficzną potęgę kraju, cierpiały w upiornych sierocińcach. 

Uruchamianie odtwarzacza...

Jednocześnie w Bukareszcie budowano mamuci i nikomu niepotrzebny Pałac Ludu.

Ale jak wszędzie, po latach ludzie mają skłonność, żeby wybierać „znanego diabła”, gdy po egzorcyzmach nie nadchodzi świat anielski. A po 1989 r. bieda bynajmniej nie odeszła z Rumunii, a dzieci z sierocińców-więzień kończyły zwykle na ulicy. To te sceny zapisały się w pamięci mocniej niż terror lat 80. i w efekcie spora część społeczeństwa pozytywnie, bo selektywnie, ocenia rządy Ceaușescu. 

Po prostu skupiają się na wcześniejszych, pogodniejszych dekadach. Pamięci, ani własnej, ani zbiorowej, nie należy nigdy ufać do końca.

Groteska władzy jako szczepionka na totalitaryzm

Pomniki groteskowej megalomanii miały być szczepionką na uroki totalitaryzmów. Pokraczna nowomowa, tytułomania, złote łazienki, zachłystywanie się własnym mitem niosły przekaz: „kto zdrowy na umyśle traktowałby to poważnie?”. Ale znów nadeszły dobre czasy dla figury tyrana-kabotyna. Wpływowi ludzie nie obawiają się utraty twarzy, bo uważają, że są potężniejsi niż wszystko i wszyscy. 

Z satysfakcją zachowują się jak ktoś, kto podczas posiłku kładzie brudne skarpetki na stole. Ale podobnie jak dwudziestowieczni dyktatorzy, nie są w stanie kupić, zainscenizować lub wymusić wszystkiego, co im się zamarzy. Jest jedna rzecz, która wydaje się nieustannie bóść ich w czuły punkt, całkiem jak w starych baśniach z morałem.

Elena Ceaușescu samozwańczo nadawała sobie tytuły naukowe, choć nie miała pojęcia o chemii. Podczas „wizyt gospodarskich” dyktatorskiej pary statyści udawali entuzjazm. I wiek groteski wcale się nie chce zakończyć. Mieszanina zakompleksienia, megalomanii, przekonania o niemal magicznej wszechwładzy, dziwnie kojarzy się z antybohaterami współczesności, zwłaszcza krezusami świata technologii. 

Oczywiście przy właściwych proporcjach, bo oni nie dzierżą dyktatorskiej władzy i bezpośrednio nie decydują o czyimś życiu i śmierci, choć może by chcieli.

Dlaczego nie da się kupić ludzkiej sympatii

Cechą wspólną jest tutaj skrypt niczym z bardzo starych baśni o tym, że można zadekretować lub kupić sobie niemal wszystko, stanowisko, wpływ na politykę jednego z największych mocarstw, ale nie da się kupić ludzkiej przychylności i tego, żeby ktoś po prostu cię lubił i uważał, że jesteś w porządku.

Może to banalne, ale o tym przecież jest też jeden z największych filmów w dziejach. 

I tak – można kupić swojej ukochanej absolutnie pozbawioną wiarygodności okładkę największego magazynu o modzie, można podpisywać z kontraktorkami umowy na usługę pt. urodzenie dziecka, można zainwestować w czatbota po to, by wreszcie wygenerował spojrzenie zakochanej w tobie sztucznej osoby. Ale zazdroszczenie komuś majątku czy szanowanie biznesowej sprawności to nie to samo, co zupełnie darmowa i dostępna zwykłym zjadaczom chleba (co za skandal!) ludzka sympatia. 

W jej poszukiwaniu postacie te bywają tak nieporadne, że momentami można byłoby nawet im współczuć. Ale to byłby już nadmiar życzliwości, bo inaczej niż w baśniach, w rzeczywistości nikt niczego się z morałów nie uczy.

Świat jest dziś bardzo ironiczny, choć nikt już ironicznie nie mówi // Fot. Olga Drenda
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 03/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Baśń o niekochanym tyranie