Reklama

Filipiny: dziennikarze na celowniku prezydenta

Filipiny: dziennikarze na celowniku prezydenta

w cyklu STRONA ŚWIATA
17.06.2020
Czyta się kilka minut
Na ten wyrok czekali działacze praw człowieka na całym świecie. Znana filipińska dziennikarka Maria Ressa może spędzić w więzieniu nawet sześć lat z powodu oskarżeń o cyberzniesławienie. To nauczka dla wszystkich, którym nie podobają się rządy prezydenta Rodriga „Digonga” Dutertego.
Założycielka internetowego pisma „Rappler” Maria Ressa. Fot. ISAAC LAWRENCE/AFP/East News
M

Maria Ressa zasłynęła jako korespondentka amerykańskiej sieci telewizyjnej CNN z Manili i Dżakarty, ale na Filipinach jest ceniona przede wszystkim za to, że 20 lat temu założyła i stanęła na czele internetowego pisma „Rappler” – całkowicie niezależnego od władz i partii politycznych, nastawionego na dziennikarstwo śledcze. Pod kierownictwem 56-letniej dziś Ressy „Rappler” stał się nie tylko najpopularniejszą, ale i najbardziej opiniotwórczą gazetą na Filipinach. Ressa pisała o politycznych i finansowych aferach i nadużyciach, korupcji, kumoterstwie, łamaniu praw człowieka, szemranych interesach polityków oraz ich powiązaniach z hersztami pospolitych szajek przestępczych.

Artykuł, który zawiódł redaktorkę „Rapplera” na ławę oskarżonych, powstał w 2012 r. Jego autor, powołując się na źródła w filipińskim wywiadzie, opowiadał o Wilfredo Kengu – biznesmenie i bogaczu chińskiego...

13841

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Nie sposób dowiedzieć się z długiego artykułu, na czym miało polegać zniesławienie i oszczerstwo, którego jakoby dopuścił się dziennikarz i redaktor naczelna (de facto, bo pełni funkcję prezeski, co zresztą sędzina uznała za chytry wybieg w celu uchylenia się od odpowiedzialności za publikacje). Oprócz problemów formalnych, typu "czy poprawienie literówek w artykule online jest jego ponowną publikacją?", należałoby zainteresować się zarzutami merytorycznymi, a mianowicie, czy dziennikarze mieli prawo napisać, że Keng jest zamieszany w handel narkotykami i handel ludźmi. Informacja jakoby pochodziła z raportu służb specjalnych, jednak w 2016 roku prawnicy Kenga przedstawili zaświadczenia z rządowej agencji antynarkotykowej i centralnego biura śledczego, potwierdzające, że ich klienta nigdy nie oskarżono o żadne przestępstwa. Zażądali poprawienia artykułu lub przedstawienia stanowiska drugiej strony. "Rappler" wymówił się potrzebą weryfikacji zaświadczeń, a potem... no cóż, rozpoczęła się "wojna z narkotykami" i nikt do tego nie miał głowy. Sankcje grożące Santosowi i Ressie są drastyczne, a przede wszystkim zachodzi obawa, czy sąd właściwie zastosował prawo, nie bez racji chroniące (prawie wszędzie na świecie, w tym na Filipinach) bardziej dziennikarzy śledczych niż negatywnych bohaterów ich artykułów. Sześć miesięcy, a co dopiero sześć lat, to wyrok mający wszelkie znamiona zemsty, nawet jeśli odstąpiono od ukarania samego portalu, o co zabiegał Keng. W Polsce też zdarzają się podobne historie. Weźmy np. słynnego sędziego Łączewskiego i jego wygraną w procesie o pomówienie (art.212) przeciwko dziennikarzowi "Sieci", który opisał sprawę prywatnych wiadomości, jakie sędzia wysyłał na profil twitterowy Tomasza Lisa (fałszywy, bo to była prowokacja), proponując mu spotkanie w celu omówienia strategii walki z rządem PiS. To był akurat fakt, ale dziennikarz podał przy tym błędnie, że wobec Łączewskiego toczy się postępowanie dyscyplinarnie, a tymczasem prowadzone było postępowanie wyjaśniające. I już mijamy się z prawdą! - jak w filmie Barei powiedział właściciel zakładu lakierniczego klientowi, który skarżył się, że czeka już miesiąc, podczas gdy czekał 32 dni. Prawda, że pisowiec nie poszedł za kratki, tylko wlepiono mu 25 ty. zł grzywny, zmniejszone do 3 tys. w wyniku apelacji. Śmieszne pieniądze, jednak chodzi o zasady. A po stronie jakich zasad był w tamtej sprawie red. Jagielski?

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]