Reklama

Gierek? A kto to?

Gierek? A kto to?

05.06.2007
Czyta się kilka minut
Dla większości polskich uczniów pytania opostacie ifakty zXX wieku to pytania owydarzenia na Marsie. Inie jest to przede wszystkim wynik polityki historycznej, prowadzonej - lub nie - przez kolejne rządy. To skutek uboczny stanu szkolnictwa.
-

- Masowa edukacja historyczna dzieli smutny los przemysłu ciężkiego: oba narodziły się w XIX w., w XX w. były w opozycji do komunistycznego sponsora, a po upadku PRL-u przestają istnieć - mówi Jan Wróbel, nauczyciel, autor podręcznika nauczania historii pt. "Odnaleźć przeszłość" i dyrektor warszawskiego liceum na Bednarskiej (a także felietonista "Dziennika").

Wróbel opinię ma jednoznaczną: wiedzy historycznej w głowach uczniów będzie z roku na rok coraz mniej.

"Moralna nauki poręka"

Do 1989 r. historia i nauczanie historii spełniały w Polsce funkcję społeczną. Mimo fałszowania faktów i interpretacji narzuconych przez ideologię komunistyczną, z biegiem kolejnych dekad w PRL-u - i w zależności od tego, jak duże było "pole wolności" w danej szkole czy instytucji - coraz silniej spełniały one funkcję zastępczą: nauki patriotyzmu, etosu narodowego, odkłamywania dziejów Polski.

Dziś historia takiej roli społecznej już nie pełni, choć - po przywróceniu prawdziwych dat w podręcznikach - może powinna. Bo dawne tzw. wychowanie patriotyczne zastąpiliśmy... czym? Trudno o precyzyjną odpowiedź. Ale w opinii wielu nauczycieli, z którymi rozmawiał "Tygodnik", w przypadku wielu uczniów umiejętność tę można nazwać brutalnie: rozumieniem tekstów po polsku i rozwiązywaniem testów, zamiast nauki samodzielnego myślenia i dyskutowania, zamiast traktowania przedmiotu "historia" jak narracji o przeszłości.

Skutki?

Pytanie: stolica okupowanej przez hitlerowców Polski? Odpowiedź: Łódź.

Pytanie: co to było "Non possumus"? Odpowiedź: słowa Jana Pawła II po wprowadzeniu stanu wojennego.

Pytanie: czy warszawski MDM to przykład polskiego socrealizmu? Odpowiedź: nie.

Jeśli ktoś czytając powyższe pytania uśmiechnie się pobłażliwie nad świadomością historyczną autora cytowanych odpowiedzi, będzie zaskoczony słysząc, że padły one w renomowanej prywatnej szkole wyższej podczas egzaminów końcowych u prof. Marcina Kuli. Wielu ze studentów myliło rok zbrodni katyńskiej lub nie potrafiło wskazać właściwej kolejności I sekretarzy KC PZPR. Dziś są menedżerami, elitą, multiplikatorami - ludźmi, którzy swoją wiedzę powinni przekazywać dalej innym.

Jan Wróbel: - Wielu maturzystów, którzy nie zdają na egzaminie historii, po prostu nie wie, kim byli Gierek i Adenauer. O tym pierwszym słyszeli tylko w podstawówce. Pewniejsze jest już, że wiedzą, kim byli Otton III i Martin Luter. Bo ich postacie zostały omówione przynajmniej dwa razy: w gimnazjum i w szkole średniej. I sekretarza KC PZPR mogą znać ci, którzy zdają egzamin maturalny z historii, ale ich jest niewielu: ponad 70 proc. uczniów nie wybiera historii na maturze.

Zasmuciłby się pewnie Stanisław Staszic, który uważał, że "moralnej nauki poręką jest historia krajowa, tę każdy obywatel najpierwej umieć powinien".

Kłopoty, ale inne

Warszawa, stacja metra Świętokrzyska.

Przed wyjściem tablice informacyjne. Estetyczne, kolorowe. Bynajmniej nie rozkład jazdy metra. Ze starych zdjęć patrzą na przechodniów oczy tych, którzy przyczynili się do rozwoju stolicy. U góry informacja: interesujące miejsca, najwyższe budynki, stare zdjęcia ulic. Same ciekawostki, dużo zdjęć, czytelne. Naprawdę warto przystanąć.

Kilka przecznic dalej - Muzeum Powstania Warszawskiego. Tam też przeszłość pokazana w sposób nowoczesny, ciekawy.

Tak trzeba dziś opowiadać o historii, bo inaczej nikt nie przystanie, nie zajrzy. "Bitwa o pamięć" to uliczne wystawy historyczne, nowoczesne muzea, konkursy IPN-u dla szkół.

Zwłaszcza że - jak można przypuszczać - spory dotyczące przeszłości lat 1945-89 w coraz większym stopniu zajmują tylko elity. Większość Polaków zdaje się interesować przede wszystkim teraźniejszością lub przyszłością.

Tylko czy można myśleć o przyszłości, nie znając przeszłości? Historyk Wojciech Roszkowski (dziś poseł PiS do Parlamentu Europejskiego) w artykule "O potrzebie polskiej polityki historycznej" pisze: "W ocenach historii nie idzie o to, czy rację miała lewica, czy prawica, lecz o kryteria nadrzędne - niepodległość, praworządność i samorządność. Niestety, większość Polaków wydaje się pozostawać w stosunku do historii i jej ocen zupełnie obojętna".

Które wydarzenia z historii Polski były dla nas korzystne, a które nie? Co wydarzyło się 17 września 1939 r.? - to niektóre z pytań z ankiety IPN. Instytut Pamięci Narodowej właśnie przeprowadza w wybranych szkołach badania nad świadomością historyczną młodzieży.

Początkowo miała być badana wiedza na temat najnowszej historii Polski. Jednak autorzy uznali, że to za mało, i teraz pierwsza część badania zaczyna się od Piastów. Wyniki - poznamy je w drugiej połowie tego roku - mogą być ciekawe, bo kwestionariusz zawiera też pytania dotyczące interpretacji faktów. Czyli poglądów na to, czy jakieś wydarzenie było dla Polski dobre bądź złe. Przebadanych zostanie tysiąc gimnazjalistów z trzecich klas i tyle samo uczniów ostatnich klas średnich z całego kraju.

Co da ta wiedza np. ministerstwu edukacji? I czy należy bać się powrotu ujmowania historii tak, żeby była wygodna politycznie, nacechowana indoktrynacją?

- U progu III Rzeczypospolitej należałem do tych, którzy bardzo się tego lękali. Dzisiaj widać jednak, że historia popadła w inne kłopoty niż te, których najbardziej się obawiano - mówi Jan Wróbel.

Bo, jak się okazuje, wszelkie publiczne dyskusje i debaty mają się nijak do tego, co statystyczny uczeń wynosi z polskiej szkoły. - Młodzież po prostu nie zna historii najnowszej. Wynika to z małej liczby godzin przeznaczanych na ten przedmiot - uważa Jarosław Hlebowicz, nauczyciel w Zespole Szkół Ogólnokształcących w Sokółce (województwo podlaskie).

Mord na humanistyce

Teoria wygląda tak: nauczanie historii ma być mądre, ciekawe, uwzględniające konteksty i procesy, ma zachęcać do czytania źródeł, kształtować postawy europejskie i patriotyczne i na dodatek dawać uczniowi podstawową wiedzę, bez której człowiek wykształcony obejść się nie może.

Takich umiejętności nie daje dziś nauczanie w polskiej szkole - co do tego wśród uczniów i nauczycieli panuje pełna zgoda.

- Nie znamy się na historii - odpowiadają zupełnie nieskrępowani gimnazjaliści. Mają właśnie przerwę pod szkołą na warszawskim Mokotowie. Znają się na muzyce i komputerach. Pokazują mi ucznia, z którym mogę porozmawiać o historii. - On bierze udział w jakimś konkursie czy olimpiadzie - tłumaczą.

Jan Wróbel: - Ci, którzy zdają historię na maturze, uczą się w domu lub na korepetycjach. A co zrobić, żeby zainteresować pozostałe trzy czwarte uczniów? Trzeba im opowiadać ciekawe historie. Nauczanie tego przedmiotu to głównie sztuka opowiadania. Jeśli ktoś nie opiera nauczania tego przedmiotu na gawędzie, jest antyhumanistą. Mordercą humanistyki. Nie można historii uczyć linearnie. Uczniowie pamiętają ją jako pewne punkty, ciekawe sprawy. Choć oczywiście mogą się potem wyłożyć na najprostszych pytaniach.

Jarosław Hlebowicz: - Nie rezygnujemy ze spotkań ze świadkami historii. Staramy się zainteresować uczniów historią regionu. Zachęcamy do brania udziału w konkursach historycznych, np. "Losy Polaków na Wschodzie po 17 września 1939 r." ogłoszonym przez Uniwersytet im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego albo "Niepokorni w XX wieku" Ośrodka Karta. Biorąc udział w takim przedsięwzięciu, młodzież musi napisać kilkudziesięciostronicową pracę. Rozmawiają, zbierają relacje, przeprowadzają wywiady. Przez żywych świadków historia łatwiej przemawia do ucznia.

W ten sposób młodzież poznaje ważne postacie i wydarzenia w swoim regionie. A pierwszym bodźcem do bliższego poznania jakiejś historii są często relacje rodzinne. Wiedzę w ten sposób uzyskaną uczeń zazwyczaj zapamięta na całe życie.

Nauczyciele i podręczniki

Problemem szkoły polskiej mogą być też nauczyciele. Zwłaszcza ci starsi. Bywa, że niedouczeni. I to niedouczeni w inny sposób niż ci młodsi. Mogą twierdzić, że jest wiele prawd o przeszłości. Równorzędnych. Nauczą relatywizmu, a nie historii. Wielu z nich czyni to bez złej woli. Po prostu przez lata tak ich kształtowano, a poza tym czas swej młodości wspominają dobrze.

Ale nauczyciele, lepsi czy gorsi, zanim w nauczaniu dotrą do lat powojennych, padają często na rzeczy banalnej: braku czasu. Wielu uczy starym trybem, nawykowo, a tymczasem reforma szkolnictwa skróciła czas na nauczanie historii do minimum.

- Lekcje historii w dużej mierze zależą od osobowości i wiedzy nauczyciela - uważa Anna Matz z Poznania, ubiegłoroczna maturzystka. - Choć nawet ci najlepsi mogą co najwyżej rozbudzić w uczniu zainteresowanie, które będzie rozwijać już sam.

Kolejnym problemem, niezależnym od wiedzy, jest matura z historii. A więc - testy. Tymczasem umiejętność rozwiązywania testów (z historii, ale także np. z języka polskiego) niewiele ma wspólnego z wiedzą rozumianą także jako umiejętność myślenia, dyskutowania, wysłowienia się. Koncentrowanie się na testach to zabija. A koncentrować się na testach musi i nauczyciel, i uczeń, bo ich wyniki decydują o tym, co dalej.

Dobre liceum to takie, gdzie większość absolwentów dostaje się na studia. - Szkoła, w której uczę, do takich się zalicza. Nie ukrywam, że wiele czasu poświęcam na rozwiązywanie z uczniami testów egzaminacyjnych i maturalnych. Z tego jestem rozliczany i ja, i uczeń - mówi Robert Czyżewski z IV Społecznego LO w Warszawie.

Dalej: podręczniki. Tych do nauczania historii jest dużo i jest w czym wybierać. W porównaniu z podręcznikami sprzed 20 lat są może mniej faktograficzne, ale zawierają sporo zadań związanych z umiejętnościami, np. czytaniem map, wykresów, symboli, tekstów źródłowych. - Każdy podręcznik jest dobry, jeśli uczeń do niego zajrzy - mówi Jarosław Hlebowicz.

Historii nauczanej w szkole średniej nie da się tak po prostu odciąć od tej nauczanej w gimnazjum. Ale może nie należy jej powielać? Tymczasem podręczniki gimnazjalne niewiele różnią się od licealnych. - To niewypał naszej edukacji. Dwa razy ten sam materiał. Te same mapki, tak samo podawane przyczyny. A te podręczniki powinien odróżniać język, w jednym powinna być faktografia, w drugim przedstawiony problem - uważa Jan Wróbel.

Najważniejsza z reform edukacji po 1989 r. to wprowadzenie gimnazjum oraz skrócenie liceum do trzech lat, a technikum do czterech. - Skutek tego taki, że jak się uczeń w gimnazjum czegoś nie nauczy, to potem w liceum ma niewielką szansę - mówi Czyżewski.

Za tym ciosem poszli autorzy podręczników, którzy próbują upchnąć cały materiał omawiany dawniej przez cztery licealne lata do programu trzyletniego. Efekt? - Szkoła zakopana jest w Grecji i marchiach, w XVI-wiecznej "rewolucji cen" oraz XVII-wiecznym absolutyzmie. Na Mikołajczyka, Kuronia i Wałęsę, podobnie jak na wojnę wietnamską, maj 1968 i II Sobór Watykański brakuje najzwyczajniej czasu - uważa Jan Wróbel.

Kółka i krzyżyki

W większości polskich szkół nauczanie nie dochodzi nawet do czasów Gomułki. Jakie to rodzi problemy? Niby żadne. Ale spróbujmy zapytać młodzież np., co to znaczy być Europejczykiem w sytuacji, gdy mitem założycielskim zjednoczonej Europy było zwycięstwo nad III Rzeszą, a po poszerzeniu Unii na Wschód doszedł do tego element drugi: doświadczenia nowych państw unijnych z komunizmem.

Tymczasem młodzi Polacy swoją edukację w szkole kończą na II wojnie światowej. O komunizmie w Europie Wschodniej dowiedzą się chyba więcej w domu - od rodziców czy dziadków.

Ale czy ta pamięć wyniesiona z domu wystarczy, by wychować pokolenie świadomych Europejczyków? Takich, którzy umieją sformułować własne poglądy i mówić o wartościach, a nie tylko zakreślać kółka i krzyżyki w testach.

- Uczeń powinien wynieść ze szkoły umiejętność pisania i wypowiadania krótkich esejów, czyli powinien potrafić wyartykułować swój pogląd. Jest to możliwe. Jestem realistą. Tak jak możliwe jest skłonienie ucznia, by sam poszperał przy wydarzeniach 1968 r. czy przywileju koszyckim. Poza tym, być może historia naprawdę powinna kończyć się na 1945 r.? Potem powinniśmy uczyć przedmiotu o nazwie "Współczesność" - zastanawia się Jan Wróbel.

Ta zmiana pozwoliłaby na nauczanie czegoś, co nazwać można rozumieniem współczesności. Być może wtedy na lekcjach mogłaby mieć miejsce jakakolwiek dyskusja o tym, co się dzieje w kraju i na świecie? Bo podczas takich lekcji uczniowie potrafią być aktywni. Szkoła mogłaby ich uczyć wyrażania swojego stanowiska.

- To prawda, że młodzież nie umie pisać czy selekcjonować wiadomości. Choć uważam, że nauczyć tego można najzdolniejszych, a młodzież w małych miejscowościach jest bardzo zróżnicowana - mówi Jarosław Hlebowicz z Sokółki.

Indywidualna praca z uczniem dawałaby szansę tym, którzy z nauki historii chcą zrobić użytek w przyszłości. - Ci, którzy umieją pisać, interesują się historią i mają swoje zdanie, nie zawsze wypadają dobrze na testach. Miałem dwa takie przypadki, że uczniowie byli olimpijczykami, a na maturze nie wypadli najlepiej. Teraz są studentami historii - mówi Robert Czyżewski.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]