Reklama

Historia pewnej przyjaźni

Historia pewnej przyjaźni

02.08.2006
Czyta się kilka minut
Ta korespondencja ukazała się po raz pierwszy prawie czterdzieści lat temu, w niespokojnym roku 1968. Zbuntowana młodzież po obu stronach oceanu tylko jednego z jej dwu protagonistów mogła uznać za swego duchowego patrona - o drugim nie chciałaby słyszeć. Ale jej autorzy nie przystaliby na taki podział.
Tomasz Mann i Hermann Hesse
P

Pierwszy powołałby się na swą znaną sympatię do tego, co młode i naiwne, wbrew powikłaniom własnej egzystencji. Drugi na fakt, że był zawsze obrońcą kultury przed tymi, którzy swoje pokątne sympatie do barbarzyństwa stroją w szaty politycznej słuszności. I - jak to bywa między przyjaciółmi - nie chcieliby, by wygrywać ich przeciwko sobie, wyciągając na światło dzienne i tak widoczne gołym okiem różnice.

Niefortunne spotkanie

Ale podobne rozważania mogą przebiegać jedynie w trybie przypuszczającym. W 1968 roku Tomasz Mann i Hermann Hesse już nie żyli - pierwszy zmarł w roku 1955, drugi - siedem lat później. Zostały tylko - i aż - książki. Wielka tradycja literacka, jaką w znaczącym stopniu współtworzyli, tradycja naj-

istotniejszych pytań i artystycznych poszukiwań, przestała istnieć, tak jak nie istniała Europa, której czuli się obywatelami i którą w gruncie rzeczy wyobrażali sobie na sposób utopijny - nie jako projekt polityczny, ale miejsce spotkania wielkich, wolnych duchów. Nowoczesność poszła z dymem unoszącym się z krematoryjnych kominów, do głosu dochodziło pokolenie otwarcie wyrażające niechęć do wielkich narracji, trwała zimna wojna.

Korespondencja Hermanna Hessego i Tomasza Manna jest spotkaniem na szczycie. Książka jest oczywiście także ważnym źródłem biograficznym, bez którego trudno wyobrazić sobie głębszą rozmowę o każdym z tych pisarzy. Jednak patrząc z kilkudziesięcioletniego dystansu, łatwo przeoczyć inne znaczenie tego dialogu dwu postaci zasadniczych i jednocześnie głęboko przeciwstawnych, nie zauważyć niemal cudownej natury spotkania dwu wielkich pisarzy niemieckich, do którego byli predestynowani przez własną rangę i zmienne koleje własnego życia.

A do ich spotkania - nie w sensie fizycznym, ale duchowym - mogło w ogóle nie dojść. Pierwszy kontakt osobisty, zaaranżowany w 1904 roku przez wydawcę obu młodych pisarzy, Samuela Fischera, zaowocował nie tyle bliskością, co poczuciem zakłopotania. Mann stawił się w nienagannym stroju, uzbrojony w świeżo zdobytą pozę światowca. Hesse - w codziennym ubraniu i schodzonych butach. Trzy lata później Mann z niesmakiem mówił o wydawanym przez Hessego piśmie "März", zarzucając mu prostactwo. Po kolejnych trzech latach nadchodzą pierwsze grzecznościowe, oficjalne listy. Dotyczą "Królewskiej Wysokości", drugiej po "Buddenbroo-kach" i - co tu kryć - bardzo nieudanej powieści Manna. Na umiarkowanie pochlebną recenzję Hessego (bardzo pochlebną, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że krytyka dosłownie zmiażdżyła tę książkę) Mann reaguje obronnie. Nic dziwnego: ocena Hessego, sprowadzająca się do stwierdzenia, że autorowi powiodła się rzecz niewiarygodna - stłumienie własnego, autentycznego głosu - trafiała w sedno rzeczy, z czego z pewnością musiał zdawać sobie sprawę autor powieści.

Przez kilka kolejnych lat - milczenie. W 1912 Hesse opuszcza Niemcy i osiedla się w Szwajcarii, by z chwilą wybuchu I wojny zdystansować się wobec niemieckiej polityki - najpierw umiarkowanie, potem coraz bardziej radykalnie. Zupełnie inaczej Mann, którego własny kryzys duchowy i artystyczny (jego oznaką była wspomniana już "Królewska Wysokość"), konflikt z bratem Henrykiem oraz estetyzujące spojrzenie na wojnę - z ducha Nietzschego - prowadzą wprost w objęcia narodu. Rezultatem są eseje takie jak "Mowa na rzecz Niemiec" czy uciekający się do kostiumu historycznego "Fryderyk i Wielka Koalicja" (powstały najwyraźniej zamiast nigdy nienapisanej powieści o Fryderyku Wielkim), stanowiące przygrywkę do obszernych - i do dziś nieprzetłumaczonych na polski - "Rozważań człowieka apolitycznego". Przemyślenia Manna z tego okresu - np. takie, że prawo Niemiec jest prawem potężniejszego mocarstwa - trudno dziś tłumaczyć czymś innym niż nacjonalistycznym zaczadzeniem, ale na korzyść pisarza należy zaliczyć fakt, że odcinając się od nich w późniejszym okresie, nigdy nie starał się ukrywać prawdy o własnej ideowej biografii.

Uwaga, Europo!

Z pierwszej wojny i Hesse, i Mann wychodzą poharatani. Hesse - choć historia przyznaje rację jego politycznym poglądom - wychodzi z niej z piętnem zdrajcy ojczyzny (jakby jego ofiarna działalność na rzecz niemieckich jeńców zupełnie się nie liczyła). Już wcześniej rzuca się w wir psychoanalizy, pisze terapeutycznego "Demiana". Mann jest ideowym bankrutem - pisane wielkim nakładem duchowych sił "Rozważania" okazują się, w chwili publikacji, dziełem kompletnie nieaktualnym, a niepozbawiony wewnętrznych przeszkód proces "demokratyzacji" autora "Buddenbrooków" dopiero się rozpoczyna.

Mann - wbrew tytułowi swego eseju - do końca życia pozostanie człowiekiem politycznym, nie zawsze w najbardziej szczęśliwy sposób i nie bez związku ze - skądinąd słusznym - przekonaniem o własnej wyjątkowej roli w życiu narodu. Hesse będzie człowiekiem prawdziwie apolitycznym w najbardziej szlachetnym znaczeniu tego terminu: żywiącym przekonanie, że jedynym skutecznym sposobem oddziaływania artysty jest jego sztuka. Poglądem tym - będącym rezultatem świadomego samoograniczenia, a nie oportunizmu - należy tłumaczyć fakt, że w hitlerowskich Niemczech, choć z coraz większymi ograniczeniami i właściwie wbrew woli pisarza, jednak wydawano jego książki. Temu poglądowi sprzeniewierzył się bodaj tylko raz - dając się namówić Mannowi do przyjęcia członkostwa w Pruskiej Akademii Literatury, z którego po kilku latach zrezygnował, słusznie przeczuwając, że artyści wkrótce staną się kwiatkiem do hitlerowskiego kożucha. Niczego nie cenił wyżej niż własnej niezależności i może właśnie stąd brała się jego zadziwiająca - jak na człowieka apolitycznego - polityczna dalekowzroczność.

Mann, który tak samo jak Hesse nie skończył szkoły i całe życie był opętany myślą o nadrobieniu zaległości, w tej przyjaźni - choć starszy o dwa lata - występuje jakby w roli ucznia. To, że nazizm rozwija się jak rak, prowadząc do wielkiej ogólnoświatowej katastrofy, jest dla Hessego już z góry oczywiste, Mann nie bez trudności dopiero stopniowo to odkrywa. Autor "Czarodziejskiej góry" zazdrości Hessemu jego światopoglądowej solidności, opanowania, spokoju. W praktyce przekłada się to na półżartem wyrażaną zazdrość o życiową, materialną postać jego egzystencji: dlaczego nikt nie wybuduje mu - tak jak Bodmer Hessemu - jakiegoś domu w Szwajcarii, nie powie o nim "mamy go, jest nasz"?

Odpowiedź tkwi prawdopodobnie w naturze samego Tomasza Manna. Autor "Wybrańca" nie wytrzymałby z pewnością skromnych warunków materialnych, w których Hesse, coraz bardziej skazany na pomoc przyjaciół, bez skargi przetrwał wojnę. Zamiłowanie Manna do reprezentowania, pokazywania się, podróży po prostu (pomimo narzekań na niewygody i zmęczenie), skazuje go w tej burzliwej epoce na ciągłe zmiany miejsca. Rozpacz z powodu utraty monachijskiego domu zamienia się w końcu w długo celebrowany spektakl wyboru nowego miejsca zamieszkania - Wiedeń, Włochy czy może jednak Szwajcaria?

Ta zmienność i kapryśność jest zewnętrznym wyrazem lęku przed jednoznacznym określeniem własnego miejsca na mapie duchowej, która to cecha stanowi sam rdzeń jego natury. Czy odnajdzie się w obozie emigrantów, czy powinien walczyć o jakąś formę istnienia w opanowanym przez Hitlera kraju? Opowiedzieć się po stronie socjalizmu czy kapitalizmu? Odwiedzić wschodnie czy zachodnie Niemcy? To tylko echa jednego, podstawowego pytania: być artystą czy mieszczaninem? Odpowiedź prawie zawsze będzie uzbrojona w jakieś zastrzeżenie, jednoznaczna - bardzo rzadko.

Mann jest wszak egzystencją problematyczną. Jeszcze w 1935 roku - dwa lata po opuszczeniu Niemiec - przygotowuje esej "Uwaga Europo", który, wbrew alarmującemu tytułowi, jest kulturalną - nazbyt kulturalną - analizą europejskiej sytuacji, a do nabrzmiewającego i coraz bardziej bijącego po oczach zła przykłada teorię buntu mas. Dopiero w 1936, sprowokowany listem Eduarda Korrodiego - który, powołując się na przykład Manna, stwierdził, że nie jest prawdą, jakoby cała współczesna literatura niemiecka przeniosła się na emigrację, i utożsamił literaturę emigracyjną z literaturą pisaną przez pisarzy pochodzenia żydowskiego - Mann opowiedział się jednoznacznie po stronie emigracji, tłumacząc ostateczne zerwanie z Niemcami słowami Augusta von Platena: "Ten, kto zła z całej duszy nienawidzi, / Ojczyznę nawet rzucić będzie musiał, / Gdy tam służalców lud wielbić je zacznie...".

Choć zarówno Hesse, jak i Mann nie znosili, gdy przeciwstawiano ich sobie, a zwłaszcza gdy wygrywano jednego przeciwko drugiemu, doskonale zdawali sobie sprawę z dzielących ich różnic. Dopiero ich podkreślenie, a nie bagatelizowanie, pozwala zobaczyć ich przyjaźń we właściwym świetle. Mann poetycko przeciwstawiał własną egzystencję problematyczną "czystemu kształtowi" życia Hessego. Dzielił ich nie tylko tryb życia i podejście do sfery politycznej; różnili się w oczywisty sposób cechami charakteru. Do zazdrości, z gruntu obcej Hessemu, Mann przyznawał się otwarcie, opisując własne uczucie po lekturze "Gry szklanych paciorków" jako "czasem nawiedzający człowieka żal, że nie jest się samemu na ziemi". O pomocy udzielanej innym Mann lubił mówić głośno, Hesse robił wiele, ale wolał milczeć.

Swoje muzyczne namiętności kierowali w odmiennych kierunkach - podczas gdy Mann, mimo wszelkich zastrzeżeń, pozostał do końca życia wierny młodzieńczemu kultowi Ryszarda Wagnera, Hesse dostrzegał w muzyce Wagnera niewiele więcej niż nacjonalistyczny kicz. Sam słuchał Bacha, Mozarta i Chopina. I choć obydwaj cenili Nietzschego, to za zupełnie odmienne rzeczy: podczas gdy Mann cenił w autorze "Genealogii moralności" przede wszystkim psychologa dekadencji, Hesse chciał widzieć w nim "antypatriotę i krytyka wszelkiego kolektywizmu, dla którego najwyższą instancją było tylko sumienie". Miarą ich niezależności jest fakt, że żadnemu z nich nie przyszłoby do głowy widzieć w Nietzschem duchowego ojca faszyzmu.

Magister ludi i doktor Faustus

Przynajmniej niektóre spośród dzielących ich różnic miały źródło w pochodzeniu: podczas gdy Mann był potomkiem patrycjuszowskiej rodziny z północnych Niemiec, pochodzenie Hessego było znacznie skromniejsze, a jego ojczyzną była południowa kraina - Szwabia. Stąd skłonność Manna do przypisywania Hessemu naiwności i stąd twierdzenie Hessego, że choć Mann sam został później mieszkańcem Południa, nigdy nie zrozumiał jego mieszkańców i miał skłonność do traktowania ich na sposób satyryczno-komediowy, czego wyrazem był portret mieszczańskiego środowiska Monachium w "Doktorze Faustusie".

Zdumiewająca równoległość "Gry szklanych paciorków" i "Doktora Faustusa", muzycznych powieści o kryzysie kultury, przyobleczonych w podobną, humorystyczną szatę fikcyjnej biografii, nie pozostała oczywiście niezauważona przez ich autorów. Mann pisał (w "Jak powstał »Doktor Faustus«"): "moje bardziej zdecydowane, ostrzejsze, gorętsze, bardziej dramatyczne, bliższe w czasie i bezpośrednio uchwycone. Jego - bardziej miękkie, marzycielskie, zawoalowane, romantyczne i rozigrane". Złożył też w swej powieści hołd Szwajcarii, "w której można znaleźć wiele współczucia dla cierpień, wiele zrozumienia". Hesse natomiast oddał całkiem osobisty hołd urodzonemu w Lubece (nad rzeką Trave) Mannowi, portretując go w powieści jako Tomasza von der Trave, poprzednika Józefa Knechta na stanowisku magistra ludi.

"Zarzucano mu - pisał - że jest chłodnym, wręcz zimnym człowiekiem intelektu, zaledwie uprzejmie odnoszącym się do zagadnień artystycznych, a wśród młodych, entuzjastycznych wielbicieli gry szklanych paciorków słyszało się o nim niekiedy raczej ujemne opinie - błędne opinie, gdyż choć nie był entuzjastą i podczas wielkich, publicznych gier usiłował w miarę możności nie tykać doniosłych a podniecających tematów, jego świetnie skonstruowane, formalnie nieprześcignione gry ujawniały przecież znawcom intymną znajomość ukrytych problemów świata ludycznego".

Pytanie o to, który z tych utworów jest lepszy, jest zbyt nęcące, by go nie zadać, ale odpowiedzieć na nie jednoznacznie też nie sposób. Utwór Manna jest artystycznie bardziej ryzykowny, łączący różne i odległe konwencje literackie, źródła, pomysły, nieraz na granicy literackiej hochsztaplerki, dzięki temu - bardziej wciągający. Utwór Hessego - w którym gra wydarzeń została zastąpiona grą idei - bardziej jednorodny, ale jednocześnie nie brakuje mu autentycznego oddechu, swobody, których najdobitniejszym przykładem był pomysł dołączenia do tekstu właściwej powieści dzieł Józefa Knechta. Z punktu widzenia artystycznej zręczności zaspokajają nas obydwa, jako polityczna diagnoza tekst Manna jednak zawodzi - i to zarówno jako komentarz Zeitbloma do bieżących wydarzeń, jak i jako wielka polityczno-moralna metafora.

Zawinił brak wyczulenia Manna na historię. Podczas gdy pozytywny przykład, na który wskazuje Hesse, polega na "przebudzeniu się ku żywemu odczuwaniu historii oraz traktowaniu własnej osoby i działalności jako komórki, współuczestniczącej i współścierającej się w nurcie stawania się i przemian", a wniknięcie w zawiły ciąg historycznych przyczyn i skutków po to, by przeniknąć historię (i, w miarę możliwości, uniknąć powtarzania dawnych błędów), jest pedagogicznym postulatem, Mann proponuje z samej swej istoty ahistoryczny mit o pakcie Diabła z Niemcami, którego fatalizm z góry już podkopuje jego pedagogiczną skuteczność. Chyba że "Doktor Faustus", jak tego chce Hubert Orłowski, nie jest powieścią o pakcie z Diabłem, ale o wyobrażeniach rządzących zbiorową wyobraźnią.

***

Choć kulisy powstawania "Gry szklanych paciorków" i "Doktora Faustusa" będą zapewne dla wielbicieli Hessego i Manna najciekawszą częścią tej książki, na nich jej zawartość się przecież nie kończy. Najbardziej uderzającą cechą jej autorów i bohaterów jest elitaryzm, charakteryzujący dwu prawdziwych arystokratów ducha. U jednego otwarcie wyrażany, przyobleczony w odpowiednią życiową pozę, u drugiego bardziej dyskretny. Przekonanie, że kultura duchowa - "pociecha marzeń, gry i formy" - nie jest dodatkiem do życia ludzi i społeczności, ale samą jego istotą, nie jest nawet otwarcie wyrażane, przyjmuje się je jako oczywiste założenie. To przekonanie przynosi uzasadnioną dumę: "niejednego dokonaliśmy i niejedno z tego pozostanie, na przekór wysiłkom oszczerców".

Hermann Hesse, Tomasz Mann, "Korespondencja", przedmowa Volker Michels, posłowie Anni Carlsson, przełożyła Małgorzata Łukasiewicz, Warszawa 2006, Państwowy Instytut Wydawniczy.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]