Reklama

Fenomen czterech milionów

Fenomen czterech milionów

27.01.2010
Czyta się kilka minut
Kiedy popołudniem 22 grudnia 1989 w państwowej telewizji pojawił się Ion Iliescu - funkcjonariusz Rumuńskiej Partii Komunistycznej, wewnątrzpartyjny przeciwnik Nicolae Ceauşescu - wielu telewidzów odetchnęło.
P

Po tym, jak przez kilka poprzednich dni narastał chaos, po tym, jak kolejne wydarzenia (zapoczątkowane demonstracją w Timişoarze 17 grudnia, do której ogień otworzyło wojsko i tajna policja Securitate) cechowała coraz bardziej niepokojąca nieprzejrzystość i coraz brutalniejsza przemoc (potem okaże się, że w grudniu 1989 r. zginęło ok. tysiąca osób), po nagłej ucieczce Ceauşescu i jego żony helikopterem z Komitetu Centralnego w Bukareszcie w chwili, gdy do budynku wdarli się demonstranci - po tym wszystkim pojawienie się w telewizji Iliescu było w oczach społeczeństwa pierwszym wystąpieniem, które dawało nadzieję na uspokojenie sytuacji.

Rumuńska rewolucja, co do której historycy do dziś spierają się, na czym miałby polegać jej rewolucyjny charakter, odnalazła w jego osobie swojego przywódcę - wcale adekwatnego, zważywszy na jej paradoksalne okoliczności. Fakt, że Iliescu był komunistą, wydawał się nieistotny w tym konkretnym momencie - gdy ciągle jeszcze brakowało pewności, czy rodzina Ceauşescu faktycznie utraciła władzę. Była to okoliczność o tyle kluczowa, że w państwie Ceauşescu linie "frontów" od dawna już nie przebiegały wzdłuż podziału: z jednej strony partia komunistyczna, z drugiej przeciwnicy komunizmu. Istotą podziału było natomiast nastawienie do osoby dyktatora rządzącego krajem od 24 lat. Pytanie brzmiało: kto popiera Ceauşescu, a kto jest jego przeciwnikiem? Od dawna nie pytano już o to, z jakich przyczyn ten czy ów jest przeciwko Ceauşescu - w kraju powszechnej rozpaczy i kolektywnej bezsilności wszystko koncentrowało się na jednym: na obaleniu tyrana i jego potwornej małżonki.

Dyktatura klanowa

W 1989 r. Rumunia była dyktaturą dwojakiej natury. Z jednej strony dyktaturą komunistyczną, opartą na typowych totalitarnych fundamentach bolszewizmu. Z drugiej zaś bałkańską dyktaturą rodzinną - i jako taka posługiwała się komunizmem dla utrzymania władzy przez dominujący klan. Rządząca rodzina Ceauşescu praktykowała otwarcie nepotyzm i politykę klientelizmu; struktury partii komunistycznej stały się swego rodzaju "okienkiem" w urzędzie, przy którym jej członkowie mogli załatwiać rozmaite sprawy. Różnica między rozwojem sytuacji w Rumunii i w innych krajach "bloku" polegała również na tym, że w Rumunii - po krótkim epizodzie "otwarcia" w latach 60. - nastąpiła restalinizacja; zapoczątkowały ją tzw. tezy lipcowe, wygłoszone przez Ceauşescu w 1971 r. i zapowiadające zaostrzenie kontroli państwa nad kulturą. Restalinizacja miała wzmocnić władzę Ceauşescu i jego klanu oraz stworzyć instrumenty dla kultu jednostki. W 1989 r. Rumunia przypominała Albanię, nie Węgry.

Ceauşescu posługiwał się partią (od 1965 r. był jej sekretarzem generalnym, a od 1967 r. także prezydentem kraju), ale jej nie ufał. W końcu sam był kiedyś szefem jej kadr, a w latach 50. doświadczył walk między różnymi frakcjami. Już jako dyktator, struktury partyjne postrzegał nawet jako zagrożenie: instrument, którym mogliby posłużyć się jego przeciwnicy, a w każdym razie jako miejsce, z którego - za sprawą partyjnych statutów - mogłyby wypłynąć impulsy kwestionujące jego osobistą pozycję.

Jego przeciwnicy, ci pierwsi, wywodzili się zresztą z partii. Byli stalinistami: protestowali przeciw włączeniu przez Ceauşescu elementów nacjonalizmu do oficjalnego kanonu rumuńskiego komunizmu. Protestowali też przeciw jego polityce uniezależniania się od Moskwy; krytykę Kremla, od której Ceauşescu nie stronił, a zwłaszcza jego odmowę udziału w inwazji na Praską Wiosnę w 1968 r. uważali nie tylko za afront wobec ZSRR, ale też za zdradę idei komunizmu. Młodszy od nich Ceauşescu, który - podobnie jak wielu jego akolitów z nowego pokolenia rumuńskich działaczy - reprezentował mieszankę idei bolszewickich z hasłami nacjonalistycznymi, wydawał im się zdrajcą komunistycznej Międzynarodówki.

"Wódz", partia i Securitate

Ceauşescu osłabił pozycję Rumuńskiej Partii Komunistycznej w strukturach państwa w ten sposób, że otworzył ją na szersze kręgi społeczeństwa. Dla wielu legitymacja partyjna stała się przyciskiem otwierającym różne drzwi - i niczym więcej. Z legitymacją partyjną można było zostać dyrektorem fabryki butów i następnie wymieniać te buty na, powiedzmy, ryby. Można też było założyć podejrzany krąg literacki, jak ja uczyniłem.

Partia przestała być w totalitarnym społeczeństwie elitą. Stała się organizacją masową, związkiem zawodowym nomenklatury, tej dużej i małej, tej centralnej i lokalnej, pomagającym przetrwać w warunkach gospodarki permanentnego niedoboru. Charakterystyczne dla technik stosowanych przez Ceauşescu, mających zneutralizować partię jako miejsce, które mogłoby wydać jakiegoś konkurenta, było też powiększanie liczebności jej gremiów, Biura Politycznego i Komitetu Centralnego, tak że nie mogły przeciwstawić się "wodzowi". Były zbyt wielkie, a zarazem zbyt rozbite na frakcje i klany, by mogły wyłonić większość zagrażającą Ceauşescu.

Nie ufając partii i neutralizując ją, dyktator opierał się zarazem na "klasycznych" instrumentach dyktatury. Nie tylko rozbudował aparat represji i nadzoru, ale pozostawiał mu pewną swobodę działania - równocześnie podporządkowując go organizacyjnie sobie i tylko sobie. Inaczej niż w innych krajach "bloku" - gdzie aparat terroru i inwigilacji traktowany był jako "zbrojne ramię partii" - w Rumunii tajna policja (Securitate) była wprawdzie formalnie zależna od partii, ale faktycznie słuchała tylko "wodza". Ceauşescu opierał swą władzę na Securitate. Ale koniec końców i ona go porzuciła.

Front w miejscu Partii

W 1989 r. partia rozpłynęła się, jak gdyby nigdy jej nie było. Liczyła na koniec 4 mln członków (na 23 mln mieszkańców kraju), lecz prawie nie było wśród nich komunistów. Zniknęła z dnia na dzień: po prostu, 30 grudnia 1989 r. Iliescu wydał zakaz działania wszelkich organizacji komunistycznych.

Gdy wcześniej, tamtego 22 grudnia, Iliescu pojawił się na ekranach telewizorów, przedstawił społeczeństwu nowy instrument władzy: Front Ocalenia Narodowego. Odczytał listę z nazwiskami tych, którzy w latach 80., w ostatnim okresie rządów Ceauşescu, mieli być nastawieni krytycznie do reżimu, i oświadczył, że ci ludzie są od teraz członkami nowego politycznego gremium przywódczego. Po prostu - mianował ich. Potem okazało się, że nawet nie zapytał poszczególnych osób. Zresztą, jak miałby to uczynić w sytuacji chaosu?

Kto tworzył Front? To też proste: stał się on adresem, pod który zgłaszali się wszyscy ci ze starego aparatu, którzy chcieli być w nowym aparacie (centralnym czy lokalnym). Za kulisami demonstracji, których przebieg do dziś nie jest wyjaśniony, dokonywały się negocjacje, przesuwanie krzeseł, zmiana haseł, działania osłonowe i dostosowawcze. Na faktyczną rewolucję nie było już czasu.

Front został pomyślany jako prowizorium, czynnik zachowania porządku, a zarazem jako schronienie. Jego przywódcy chcieli początkowo kontynuować system jednopartyjny (z Frontem w miejscu Partii). To okazało się nierealistyczne w kontekście rozwoju wydarzeń w Europie Środkowej. Z geopolitycznego punktu widzenia Rumunia okazała się kostką domina; szybko rozległy się w społeczeństwie głosy, domagające się systemu wielopartyjnego, i tu na plan wkroczyli pierwsi założyciele nowych partii. Tendencji nie dało się zatrzymać, postanowiono więc się do niej dostosować. Pojawiły się informacje o pierwszych rywalizacjach w szeregach Frontu, wybuchły konflikty między grupami interesów, zwłaszcza na tle reformy państwa i prywatyzacji. Doszło do podziałów.

Nowa fasada, stare kulisy

Patrząc dziś na dynamikę systemu partyjno-politycznego w Rumunii, łatwo można dostrzec, że dwa z trzech wielkich bloków politycznych wywodzą się z Frontu i do dziś są dziedzicami "fenomenu czterech milionów", ze wszystkimi tego konsekwencjami, zależnościami i układami. Starą klientelę przypisuje się dzisiejszym socjaldemokratom (partia Iliescu) oraz, w równym zresztą stopniu, liberalnym demokratom, partii aktualnego szefa państwa, populisty Traiana Băsescu. Jedynie trzecia główna siła wywodzi się z tradycji narodowo-liberalnej, choć i ona ma w swych szeregach odpryskowe grupy, których korzenie sięgają klientelizmu sprzed 1989 r.

Partia komunistyczna zniknęła, ale mechanizmy "fenomenu czterech milionów" przetrwały. Inne są dziś tylko legitymacje partyjne. Oczywiście, Rumunii nie grozi powrót bolszewizmu. Ale co jej zagraża, to słabe zakorzenienie demokracji. Rumuński komunizm mógł funkcjonować bez komunistów i również rumuńska demokracja mogłaby funkcjonować bez demokratów - tylko że wtedy byłaby jedynie nową legitymizacją dla współczesnego klientelizmu.

Przełożył WP

RICHARD WAGNER (ur. 1952 w Lowrinie w Rumunii) jest pisarzem. W środowisku mniejszości niemieckiej założył wraz z przyjaciółmi niezależną literacką Grupę Banat (należała do niej Herta Müller, wówczas jego żona). Objęty zakazem pracy, w 1987 r. wyemigrował do RFN. W Polsce ukazały się jego powieści "Czas Marsa" i "Miss Bukaresztu".

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]