Reklama

Gorzkie morze

Gorzkie morze

20.06.2006
Czyta się kilka minut
Wyprawa opisana w tych wierszach jest podróżą metafizyczną. Poeta nie stroni od notatek z bieżących wydarzeń, ale w istocie ruch, który opisuje, odsłania świat wciąż porzucany przez istnienie, osuwający się w nicość, zapełniany przez widma.
Tomasz Różycki
1

1.

W wierszu "Powstanie pewnej kolonii" Andrzej Sosnowski pisał:

A później?

Spuścić mgłę. O zmierzchu

tylko śmiech chłopca w ociemniałym

podwórku

odpowie barwie czasu, który ich opuścił

pytając o przestrzeń, o jakiej nie śnili.

I w wierszu kolejnym, zatytułowanym "Powstanie innej kolonii", dodawał:

A kontrola?

Czy wyszła z mody sztuka umierania?

Bez inicjałów. Swobodnie nieswoi

pójdą gęsiego przez obce terytorium

szukając przygód poza tym grafikiem.

Ten płynny ruch ubywania, zapadania ciemności, zanikania przestrzeni i czasu, ten nurt zadawanych po omacku pytań i niejasnych odpowiedzi jest dryfowaniem w stronę obszarów, które plenią się gdzieś za linią horyzontu, poza granicami i jawy, i snu. I właśnie te zamorskie terytoria, te ziemie obce, nieujęte w żaden grafik - kolonizuje wiersz.

W "Koloniach" Tomasza Różyckiego mamy do czynienia z podobną ekspansją. Jej zapisem jest cykl 77 numerowanych kolejno utworów. Jak zawsze u Różyckiego - finezyjnych i chropawych zarazem, użyczających sobie nawzajem motywów i obrazów, oplecionych siatką powtórzeń. Wszystkie mają kształt sonetu francuskiego. Wszystkie ujęte zostały w ramy powracających rytmów, współbrzmień, zamarkowanych rymów. I wszystkie opatrzył poeta tytułami, które przywodzą na myśl dziewiętnastowieczne powieści podróżnicze, opisy podróży po zamorskich koloniach.

2.

Pisarski gest autora "Dwunastu stacji" bywa rozbrajająco szczodry. Rządzi nim skłonność do kunsztowności. Niekiedy - ozdobnej, ornamentacyjnej, wymuszonej. Częściej - zła­ma­nej, niełatwej, niepokojącej. Obsesyjne cechy tej wyobraźni, jej ciemne ceremonie, wizyjność, dyskursywny kontur - naznaczone są skazą literackości. I Różycki mocno to eksponuje. Jakby w przeświadczeniu, że poeta ma tylko słowa do obrony, że przypływom pustki, tchnieniu grozy, jałowości, nudzie przeciwstawić można jedynie finezję i dystans.

To dlatego, jak sądzę, w tych wierszach po­wra­ca­ją figury i rozpoznania obecne już we wcześniejszych książkach. Dlatego nie zmienia się tonacja i słychać te same, skłócone wewnętrznie akordy. Dlatego kolejne spojrzenia układają się w cykle odwróceń, lustrzanych odbić, zaprzeczeń. Jeśli ciąży na nich powaga, to nie nazbyt patetyczna, raczej płochliwa. Jeśli ironiczna werwa, to podcinana przez łatwość, z jaką błazeński grymas obraca się w napięcie, którego skala jest głęboko ludzka. Pisać wiersze - zdaje się mówić poeta - to przylgnąć do świata i nasłuchiwać. Powierzyć wszystko przeczuciu, że "pulsujące punkty" są wszędzie, że zawsze "znajdzie się atrament". Pozwolić, by frazy, brzmie­nia, rytmy opływały ciało, by ich nurty utworzyły formę, odbicie, ślad - egzystencji.

I ten, kto mówi w "Koloniach", daje się unosić słowom, godzi się na ich lotny byt i nieważką treść. Pamięta bowiem, że istnienie prze­dzierz­g­nię­te w wiersz jest nie tylko "powietrzem", ale staje się również "pyłem całkiem niewidzialnym",

wirującym w powietrzu, tak długo,

aż wpadnie

w końcu tobie do oka, a ono załzawi.

3.

"Kolonie" to opis podróży. Przez połacie lata, przez mielizny gorzkiego morza. W głąb nocy. Powie o niej poeta:

i jest to noc spełniania twych

dziecięcych życzeń,

majaczeń i gorączki przed pierwszą

podróżą.

Bo kiedy wieczorem w morze wyruszają kutry, na lądzie również rozpoczyna się połów - w zatokach ciała, w zatokach ciemności. Rusza "dzika maszynka" - włóczęga po portowych knajpach, morderczy taniec, picie do upadłego. Dopóki nie odezwie się pierwsza salwa świtu, "dopóki mnie wreszcie / nie porazi Aurora".

To noc przedsięwzięć tyleż frywolnych, co straceńczych. Noc rozstań i szmuglu. W jej ciemnościach "Żywy towar" wiersza bierze "na siebie papier, domy, ulice i chaos // wszystkich pięter kosmosu", wzywa ku pomocy "niebo i grudkę piekieł", przyjmuje ciało i zaczyna - "poruszać się i jęczeć, gryźć i maszerować". Ten marsz to eskapada do miejsca, "z którego rusza krew", skrytego "we wnętrzu oceanu, w kropli twardej krwi". I jest to zarazem wyprawa, która zmierza w stronę rozjaśnionego horyzontu. Podąża nie tylko do kresu nocy, ale i na wschód - "drogą do Indii". Marszruta wędrówki - rozpisana na rozkłady jazdy i grafiki rezerwacji - biegnie po trasach od dawna przetartych. Przemierza je "nocny pociąg", "bolid" pędzący autostradą przez "atramentową głębię", samolot, który "w nocy dotykał / alpejskiego lodowca". Szlak zaczyna się na brzegu chmurnej Odry i wiedzie tam, gdzie słońce co rano "ognistym // mieczem rozpruwa rybę morza i wyjmuje mleczny / jej kręgosłup".

Ale "Droga na wschód otwarta" prowadzi też z ziem odzyskanych na utracone Kresy. Jej dukt wyprowadza z obszaru, gdzie wszystko jest obce, "poniemieckie", i wiedzie do bezpowrotnie zgubionej ojczyzny, do miejsc wysiedlonych, wypełnionych pustką. To tam właśnie "żyje drugim byciem" to wszystko, co kryją "doły po domach" i "miejsca zagrzebane", tam kołyszą się "za­topione flotylle" śmierci - płatki sadzy, obłoki popiołu.

Wędrówka do takich miejsc jest przemierzaniem "zabłąkanych / korytarzy, złych schodów, martwych zakamarków". I aż nazbyt dobrze "widać, że droga jest nieznana". To dlatego samolot wciąż krąży na resztkach paliwa, wiecznie spóźnione pociągi dryfują w ciemnościach, wzdłuż autostrady biegną cienie - "jak sfora głodnych psów". Dlatego ktoś, kto mówi w tych wierszach, "codziennie udaje / turystę, stypendystę, pasjonata sztuki", wciąż błądzi w podziemiach metra, lustruje "korytarze bez nazwy, stacje, na których tli się świt", i

co dzień kupuje mapy, co dzień na nich

szuka

jakiegoś miejsca, błędu w druku,

fałszywego kraju.

Bo też podróż, o której tu mowa, przedsięwzięta została dla odszukania przestrzeni, o jakich nie śniło się kartografom. Wszystkie ich mapy są fałszywe, znają bowiem jedynie ten i tamten świat. A przecież gdzieś jeszcze musi się znaleźć miejsce na ten trzeci:

Z trzech światów dwa są znane,

ten trzeci zakryty

jest mgłą, zamknięty wewnątrz twego

medalionu,

w środku orzecha, gdzie pleśń.

To kres nocy - "Ziemia ognista". Tętniąca życiem, widmowa, ukryta głębiej niż "gniazda robaków // stonóg i białych larw". Jej topografię oddają wyłącznie "Spalone mapy". Kreślone na nich drogi wiodą w głąb, w popiół, na samo dno pogorzeliska. I dalej, gdzie

inne wreszcie miasta, tak gorące,

że płynne, roztopione

gesty, ludzie chodzący w ogniu, płonące

oddechy,

żar tak przeogromny, że zanim

rozpoznasz twarz,

trzykrotnie zamienisz się w popiół.

O tym miejscu mówi obietnica: "i wejdziesz w ogień, jakbyś wchodził w ogród". Tam właśnie wyrusza się w "Pierwszy dzień tych wakacji". I każdy krok "w drżące, białe powietrze", każde dotknięcie słońca, kiedy "przez winnice pełznie jego biały język", każde muśnięcie pożaru - pozwala zawołać: "Oto nasze kolonie!". Założono je bowiem "na parapecie lata"

na kawałku skóry

tak cierpkiego jeziora, że cofasz już któryś

raz z kolei swój język.

Kolonie, które będą się tu rozrastać, na które się jedzie, to obszary nieobjęte, "bez granic, / ponieważ obejmują całe lato". Włości falujące "w powietrzu". Łacha piasku nad brzegiem. Noc na kempingu. Akweny burzy, która "tak spokojnie / wpływa na nasze wody", że aż - "mąci lustra". I właśnie tam - na letnich koloniach, w tych powiatach odległych, zamorskich, osobnych

niebo będzie w ziemi i ziemia będzie

gwiazdą,

przez chwilę uwierzymy, że to,

co się stało nocą, stało się

naprawdę. I morze wyjdzie z morza,

morze wyjdzie

z muszli i będzie słone, zupełnie

tak jak krew.

Czy trzeba dodawać, że tego miejsca jeszcze nie ma, że wciąż osłania je "tafla powietrza, szyba czasu, / mleczny kryształ"? I póki co

W koloniach zmierzch, rdzewieją

huśtawki i grzyb

nocą wypełza na ścianę, mech, mech

znów powraca.

Krzewią się cienie, odrośla ciemności, fantomy, majaczenia. Zarysy ludzkich ciał biorą w siebie "substancję" burzy, wypełniają się - "prądem, gazem, ogniem". Gorączka - "nie chce odejść, warczy". Noc jest szczeliną - "czarną płonącą", w którą wpadają "twarze i imiona, / ptaki, miasta, lata". A o świcie, kiedy "z bocianiego gniazda krzyczą / »Ziemia, ziemia!«", widać jak tuż nad horyzontem unosi się "pióropusz dymu", kłębi się wulkaniczny pył. Widać opuszczone kolonie, porzucone "ogrody papuzie". I widać też, jak odpływają "Zatopione flotylle". Zamiast skarbów kolonii, zamiast egzotycznych przypraw i złota konkwisty - "w zaciśniętej pięści gąbka pełna krwi".

4.

Wyprawa, której losy staram się tu odtworzyć, z konieczności wybierając jedynie niektóre jej wątki, jest podróżą metafizyczną. Różycki nie stroni od notatek z bieżących wydarzeń, ale w istocie ruch, który opisuje, odsłania świat wciąż porzucany przez istnienie, osuwający się w nicość; świat rozmazany, zobaczony nagle z okien nocnego pociągu, zapełniany jedynie przez widma - "ludzi z pustki wyciętych", "stare filmy i zdjęcia", "morskie dziwadła" dryfujące "w niemym kinie, w śnie". Istniejąca w taki sposób rzeczywistość rozsypuje się jak figury niedokończonej partyjki szachów - w imaginacyjnym bistro "na ulicy / du Temple", kiedy on "śledzi ruchy jej figur", zaś ona - śmierć, "miła kelnereczka",

niosąc kawę

niby przypadkiem biodrem trąca

szachownicę.

Trwa posezonowa "wyprzedaż lata". Wiatr porywa jego "rozwleczone wszędzie szmatki, / szyfony", "kradnie rachunki, jeden po drugim". I to jest ten moment, kiedy "Kelnerka się myli". Przez chwilę nie może doliczyć się, "kto winien, kto ma" i "kogo dotknąć palcem zanurzonym / we krwi". Rzecz jasna: tylko do czasu. Wszystko już niebawem wróci do normy. Wszystko bez reszty zacznie się zgadzać, kiedy

Wieczorem, w jej sypialni na drugim piętrze

otworzy się oko wulkanu, czerwone,

bezdenne.

O tej otchłani w innym wierszu napisze Różycki:

Kiedyś, na końcu świata, sam wrzuciłem

kamień

w otwarte usta piekła; nie mogę się

skarżyć.

I powie też, że właśnie tam: "na skraju świata", wije się "ten potwór, do którego / paszczy wlewa się ocean", a wraz z nim "statki i delfiny" - wszystko.

5.

To właśnie taką oś i osnowę ma świat "Kolonii"; świat, w którym tkwi coś, co podważa samą jego istotę, coś, co nie daje się skupić, nie pozwala "oddać się fizyce". To rzeczywistość, którą rządzi logika rozstań i strat. Logika nieustających przemieszczeń - mnożących się, kolonizujących egzystencję. Pod jej dyktando żyje się "z niejasnym poczuciem, które nigdy nie minie", z nieznośnym doznaniem utraty czegoś, co zostało bezpowrotnie zaprzepaszczone. Figurą tego stanu są w poezji autora "Dwunastu stacji" wyjazdy i przebudzenia. Mówią o oddaleniu od samego siebie, o odseparowaniu od swojego istnienia i od istnienia świata. W sonecie zatytułowanym "Ziemia!" czytamy:

Trochę ciebie mam w sobie,

ale znacznie więcej

ty w sobie masz mnie i dlatego jestem tutaj

tylko częściowo, o reszcie nic.

W "Niewolnikach":

Po prostu rozdarcie

i rozdzielanie zszytych gęstym ściegiem

tkanin,

rozdwajanie, podróbka teraz będzie sama

iść w stronę stacji, z ciepła do obszarów

martwych.

Tutaj jest "marna kopia". I to ona będzie "zapładniać i zaludniać". Gdzieś tam pozostał oryginał, który "usnął / i troszkę umarł". Ale i on jest "nieobecny, ponieważ był wyjechał", i teraz nigdzie nie ma nikogo: "zasadzka. Wyspa jest bezludna".

To przestrzeń osobliwa. Pustkowie wypełnione przez nieobecność. U Różyckiego właśnie w takich miejscach zaczyna się świat. W poprzecieranej, prującej się materii istnienia otwierają się prześwity, szczeliny, wyrwy. I w doznaniu utraty samego siebie, w zanikaniu świata, narastaniu pustki, w monotonnym i jałowym biegu po torach "Kolei żelaznej", w uprowadzeniu ciała "przez diabła, żelazo / i prędkość" zakorzenia się zimny dreszcz nieoczekiwanego sensu, nagłe, paraliżujące przeczucie, że mimo wszystko

jest coś, co łączy mnie

z miastem, dzieckiem, kobietą, jakiś

inny układ,

jakaś matematyka, w której się rozmnażam

na dziesięć klonów, w której jest błąd,

jakaś skaza -

serce nie bije równo, gdy peron jest pusty.

6.

Czym jest ta skaza istnienia? To coś, "co poznasz po tym, / że nie zostawia śladów". Lżejsze jest bowiem niż koty i jak one nie daje się przebłagać, choć przecież przychodzi pić mleko z rozstawionych na noc wokół domu miseczek. Skrada się niczym napowietrzna katastrofa - "totalna dekompresja", która "i tak cię dotknie", mimo że lot się przeciąga i dzień wstaje z ociąganiem. I jest to coś, co każe powtarzać: "Lądujmy, lądujmy już", i nie pozwala zapomnieć, że oto przychodzi pora stąd spadać -

skoro świt i miasto pod nami,

przeciąga się powoli, rozchodzą się

chmury i dreszcz

przebiega przez odkryte partie.

To tam - na dole - "dni nudy szerokiej jak ocean", dni "walki z tępym wiatrem i miłosną ułudą słońca" zmienią się w świąteczny dreszcz, w ekscytację, w dziecinną radość Wielkiej Soboty, kiedy to przyjdzie zgubić się w obcym mieście "z koszykiem pełnym ciasta, jajek / i cukrowym barankiem". I kiedy trzeba będzie się tam odnaleźć, dopowiedzieć tę bajkę do końca, bo "pora jest najwyższa", bo dzieci czekają, bo - "wilk pożarł babcię, zapasy z lodówki, urżnął się i śpi".

Tak odsłania się świat dystansu i żalu. Jeśli możliwe jest w nim zadomowienie, to tylko "w nocy, w środku grudnia", kiedy "mróz nakłuwa wszystkie okna, do krwi", kiedy na usta upada "kwaśna / gwiazda śniegu" i jej płomień, jej wybuch - wypala "wszystko, co żywe". To świat w wersji dla dorosłych: "maleńki japoński ogródek, / kula, w której tańcuje zamieć".

Bo kiedy bajka dobiega końca i w kinie zapalają się światła, "życie, co miga w oczach dzieci jak kijanka", staje się, by tak rzec, żabą do zjedzenia. I jedyny pocałunek, na jaki nas stać, to ten "w momencie pożegnania"; pocałunek, który "zmienia w kamień wszystko, i ludzi, i wiatr".

7.

Te skamieniałe obszary, umarłe przestrzenie kolonizowane są przez mrok, swoje kolonie zakłada w nich noc. Jej ciemność, jej materia - ma naturę ognia. Jest jak "pożar", który sprawia, że ciała śpiących "zmieniają się w popiół / i kurz, węgiel, próchnicę". Stają się ziemią - tłustą, żyzną, żywą. Są pokarmem - dla żywiołów "burzy" i dla tych, "którzy tu z daleka / przyszli, jedzą i piją".

To umarli, którzy żyją w ziemi. Przesiedleni między "krety i dżdżownice" - zamieszkują "państwa mrówek", roją się wraz z nimi w tłustych czarnoziemach Kresów. Znakiem ich obecności jest "trawa ogromna, dzika". Wraz z nią rosną. Ale przychodzą też razem z tym, co przenika "przez podłogę i ściany", "przez deski, ubranie". Wznoszą się jak wulkaniczne wyziewy - "gorączka w środku, która wyszła z ziemi", jak narkotyczne ekshalacje ziół, które krzewią się wszędzie, wszędzie zapuszczają korzenie i "pachną, silnie pachną".

Przez całą

noc słychać ich szepty

i rozmowy.

Można nie oddychać,

ale śpiewają w głowie.

Te zioła, rzucone

na wiatr, teraz gadają, krzyczą.

Rzecz jasna: ci, których nie ma, odmawiają uparcie istnienia. I przy trwaniu trzyma ich jedynie wiara,

że można żyć w powietrzu,

szeptać

i przychodzić w nocy, by wypić

mleko i przewrócić

szklankę.

Kiedy czeka się na nich, kiedy w listopadzie płoną cmentarze, umarli wnikają "przez nieodkryte / szczeliny w naszym świecie", zjawiają się pod postacią sadzy. Różycki napisze, że jej "taniec" to "zbiór znaków, / mimiczny alfabet". Kto i o czym miałby mówić w ten sposób? I gdzie szukać stosownego słownika? Czy powinniśmy przypomnieć sobie "Ptaki" Schulza? "Uniwersytety" Świetlickiego? Czy jest jak wtedy, gdy stało się pod rajską jabłonią dzieciństwa

i Bóg wyciągał palce, robił całą dłonią

te ruchy tylko dla mnie, znałem je

na pamięć.

Czy może raczej to "nic" posyła na zwiady swoją ciemność, pustkę, zawiedzione nadzieje? Są Zaduszki;

Co chwilę dzieci wybiegają z krzykiem

przed drzwi -

Już idą! Już idą! Ale na schodach nikogo.

8.

To jeden z tych momentów, kiedy głos się łamie i zapada martwa cisza. Co można jej przeciwstawić? Nie wiem. Być może trzeba powtarzać:

Jakie gorzkie jest morze, po którym

brodzimy

w poszukiwaniu śladów, ale nie ma śladów.

Może trzeba ranić stopy o "Podwodne rafy" i patrzeć, jak "na plaży ktoś lepi wieżę z mokrego piachu", jak "Noc się o nią rozbija, okręt o siedmiu dnach". Pielęgnować ten "ognik" - błędny, dryfujący, unoszony w głąb nocy przez pędzący pociąg. Obserwować, jak "papieros skręcony / z postrzępionej ciemności wolno się rozżarza", jak

Oto na jaw wyprowadza

z miękkiego ciała duszę i bardzo powoli

każe jej tańczyć.

I znów powtarzać:

Wiatr rwie pomarańcze

i wchodzi nam do gardeł niby biała chusta.

Jakie gorzkie jest morze, po którym

błądzimy -

Tomasz Różycki, "Kolonie", Kraków 2006, Wydawnictwo Znak.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]