Czasem trzeba zabić w sobie inżyniera Mamonia, czyli algorytm podpowiadający najbardziej znane lub podobne do siebie piosenki. W przypadku Richarda Linklatera jest to o tyle utrudnione, że stosując w swoich filmach ciągły płodozmian, jednocześnie stworzył niedościgły wzór – kina, które jak żadne pozwalało odczuć upływający czas, towarzyszyć zmieniającym się wewnętrznie i fizycznie bohaterom, przegadywać z nimi całe życie.
Dzięki uchu do dialogów i obsadowej intuicji Julie Delpy, Ethan Hawke czy Patricia Arquette stworzyli u niego swoje najlepsze role. „Przed wschodem słońca” i jego sequele, rozłożone na dwie dekady, stały się doświadczeniem pokoleniowym, a kręcony przez dwanaście lat „Boyhood” oddawał nie tylko zmienną dynamikę rodzinną, ale i proces kulturowych przeobrażeń.
- HIT MAN – reż. Richard Linklater. Prod. USA 2023. Dystryb. Kino Świat. W kinach.
Nic więc dziwnego, że po kinie tak psychologicznie intensywnym i więziotwórczym trudniej przebić się z czymś radykalnie odmiennym. Na przykład z ekscentryczną komedią „Gdzie jesteś, Bernadette?” (2019), która mimo popisowej kreacji Cate Blanchett nie była sukcesem na żadnym polu. Tymczasem Linklater dalej nie zamierza odcinać kuponów od swoich wschodów i zachodów słońca. „Hit Man” dystansuje już tytułem, sugerując na wejściu, iż wyrafinowany reżyser wziął się za kino typowo komercyjne czy stricte gatunkowe. I tu czekać może podwójna niespodzianka. Powstał film bezpretensjonalny i lekki, co wcale nie oznacza, że konwencjonalny i pusty.
Schemat wydaje się skądś znany: oto idealny przeciętniak, tęskniący za kroplą (a najlepiej za całą kroplówką) adrenaliny, zostaje wkręcony w wir wydarzeń przyprawiających o zawrót głowy. Prawie jak u Hitchcocka. Bowiem Gary Johnson, młody nauczyciel akademicki po rozwodzie, żyjący pośród kotów i roślin w domku na przedmieściach, dorabia sobie po godzinach jako Ron, policyjny tajniak. Pewnego dnia zakres jego śledczych obowiązków poszerza się – ma być teraz prowokatorem udającym płatnego zabójcę i, mimo braku profesjonalizmu, okazuje się w tym doskonały. Na dodatek, nagrywając prawdziwych zleceniodawców, wsadzając ich za prawdziwe kratki i dokonując prewencji wielu zabójstw, szary wykładowca filozofii i psychologii ma okazję prowadzić wielostronne „badania terenowe” nad naturą ludzką. I to ona zaprowadzi go w końcu na etyczne manowce.
Brzmi niewiarygodnie? Linklater, skądinąd filmowy samouk, opowiada historię „poniekąd prawdziwą”, zaczerpniętą z artykułu prasowego (pierwowzór Gary’ego zmarł przed premierą filmu), flirtując przy tym z czarnym kryminałem czy komedią romantyczną. Daje to przyjemność obcowania z czymś dobrze znanym, a zarazem inteligentnie przetworzonym i trochę nostalgicznym.
Już staroświecka czołówka przekierowuje nas w dawniejsze rejony kina, bliżej lat dziewięćdziesiątych, choć akcja dzieje się w dzisiejszym Nowym Orleanie. Nie mówiąc o jazzującym podkładzie muzycznym w stylu Woody’ego Allena, z którym łączy Linklatera znacznie więcej. Na przykład postać intelektualisty, co to rozprawia ze studentami o nietzscheanizmie stosowanym, lecz dopiero będąc łże-killerem, może realizować swoje fantazje o życiu na krawędzi. I być charyzmatycznym twardzielem, który nie musi jeździć starą hondą civic. Aż wreszcie, pod wpływem spotkania z atrakcyjną klientką (Adria Arjona), Gary za mocno wchodzi w swoją rolę i coraz bardziej lubi w sobie cynicznego Rona.
„Hit Man”, czyli zanurzona w popkulturowych kliszach komedia omyłek, dworuje z wszelkiego teoretyzowania, bo wiadomo, że na końcu musi zwyciężyć to, co najgłębiej w człowieku ukryte. Oczywiście, samą psychoanalizę też traktuje krotochwilnie. W społeczeństwie, gdzie istnieje ogromne zapotrzebowanie na usuwanie zbędnych pań i panów, przebrany za płatnego mordercę bohater w pewnym momencie będzie nawet spełniał rolę doraźnego psychoterapeuty. Prowokacja jako metoda zapobiegania przestępstwom, chociaż kontrowersyjna z prawnego punktu widzenia (co film również pokazuje), może odsłonić znacznie więcej – i dużo szybciej – niż niejeden psychoterapeutyczny seans.
Tak czy inaczej, fabuła „Hit Mana”, błahej komedii poza dobrem i złem, zbudowana została z kłamstw, masek i sytuacji qui pro quo, które koniec końców okazują się potrzebne. Choćby do tego, żeby się dowiedzieć, czego naprawdę się pragnie.
I nie ma w tym niczego (ani tym bardziej Nietzschego) odkrywczego. Linklater z dużą precyzją nakręca filmowy i moralny chaos, ironicznie zmierzający do ustanowienia nowego mieszczańskiego porządku. Zabawa w mistyfikacje zdaje się nie mieć końca, ale też, na szczęście, nie zamęcza. Spora w tym zasługa Glena Powella w roli Gary’ego/Rona, jako że aktor znany dotąd raczej z ról telewizyjnych i drugoplanowych („Top Gun: Maverick”, „Ukryte działania”) bez zbędnych grymasów potrafi oddać i dezorientację, i determinację swego bohatera. Jako aktor grający życiowego aktora czuje tę postać wyśmienicie, współtworzył ją zresztą także na papierze, debiutując przy okazji w roli współscenarzysty.
Gdyby nie wdzięk i najntisowy sznyt, „Hit Mana” mógłby pokonać wspomniany nadmiar kamuflaży oraz natłok zgranych filmowych konwencji. Równocześnie czerpanie z kina już powstałego skazuje Linklatera na nieuchronne porównania i nie zawsze wypadają one na jego korzyść. Widzom zakochanym w starym dobrym Allenie będzie tu brakować jeszcze większej dawki inteligenckiego humoru, fanom zaś braci Coenów – bardziej wywrotowego ekscesu. Kupując estetykę na granicy kiczu, można by dziś oczekiwać jej kampowego przekroczenia, a tymczasem trzeba się zadowolić dwuznacznym i dość bezpiecznym balansowaniem.
Pozostaje jeszcze pytanie, czy film Linklatera oglądany bez świadomości tych wszystkich odniesień, mrugnięć, przerysowań, tudzież bez wiedzy, jakiego kalibru reżyser pociąga za sznurki, w ogóle by się obronił. Tyle że „Hit Man” wcale nie chce być dziełem z podwójnym kodem. Bezszwowo łączy stylizację na rączy „akcyjniak” i pikantną, acz nieco staroświecką historię miłosną z przypowieścią o tym, że w życiu jesteśmy tylko wiązką ról.
Ktoś powiedział, że jest to film zarazem mądry i głupi – i trafił w punkt. Być może bierzemy udział w grze o sumie zerowej. Albo dostajemy rozrywkę, która nie obraża swojego widza, a przy tym nie obnosi się z listkami figowymi, przysłaniającymi jej proste w gruncie rzeczy intencje.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















