Spotkałem Colsona Whiteheada w grudniu 2017 r. w warszawskiej Hali Koszyki; wystąpił wówczas w programie o literaturze, który prowadziłem dla jednej ze stacji telewizyjnych. Zaśmiewaliśmy się z dźwiękowcami z jego imienia, które kojarzyło nam się ze świeżą wówczas w Polsce aferą. Gdy jednak Whitehead przyszedł – śmiechy ucichły.
Wysoki mężczyzna z dredami, ubrany w żółte spodnie i granatowy płaszcz. Było w nim coś onieśmielającego – aura światowego sukcesu.
Żeby zrozumieć jego skalę, najlepiej przywołać zdarzenia z USA w lecie 2019 r., te sprzed premiery jego najnowszej powieści, wydanych właśnie po polsku „Miedziaków”. Whitehead znalazł się, jako pierwszy prozaik od czasu Jonathana Franzena, na okładce magazynu „Time”.
– Tak, to prawda, zdarzyło się – mówi roześmiany pisarz, gdy pytam teraz, czy naprawdę przez trzy dni w magazynie wydawnictwa Random House podpisywał 15 tys. egzemplarzy „Miedziaków”. Zaraz jednak dodaje: – Wszystkie te egzemplarze nie są przeznaczone dla wielkich sieci handlowych, ale niezależnych księgarń, bo to one mnie wspierały, kiedy jeszcze nie sprzedawałem się tak dobrze jak dzisiaj.
Jako 30-letni absolwent Harvardu i dziennikarz „The Village Voice” debiutował w 1999 r. powieścią „The Intuitionist”. Została zauważona przez krytyków i nominowana do kilku nagród, ale bestsellerem nie była. Podobnie sprawy się miały z „John Henry Days” z 2001 r., które co prawda znalazły się w finale Pulitzera, jednak o czytelniczym powodzeniu trudno mówić. Zdawało się, że Whitehead pozostanie jednym z typowych amerykańskich pisarzy środka – publikujących w nakładach kilkudziesięciotysięcznych, prócz tego zaś piszących do gazet i nauczających creative writing. A potem przyszedł rok 2016 i wszystko się zmieniło.
„Kolej podziemna” opowiadała o szlaku bezpiecznych kryjówek dla niewolników uciekających w XIX w. z południowych stanów. I sprzedała się w nakładzie nawet jak na USA niewyobrażalnym: 3 miliony egzemplarzy. Zyskała uznanie krytyków (jako pierwsza książka od 1993 r. zdobyła i Pulitzera, i National Book Award).
Czy po sukcesie „Kolei” coś w pisaniu Whiteheada się zmieniło? – I tak, i nie – mówi. – Cały czas sprawia mi trudność, bo powinno sprawiać. Zacząłem też mnóstwo podróżować, więc połowa „Miedziaków” została napisana w samolotach, pociągach i hotelach. Najważniejsze jest jednak, że nowy kształt przybrał mój, jako pisarza, stosunek do polityki. Można powiedzieć, że „Kolej podziemna” jest powieścią o szczęśliwych dniach Baracka Obamy. „Miedziaki” to z kolei książka ery Donalda Trumpa. Za rządów Obamy nie myślałem, bo nie musiałem, o sprawach publicznych; za rządów Trumpa zostałem do tego zmuszony. Uznałem, że napisanie powieści o czasach uznawanych za epokę wielkiej przemiany pomoże mi uporządkować własne spojrzenie na politykę.
Akcja książki rozgrywa się w pierwszej połowie lat 60., kiedy Martin Luther King obwieszczał czarnoskórym obywatelom USA, że są „tak dobrzy jak wszyscy inni” i w kraju rósł w siłę Ruch Praw Obywatelskich. Wbrew utartemu twierdzeniu, Ruch wcale nie odniósł wtedy sukcesu, a efekty tej klęski widzimy dziś – twierdzi pisarz.
Po rasie
Takie twierdzenie jest w ustach Whiteheada o tyle zaskakujące, że krytycy długo uważali go za jednego z głównych przedstawicieli pisarstwa postrasowego. Pisząc w „The London Review of Books” o jego prozie, Thomas Williams twierdził, że usuwa on doświadczenie sytuacji ekstremalnych z opowieści o czarnoskórych Amerykanach. Losów bohaterów Whiteheada, twierdził, nie determinuje kolor skóry; to „czarni, ale z wielkimi domami na plażach”.
Problem w tym, że Whitehead, jak się zarzeka, nigdy w postrasowość nie wierzył. Jest dla niego mitem, który składa się z dwóch prawd: po pierwsze – pokoleniowej, po drugie – klasowej.
– Jeśli chodzi o prawdę pokoleniową, to faktycznie w USA wyrosła generacja czarnych, która nie musiała walczyć o swoje tak jak Martin Luther King. Zaliczam się do tego pokolenia zarówno ja, jak i Spike Lee – mówi.
W temacie klas Whitehead zgadza się, że byli Amerykanie, którzy osiągnęli sukces będąc czarnoskórymi. Nie sądzi jednak, by można za tryumf postrasowości uznać takie wydarzenia jak wybór Baracka Obamy na prezydenta USA. To według niego incydent, jeden z tych, które mają mit postrasowości podsycać.
Główne założenie tego mitu brzmi: kolor skóry stał się w Ameryce przezroczysty i w kilka dekad po zniesieniu tzw. Jim Crow laws (szereg ustaw na poziomie stanowym, które zamykały czarnoskórym drogę do awansu społecznego) przed czarnymi mieszkańcami USA otworzyły się drzwi do karier w biznesie, polityce, prawie. Mogli wykonywać swoje zawody tak samo jak ich biali koledzy, a więc czarny adwokat nie musiał być Johnniem Cochranem, tylko adwokatem po prostu. Postrasowość, wedle tego mitu, to era „»ślepoty na kolor« – jak twierdzi dziennikarka Michelle Alexander – w której nie ma już społecznego przyzwolenia, by używać rasy jako powodu do dyskryminacji”.
Whitehead wyrastał w środowisku, które zdawało się spełnionym snem zwolenników takiego punktu widzenia: jego rodzice mieli wziętą firmę HR-ową. Wraz z trójką rodzeństwa wychował się na Manhattanie, letnie wakacje spędzał na Long Island.
Pisarz uważa, że gdyby ktokolwiek spróbował w dzisiejszych Stanach Zjednoczonych powiedzieć o czymś takim jak postrasowość, zostałby obśmiany.

– Od kiedy Trump został wybrany, nikt już tego określenia nie używa; nie tylko czarni, biali także – mówi. – Mit postrasowości opierał się na marzeniu, że skoro dekadę temu część kraju zagłosowała na czarnoskórego, 150 milionów rasistów, którzy w USA mieszkają, nagle przestało być rasistami. Zniknęli? Rasizm z nich po prostu wyparował? I nie, nie przesadzam, jeżeli chodzi o ich liczbę. Spójrz na to, jak wygląda gabinet Trumpa. Ilu widzisz w nim ludzi o innym kolorze skóry?
– Czym tłumaczysz zwycięstwo Trumpa? – pytam.
– Historią – kwituje Whitehead. – To, co powiem, nie będzie zbyt odkrywcze, ale tak właśnie to działa: sięganie po irracjonalizm i dawanie wyborcom fałszywych odpowiedzi na prawdziwe pytania. Spójrz nie tylko na Trumpa, ale też na Jaira Bolsonaro. Sądzę, że to kwestia czasów, bo rzeczywistość zmienia się w sposób cykliczny: jest cykl progresywny, po nim następuje regresywny. Przyszło nam żyć w czasach, w których ten drugi wziął górę. Oczywiście kiedyś z niego wyjdziemy, ale nie stanie się to prędko.
Jim Crow redivivus
„Miedziaki”, chociaż są komentarzem do cyklu regresywnego, odnoszą się do tych lat w dziejach USA, gdy zdawało się, że postrasa to ziszczone marzenie.
Głównym bohaterem powieści jest Elwood Curtis, wychowywany przez babcię nastolatek, który pragnie dostać się do college’u dla czarnoskórych, by zdobyć tytuł inżyniera. Jako autostopowicz trafia na kierowcę, który ukradł samochód. Gdy zostają zatrzymani przez policję, kierowca ląduje w więzieniu, bez prawa do adwokata, niepełnoletni Elwood z kolei – do ośrodka poprawczego dla chłopców, zwanego „Miedziakiem”.
W poprawczaku chłopcy – nie tylko czarnoskórzy, acz na nich koncentrują się prześladowania – nocami są zabierani z łóżek do miejsca zwanego „Białym Domem”, gdzie są boleśnie bici. Niektórzy tego nie wytrzymują; ziemię w ogrodzie Miedziaka użyźnia coraz większa liczba trupów, które zostaną odkryte dopiero po kilku dekadach. Czy byli wychowankowie wiedzieli, co się dzieje, i mogli po wyjściu na wolność opowiedzieć o wszystkim prasie? Pobożne życzenia. Kto zostawia Miedziak za sobą, ten stara się do niego nie wracać nawet we wspomnieniach. Te już dorosłego Elwooda budzą w środku nocy.
Czytaj także: Alain Mabanckou: Język nie ma narodowości
Powieść Whiteheada inspirowana jest faktami. Miedziak to tak naprawdę Arthur G. Dozier School for Boys – szkoła działająca na Florydzie od połowy zeszłego stulecia do 2011 r. W rok po jej zamknięciu informację o znalezieniu w ogrodzie wielu zwłok podała lokalna gazeta z Florydy. Whitehead, który już wtedy pracował nad książką, dowiedział się o całej sprawie z Twittera: – Przeczytałem, że starano się sprzedać należącą do szkoły ziemię i znaleziono w niej ponad pięćdziesiąt trupów. Zdziwiło mnie, że informacja, choć wielokrotnie pisali o niej reporterzy z Florydy, nie przedostała się do ogólnokrajowych mediów. Oni wykopywali z ziemi kolejne zwłoki, a dla wszystkich to był news na jeden dzień!
– I co, pojechałeś na Florydę? – pytam. To jedyny moment w całej naszej rozmowie, kiedy Whitehead długo milczy.
– Nie pojechałem – odpowiada w końcu. – Gdybym pojechał, to nie samochodem, lecz buldożerem, i tylko po to, by to miejsce zburzyć.
Moment, w którym dowiedział się o mordach w Dozier School, był w historii USA szczególny.
– To był czas Erica Garnera [czarnoskórego nowojorczyka podejrzanego o sprzedawanie papierosów, który umarł po tym, jak zatrzymujący go policjant zaczął chłopaka dusić – WE] i Michaela Browna [18-latka z Ferguson w stanie Missouri, zastrzelonego przez policjanta, co do którego sąd stwierdził, że działał w samoobronie – WE]. Uderzyło mnie, jak wiele strasznych rzeczy przydarza się czarnym wokół mnie, i jak niewielu je dostrzega.
Sugeruję pisarzowi, że to banał, bo ludzką krzywdę dostrzega się rzadko. Jaka jest więc specyfika tego niedostrzegania w USA?
– W USA rasizmu się nie widzi, bo na długo przed Trumpem został zinstytucjonalizowany.
– Jak?
– Masowym więzieniem czarnych.
Teza Whiteheada nie jest nowa. Michelle Alexander w swojej pracy z 2010 r., „The New Jim Crow: Mass Incarceration in the Age of Colorblindness”, twierdziła, że po zniesieniu Jim Crow laws segregacja przybrała po prostu inny wymiar: „Zamiast polegać na kryterium czysto rasowym, my, Amerykanie, zaczęliśmy używać naszego systemu wymiaru sprawiedliwości, by nadawać czarnym łatkę kryminalistów”. W ten sposób narodziły się nowe prawa Jima Crowe’a: wypowiedziana za prezydentury Ronalda Reagana wojna z narkomanią za swój główny cel obrała czarnoskórych, profilowanych jako dealerzy. Kiedy trafiali do więzienia w innych miejscach niż Puerto Rico, i stany Maine i Vermont, pozbawiani byli praw wyborczych. Według Alexander to powrót niewolnictwa: pod płaszczykiem wojny z przestępczością odmawia się czarnym udziału w demokracji.
– Dlaczego w Stanach pozwolono, aby się to wydarzyło? – pytam.
– To u nas dziedziczne – odpowiada Whitehead. – Biali Amerykanie nauczyli się tak postrzegać czarnych od rodziców. Jeżeli od nich dowiedzieli się, że czarnoskórzy, muzułmanie, kobiety są od nich w jakiś sposób gorsi, utkwiło im to przekonanie w sercu.
W „Miedziakach” pisze o tym wprost: „To tatusiowie uczyli ich, jak trzymać niewolników pod butem, z pokolenia na pokolenie przekazywali to okrutne dziedzictwo. Uprowadź go z rodziny, wychłoszcz tak, że będzie pamiętał tylko bat, zakuj go w kajdany, tak że będzie znał tylko kajdany”.
Niektórym może się zdawać, że fizyczny aspekt przemocy służy w „Miedziakach” za symbol instytucjonalnego.
– Nie. Tego się nie da rozdzielić – twierdzi pisarz. – Fizyczne bicie, bicie czarnego ciała jest możliwe dzięki politycznym uwarunkowaniom, a polityczne uwarunkowania wynikają z tego, że ktoś uznał, iż może kogoś pobić.
Otoczeni przez zombie
– Nie możesz nie zauważyć – mówię Whiteheadowi – że w ostatnich latach problematyka rasy stała się centralnym punktem amerykańskiego przemysłu kulturalnego.
– Nie, nie stała się! Ona zawsze nim była. Jeśli jednak chodzi o kwestię popularności, jest to sprawa pokoleniowa: dojrzała generacja, która wychowała się na filmach Spike’a Lee czy Johna Singletona, czytała Toni Morrison. Ci ludzie poznali historię czarnej Ameryki w latach 70., 80., 90. Została im opowiedziana w sposób, który byłby niemożliwy zaraz po wojnie. To oni teraz robią filmy. A dalej? To biznes. Jordan Peele kręci za niewielkie pieniądze „Get out”, po czym film się wielokrotnie zwraca. W Hollywood to zauważają i w jego następny obraz inwestują więcej. I tworzy się biała widownia, która dowiaduje się, że chce słuchać czarnych historii.
Mimo tego Whitehead, nie jest optymistą: – Peele czy „Czarna pantera” to pojedyncze przypadki. Nie widzę żadnego poważnego polityka, który byłby progresywny. Wyobraźmy sobie, że w wyborach za kilka lat progresywni liderzy zajmują miejsce administracji Trumpa. I co? I cały czas mamy zagrożenia, wtedy już o wiele większe, jak katastrofa klimatyczna... Chociaż – dodaje niespodziewanie rozbawionym tonem – katastrofa klimatyczna może się akurat okazać zbawienna.
I wraca do swojej powieści z 2011 r., „Zone One”, w której opisał trzy dni z życia brygady sweepersów – zabójców wyszkolonych do walki z zombie, które opanowały Manhattan. Nie ma tam ani jednego zdania, z którego czytelnik mógłby się dowiedzieć, jaki jest kolor skóry walczących z trupami.
– Jeżeli jednak szukasz schronienia przed gromadą zombie, to nie ma większego znaczenia, czy szukasz go w towarzystwie osoby czarnej, czy białej. Wszystkie uprzedzenia znikają, najważniejsze jest przetrwanie. Całkiem podobnie może być z katastrofą klimatyczną. W obliczu tego, co się będzie działo na planecie, rasa zupełnie przestanie się liczyć. Ameryka w istocie stanie się postrasowa, ale dopiero wtedy, kiedy 99,99 procent jej populacji wymrze. To żart, ale w sumie dlaczego nie?... – kończy Whitehead przewrotnie. – Rasa przestanie się liczyć, kiedy prawie wszyscy umrzemy. ©

Colson Whitehead MIEDZIAKI, przeł. Robert Sudół, Albatros, Warszawa 2019
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















