Glapiński zostaje. Inflacja również. Czy czeka nas recesja?

WOJCIECH PACZOS, EKONOMISTA: Inflacji mogą już nie zdusić wysokie stopy procentowe. Zaczynam się obawiać, że jej kres położy dopiero recesja, w którą przez nią wpadniemy.

13.05.2022

Czyta się kilka minut

Konferencja prezesa NBP, Adama Glapińskiego, 6 maja 2022, Warszawa / fot. JACEK DOMINSKI/REPORTER /
Konferencja prezesa NBP, Adama Glapińskiego, 6 maja 2022, Warszawa / fot. JACEK DOMINSKI/REPORTER /

MAREK RABIJ: Mamy jeszcze inflację pod kontrolą?

WOJCIECH PACZOS: Taką mam nadzieję.

Tylko nadzieję czy wychodzi Ci tak z modeli ekonomicznych?

W modelach wygląda to tak: jeśli bank centralny podniesie stopy procentowe za nisko lub będzie je podnosić zbyt wolno, może nie wyhamować inflacji. Jeśli zrobi to za szybko lub zbyt gwałtownie, może z kolei zdusić wzrost gospodarczy i wpakować nas w recesję. Przestrzeń do tego, co się nazywa właściwą polityką monetarną, zawiera między tymi skrajnościami. W przeszłości mówiłem, że próg inflacji, po przekroczeniu którego zmieszczenie się w tym „okienku” staje się niezwykle trudne, to mniej więcej 10 proc. Jeśli mam być szczery, zaczynam mieć obawy, czy to okienko już się nie zamknęło. 

To znaczy?

Możliwe, że inflacja osiągnęła poziom, przy którym zareaguje już tylko na bardzo dużą podwyżkę stóp procentowych. Bank centralny będzie musiał dokręcić śrubę tak mocno, że nie tylko spowolni wzrost popytu, ale go wręcz zatrzyma lub obniży – i w ten sposób zaszkodzi gospodarce. Wtedy wrócimy w okolice tych 2,5 proc. celu inflacyjnego, zapisanych w ustawie o NBP, ale po drodze zaliczymy recesję ze wszystkimi jej konsekwencjami. To wciąż tylko jeden z możliwych scenariuszy, ale w ciągu kilku miesięcy bardzo wzrosło jego prawdopodobieństwo. 

Problem w tym, że gdy NBP podnosi stopy, żeby schłodzić konsumpcję, rząd ją stymuluje poprzez kolejne tarcze i transfery. Ekonomiści Forum Obywatelskiego Rozwoju szacują, że do końca tego roku polski dług publiczny wzrośnie o 80 mld zł. Na pokrycie obniżki podatku PIT w ramach Polskiego Ładu pójdzie ok. 30 mld zł. Tarcza antyinflacyjna pochłonie ok. 31 mld zł, programu ochrony kredytobiorców jakieś 5 mld zł, a wypłaty 14. emerytury - ok. 11 mld zł.

Jedna instytucja gra złego policjanta, podczas gdy druga bawi się w dobrego. Strasznie mnie to irytuje. A przecież przez te trzy dekady wolnego rynku wypracowaliśmy mechanizmy systemowe, które pozwalają działać osłonowo w trudnych czasach, w dodatku niejako automatycznie. Takim narzędziem jest np. waloryzacja świadczeń socjalnych. Rząd PiS-u powyłączał jednak większość tych automatów i woli co jakiś czas pojawić się na scenie w roli dobrego cara. Zauważ, w jaki sposób się to komunikuje opinii publicznej. „Rząd dał”, „rząd sfinansował”. Przecież to jest ich obowiązek, posługują się pieniędzmi publicznymi! Gdyby w tegorocznym budżecie nie zapisali bzdur o inflacji na poziomie 3 proc., waloryzacja świadczeń odbyłaby się automatycznie. A gdyby prezes Glapiński nie przespał kilkunastu miesięcy i co jakiś czas patrzył w dane, obyłoby się również bez tarczy antyinflacyjnej.

Ale gdyby nie tarcza, inflacja byłaby teraz wyższa.

Przeciwnie, gdyby jej nie było, moim zdaniem bylibyśmy teraz poniżej tych kwietniowych 12,3 proc. Tarcza obniżyła ceny z dnia na dzień, a jednocześnie dolała oliwy do ognia, bo konsumenci mają w głowie to, że za parę miesięcy ceny paliw i żywności podskoczą, tak jak błyskawicznie spadły. I co dziś robią? Przyspieszają zakupy, bo przecież będzie tylko drożej. Tarcza jest więc właściwie podręcznikowym przykładem czynnika, który nakręca oczekiwania inflacyjne i obniża skuteczność działań NBP. 

Obecnie inflację winduje nam przede wszystkim wojna.

Ja tam wojny na razie nie widzę.

Przecież ropa drożeje od 24 lutego.

Ropa zawsze raz drożeje, raz tanieje. A w najnowszym odczycie inflacji w Polsce koszty transportu są na minusie. To znaczy, że ceny takich usług po prostu spadły.

Żywność drożeje jak szalona.

Rzeczywiście, tutaj mamy jeden z największych przyrostów. Aż 4 proc. w kwietniu w porównaniu z marcem i ponad 12 proc. rok do roku. Ale nie z powodu wojny. Polska nie importuje zboża z Ukrainy, z Rosji podobnie. Wpływ sytuacji w Ukrainie na inflację odczujemy dopiero za dwa, trzy miesiące. 


GOSPODARKA TRZESZCZY. Wojna, waluty, inflacja: co nas czeka? CZYTAJ WIĘCEJ W SERWISIE SPECJALNYM >>>


Chociaż, przepraszam, pod jednym względem wojna ma już wpływ na inflację. Granicę przekroczyły ponad trzy miliony ludzi z Ukrainy, ale milion wrócił, zaś część pojechała dalej na zachód. Demografowie szacują, że ta nowa wojenna fala przeniosła do Polski 1,2-1,4 mln nowych mieszkańców. Część z nich być może wróci po wojnie do domu, część osiedli się na stałe. Na razie jedni i drudzy muszę się jednak ubrać, ogrzać i wyżywić – czyli konsumują. Tymczasem poprzednia fala emigrantów z tego kraju zarobione w Polsce pieniądze wydawała najczęściej w ojczyźnie. Czyli ich produkcja była wyższa niż konsumpcja. Bieżąca fala postępuje odwrotnie – wydaje w Polsce nie tylko to, co zarobi lub otrzyma w formie wsparcia, ale też konsumuje swoje oszczędności. Jest to więc impuls popytowy, a co za tym idzie – proinflacyjny.

To co będzie z inflacją? Zobaczymy 15 proc.?

Myślę, że tak. Pamiętaj, że szacuje się ją w ujęciu rocznym., kwietniowy odczyt 12,3 proc. pokazuje więc relację aktualnych cen do ich poziomu sprzed roku, a wtedy inflacja wynosiła tylko 4,7 proc. Po zeszłorocznych wakacjach wyraźnie przyspieszyła. W tym roku decydujący będzie więc trzeci kwartał – jeśli wtedy odczyty inflacji będą nadal wysokie, będzie to oznaczać, że idziemy na zderzenie z recesją.

W tej sytuacji Adam Glapiński to właściwy człowiek w fotelu prezesa NBP?

Moim zdaniem nie powinien dostać kolejnej kadencji. Prezes pokazał, że nie rozumie natury kryzysu, z którym się zmagamy od początku pandemii. Znacznie bardziej jego konto obciąża jednak uwikłanie banku centralnego w politykę. Pod jego rządami NBP stał się de facto tubą propagandową rządu. 

Mam też wrażenie, że zaskakiwanie rynków i opinii publicznej sprawia prezesowi przyjemność. W kwietniu wszyscy spodziewali się podwyżki stóp w przedziale do 0,75 punktu procentowego, tymczasem NBP podniósł stopy o 1 punkt. Teraz, kiedy spodziewano się zdecydowanej reakcji rzędu jednego punktu, NBP podniósł stopy tylko o 0,75.

Może w ten sposób prezes interpretuje postulat niezależności banku centralnego?

Jeśli tak, to mamy kolejny problem, bo ona nie na tym powinna polegać. Prezes lojalnie porusza się w kierunku wyznaczonym przez własne środowisko polityczne, nie jest więc niezależny. Jest za to nieprzewidywalny. Najpierw długo zapewnia, że nie będzie podwyżek stóp procentowych, a potem zarządza osiem kolejnych, niemal co miesiąc. I zauważ, że nadal nie zdradził, jaki ma plan.

Plan jest taki, żeby zdusić inflację.

W Wielkiej Brytanii dobija ona do 7 proc. Angielski bank centralny właśnie podniósł stopy procentowe z 0,5 do 1 proc. i zapowiada, że potrzebne będą kolejne podwyżki, które wywindują je do 2 proc. Inflacja w tym czasie ma się zbliżyć do 9 proc. i wtedy powinna zacząć opadać – gdyby jednak nie reagowała na podwyżki, wówczas zostanie ogłoszona korekta. I to jest właśnie to, o czym mówię od samego początku kryzysu inflacyjnego. Kluczowa jest wiarygodność banku centralnego. Mówi się, że polityka monetarna to w 98 procentach słowa – i tylko 2 proc. działania. Wystarczy, że prezes Rezerwy Federalnej, Banku Anglii czy Europejskiego Banku Centralnego zasugeruje tylko zmianę tonu, a rynek już sam zdejmuje nogę z gazu – stopy rynkowe zaczynają powoli rosnąć w oczekiwaniu na decyzje. 

Tymczasem Adam Glapiński mówi dużo, tylko akurat nie to, co powinien mówić prezes banku centralnego. Słyszałeś może, co się stało z obligacjami, których wykup wypadał kilka tygodni temu? Duża rzecz – aż 7 mld zł. 25 kwietnia rząd miał tyle oddać NBP. Wszyscy się zastanawiali, co się stanie: czy bank centralny zroluje te obligacje, czyli pożyczy je rządowi ponownie pod realizację jakichś tarcz, czy jednak zadziała antyinflacyjnie i zdejmie je z rynku? 

Pożyczyli?

No właśnie nie. I powinni to byli wręcz odtrąbić, bo rynek dostałby sygnał, że NBP ogranicza finansowanie rządowi. Tymczasem ja się o tym dowiedziałem z jakiegoś slajdu w depeszy Bloomberga, schowanej gdzieś głęboko. Cała narracja NBP wokół walki z inflacją kręci się tymczasem wokół stóp procentowych. A to nie jest jedyny sposób – podwyżkom stóp powinno towarzyszyć ograniczanie takich pożyczek dla rządu. A przede wszystkim zaufanie i komunikacja – żeby Polacy uwierzyli, że inflacja naprawdę spadnie. Poza tym powinniśmy już widzieć efekty podwyżek, bo zwykle inflacja reaguje na zmiany stóp w ciągu 2-6 kwartałów od decyzji.

Do jakiego poziomu mogą dobić w Polsce stopy procentowe?

Mogę ci powiedzieć, czego w tej chwili spodziewa się tak zwany rynek, czyli jaki jest konsensus analityków. Około 7 proc. w okolicach września. A obniżki mają się zacząć w przyszłym roku. Z modeli wychodzi niestety więcej: docelowo nawet 8-12 proc. – o ile oczywiście inflacja jeszcze bardziej nie wzrośnie. Natomiast należy założyć, że prezes Glapiński na pewno zechce wszystkich zaskoczyć, więc na pewno nie będzie tych oczekiwanych 7 proc. Albo zobaczymy mocny wjazd gdzieś powyżej 8 proc., albo stopy zostaną tuż poniżej 7 proc. – za to na dłużej. 

A co nas czeka powyżej 8 proc.? 

Wszystko zależy od tego, jaka będzie wtedy inflacja i czy faktycznie zacznie spadać. Ale to już scenariusz z dużym ryzykiem recesji. Dlatego obstawiam drugi wariant – niżej, ale na dłużej.

A w tym samym czasie rząd obniży podatki i miliardy złotych znowu zaczną hulać po gospodarce. Przecież to brzmi jak przepis na inflację. 

Przepraszam, merytorycznie już nie potrafię komentować tego, co się wyrabia wokół Polskiego Ładu. Początkowo widziałem w tym projekcie jakieś zalążki strategii, która uczyniłaby nasz system podatkowy bardziej sprawiedliwym. Nawet symboliczna podwyżka podatków lepiej zarabiającym byłaby też impulsem antyinflacyjnym. Do społeczeństwa poszedłby komunikat: wyszliśmy z pandemii, gospodarka się rozwija, czas więc na zmniejszenie zadłużenia, żebyśmy byli w dobrej kondycji fiskalnej, kiedy przyjdzie kolejne zagrożenie.

Ale potem się to wszystko zdegenerowało i każda kolejna zmiana przynosiła następne obniżki podatków. A Polski Ład mógł być szansą na sprawiedliwsze rozłożenie kosztów spłaty długu publicznego, który nam narósł w trakcie pandemii. Tę szansę zmarnowano. Zatem koszty pandemii będziemy spłacać teraz wszyscy – właśnie poprzez wysoką inflację.

Wytłumacz to proszę.

Kiedy rosną ceny, rośnie także PKB. Oczywiście rośnie tylko nominalnie, bo jeśli zbierzesz w sadzie kilo czereśni, to nadal masz ich jedynie kilogram. Ale gdy ceny czereśni idą w górę, masz towar wart już, powiedzmy, 20 zł, a nie 18, jak przed rokiem. Nominalnie jesteś więc bogatszy o 12 proc., mimo że nadal masz kilo czereśni. A teraz zamień sobie te owoce na cały produkt krajowy polskiej gospodarki, który szybko zyskuje na wartości za sprawą inflacji, bo drożeją produkty, a w ślad za nimi podnoszą się także płace. Dzięki temu zmienia się relacja długu publicznego do produktu krajowego, bo PKB rośnie na papierze, a dług nie. Oczywiście to dotyczy tylko długu zaciąganego w kraju, ale akurat Polska pożycza w tej chwili głównie od krajowych banków i pośrednio od NBP. Dług wtedy sam się spłaca. A raczej – spłacamy go my wszyscy, płacąc w sklepach wyższe ceny. W ekonomii nawet mówi się o tym zjawisku „podatek inflacyjny” – bo z punktu widzenia naszych portfeli działa jak podatek. Tylko że taka strategia opłaca się na krótką metę. Inwestorzy zaczynają się burzyć, bo też tracą. Co to za interes pożyczyć rządowi 100 zł na 2-3 proc. rocznie przy inflacji, która przekracza 10 proc.? Widzisz, gdzie leży problem: podatek inflacyjny łatwo nałożyć, bo nie trzeba ustawy, ale trudniej zdjąć – bo inflacja sama się utrwala.

Rząd sprzedaje teraz obligacje oprocentowane na ponad 6 proc. rocznie. Przed rokiem musiał płacić za takie pożyczki 1,5 proc. rocznie.

Widać, że rząd ma coraz większy problem z refinansowaniem długu publicznego. Zaryzykuję tezę, że inflacji w Polsce pozwolono się rozkręcić właśnie po to, żeby w opisany wyżej sposób spłaciła część zadłużenia po pandemii. Jednocześnie szło za tym ryzykowne założenie, że nie wskoczy ona na poziomy, przy których drożyzna zacznie zagrażać gospodarce. Niestety, wiele wskazuje na to, że rząd przelicytował i rośnie moja obawa, że inflacji nie da się już opanować narzędziami polityki monetarnej. Zrobi to dopiero recesja. 

Na dodatek rząd zadłuża się w fatalnym stylu, bo chowa coraz więcej poza budżetem. Do końca roku około 13 proc. długu publicznego wyląduje w funduszach i agencjach celowych rządu, czyli poza budżetem i kontrolą parlamentu. Znasz drugą demokrację, w której tyle wydatków publicznych finansowanych długiem chowa się w ten sposób przed podatnikami?

Nie. Nie znam. Tak, to jest duży problem. Na dodatek rządowi się ta zabawa spodobała, bo tak jest po prostu łatwiej. Miarą dojrzałości klasy politycznej będzie teraz rezygnacja z tego nawyku. 

Wierzysz, że to możliwe?

Mam wątpliwości. Zwróć uwagę, że w Polsce coraz mniej uprawia się polityki celowej. U nas wszystko teraz musi być powszechne. I najlepiej narodowe. Jak jest problem z demografią, to walczymy z nim za pomocą programu, który tyle samo pieniędzy daje samotnej szwaczce z dwójką dzieci, co prezesce firmy z bliźniętami zapisanymi do prywatnej szkoły. Jak rosną ceny benzyny, to wszystkim obniżamy akcyzę i VAT. Opozycja też już podchwyciła ten ton i domaga się zamrożenia stóp procentowych dla wszystkich. I rodzinie, która na raty przeznacza w tej chwili 60 proc. dochodu, i tym, którym idzie na ten cel 10 proc.

Bo PiS mówi, że czas zerwać z wyobrażeniem Polski jako państwa na dorobku. Że stać nas właśnie na wielkie projekty cywilizacyjne, które poprzednim ekipom wydawały się nie do zrealizowania. Elektrownia atomowa. Przekop Mierzei Wiślanej. Centralny Port Komunikacyjny.

Nie mieszajmy pojęć: duże lotnisko czy przekop mierzei to nie są żadne projekty cywilizacyjne. Wiesz, czego w tych „wyzwaniach” brakuje? Edukacji i zdrowia. A te wydatki najlepiej się opłacają – one dzisiaj mogą sporo kosztować, ale zwracają się z nawiązką – przez dłuższe, lepsze i bogatsze życie obywateli – i to przez wiele lat. Robiłem o tym badania przeglądowe. 

Dlatego nie mam nic przeciw temu, żeby takie wydatki finansować częściowo z długu publicznego i oficjalnie pożegnać się z tą nieszczęsną regułą 60-procentowego długu zapisaną w konstytucji. Wszystkie nowoczesne podręczniki ekonomii mówią, że w czasie recesji państwo musi działać proaktywnie, stymulować gospodarkę. Bezpiecznik konstytucyjny każe tymczasem robić co innego: maleją dochody? Tniemy wydatki. Zawsze ma być 60 proc. relacji długu do PKB i kropka. Nieważne, że akurat w takim momencie wyższy dług pomógłby walczyć z bezrobociem i stabilizowałby nastroje społeczne. Jedyny z niego pożytek jest taki, że wiąże ręce populistom. Mimo to nie podpisałem się pod listem młodych ekonomistów, którzy domagali się rezygnacji z reguły wydatkowej. Uważam, że w Polsce wciąż nie ma na to klimatu politycznego. Z tego samego powodu średnio wierzę w powodzenie wielkich projektów cywilizacyjnych. Życzyłbym sobie, żebyśmy od mówienia o ambitnych zadaniach przeszli do ich realizacji, ale w tej chwili mam wątpliwości, czy jesteśmy w stanie to osiągnąć. Zobacz, z jakim trudem idzie nam budowa bardziej sprawiedliwego społeczeństwa. 

DR WOJCIECH PACZOS: pracuje na Uniwersytecie w Cardiff. Prowadzi badania długu publicznego i polityki monetarnej. Jest adiunktem w Polskiej Akademii Nauk i założycielem grupy eksperckiej „Dobrobyt na pokolenia”.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Historyk starożytności, który od badań nad dziejami społeczno–gospodarczymi miast południa Italii przeszedł do studiów nad mechanizmami globalizacji. Interesuje się zwłaszcza relacjami ekonomicznymi tzw. Zachodu i Azji oraz wpływem globalizacji na życie… więcej