Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

I pojechał do Zabrza

I pojechał do Zabrza

23.10.2017
Czyta się kilka minut
Muszę powiedzieć „sklepowiczom”, a jest ich legion, że prostactwo nie jest wyzwaniem rzuconym poprawności politycznej, lecz po prostu prostactwem.
W

W choć sławnej, to niedocenionej pieśni religijnej, „Orki z Majorki”, Pan Bóg pojechał do Zabrza. Cóż za podziwu godna intuicja autorów tekstu! Skąd wiedzieli, że rok 2017 upłynie w Zabrzu pod znakiem myślenia o literaturze najwyższej próby, w której co rusz dokonuje się artystyczny cud przemienienia zwykłości w niezwykłość, chaosu w kosmos – i na odwrót?

Czasy są neurotyczne, żyjemy na trapezie, nie mając w tym wielkiego doświadczenia. Jednego dnia dowiedziałem się, zdumiony, że 44 procent poparcia dla Prawa i Sprawiedliwości to „spełnienie Mickiewiczowskiego proroctwa”. Pan, z którym tylko przez chwilę rozmawiałem w pociągu, był świetnie przygotowany do wykładu. Między Szamotułami a Krzyżem rozprawił się z interpretacją Juliusza Kleinera, odniósł się do wykładni kabalistycznych, odrzucił hipotezę personalistyczną wskazującą na prezesa, po czym zwięźle naszkicował powołanie narodów i zbawczy wpływ swego odkrycia na Unię Europejską. Mimo że moment pełnego zrozumienia znajdował się blisko, wysiadłem. Byłem w Krzyżu, wstrząśnięty i niezbawiony.

Przeglądanie poczty internetowej nie przynosi zwykle rewelacji, naprawdę sporadycznie ktoś pisze o życiu poza pracą. Tym razem było jednak inaczej: „Drogi Piotrze, przesyłam filmik-ciekawostkę, bo choć nie jest ani trochę przyjemny, a tylko żenujący i frustrujący, warto monitorować stan dyskursu publicznego. Trudne do zniesienia nasilenie chamstwa i umysłowego zramolenia. Ta radosna arogancja i niczym nieuzasadniona pewność siebie jest porażająca. Widziałam to tyle razy, a nadal jestem zdumiona, że – niezależnie już nawet od stanowiska, jakie się ostatecznie zajmuje w danej sprawie – poważny problem dotyczący kobiet można zbyć i unieważnić nieśmiertelnym zestawem przaśnych żarcików na temat niedoruchanych feministek (...)”. Autorka nie uchodzi za feministkę, nie pisze „w imieniu służby” czy jakiejś przynależności. Obawiam się nawet, że wyniesienie przeze mnie fragmentu tego listu na forum może ją zakłopotać albo zirytować. Ale muszę, by powiedzieć „sklepowiczom”, a jest ich legion, że prostactwo nie jest wyzwaniem rzuconym poprawności politycznej, lecz po prostu prostactwem, surowym i niewybaczalnym. W istocie zaś rodzajem gwałtu na inteligencji i subtelności, do której nie mają oni żadnego startu. Czarna polewka, którą sami sobie warzą, zamienia się w truciznę; upokorzenie rodzi agresję; impotencja wyobraźni – wściekłość. Ból i skażenie, tym silniejsze, im powściągliwsze, wyzierające z listu mojej przyjaciółki, są nie do uśmierzenia. Koniec pedagogiki wstydu daje wprawdzie dostęp do własnej zołzowatej twarzy, co wszak daje niejaki pożytek, zarazem jednak pozwala tę mordę wysoko nosić. We wstydzie nadzieja. Wstyd nie jest polityką społeczną, a przynajmniej nie tylko, bo to głównie instynkt przyzwoitości.

Korespondencja z W. odbywała się w pociągu do Krakowa. W Krakowie jest uniwersytet, na uniwersytecie ludzie uniwersytetu, z ludźmi uniwersytetu dobrze jest człowiekowi z Poznania. Za to w Zabrzu są górnicy, piłkarze i – kardiolodzy. Może to oni właśnie spowolnili puls tego miasta. Pustawe ulice, powietrze wolne od słownego zgiełku, architektura niepiękna, ale pewna siebie, łańcuszkowa łaźnia, w której odbędzie się sesja o Schulzu. Dlaczego tutaj?

W autobusie z Krakowa do Zabrza pan chce wiedzieć, ile wiem o Śląsku. „Trochę, niedużo” – wyznaję. „A że mówi się »mówić jak do konia«, wie?”. Nie wie, więc pan opowiada o koniach, zwożonych – powoli, godzinami – w kopalniane głębie, i o ich opiekunach, przemawiających przez całą drogę do przestraszonych zwierząt. Gdyby tak usłyszeć, co mówili nieszczęśnikom... Gdyby usłyszeć, o czym milczały konie.

Zabrze jest miastem marzeń o słowach faktycznie znaczących, Schulz jest więc tu naprawdę u siebie, a Bóg nie pomylił się, jak zawsze. ©

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]