Reklama

Ucieczka przed przeszłością

Ucieczka przed przeszłością

z Bukaresztu
04.11.2019
Czyta się kilka minut
30 lat po egzekucji Nicolae Ceausescu wiele tajemnic związanych z wydarzeniami roku 1989 w Rumunii czeka na wyjaśnienie. Większość obywateli nie ma już nadziei na poznanie prawdy.
Walki w Bukareszcie, 24 grudnia 1989 r. Dziś prokuratura oskarża Iona Iliescu, lidera partyjnego puczu przeciw Ceausescu, o przyczynienie się do śmierci tysiąca ludzi. CHRISTOPHE SIMON / EAST NEWS
L

Lista zaniechań jest długa. Niesławna tajna policja Securitate, której praktykom socjalistyczna Rumunia zawdzięczała miano najbardziej opresyjnego kraju Europy Środkowej, pozostaje nierozliczona. Jej byli pracownicy dożywają swych lat, pełniąc wciąż służbę w strukturach bezpieczeństwa demokratycznego państwa. Procesy lustracyjne są sporadyczne i ciągną się latami. Odpowiedzialni za śmierć ponad tysiąca osób w krwawej rewolucji, która w grudniu 1989 r. towarzyszyła obalaniu Ceaușescu, w zdecydowanej większości pozostają na wolności. Tymczasem nieżyjący dyktator, którego upadek 30 lat temu świętował właściwie cały naród, dziś... cieszy się rekordową popularnością.

Rewolucja, której nie było?

Stosunek władz i kluczowych partii do wydarzeń z grudnia 1989 r. jest dziś jednoznaczny i wyjątkowo – jak na specyfikę tutejszej polityki – zgodny. Rewolucja stanowi, wedle oficjalnej narracji, mit założycielski demokratycznej Rumunii. Jest powodem do dumy, jako demonstracja siły narodu, który po latach upokorzeń samodzielnie wyzwolił się spod dyktatury. Ci, którzy wtedy zginęli, są traktowani jako polegli za ojczyznę bohaterowie.

Ta oficjalna wersja jest jednak powszechnie podawana w wątpliwość – przez historyków i wielu obywateli. W kraju ściśle kontrolowanym przez Securitate nie istniały przecież żadne istotne ruchy dysydenckie. Trudno się dziwić, skoro – jak się dziś szacuje – liczba informatorów tajnych służb była tak duża, że każdy z nich mógł obserwować na bieżąco ok. 30 osób.

Paradoksalnie, najlepiej zorganizowana komórka oporu wobec reżimu Ceaușescu wykształciła się więc... w samej Rumuńskiej Partii Komunistycznej. To ci ludzie, często ideowi komuniści, na czele z Ionem Iliescu, przejęli władzę po obaleniu dyktatora.

Dlatego wielu Rumunów zadaje pytanie, czy wydarzenia z końca 1989 r. można w ogóle nazywać rewolucją? Powszechny jest pogląd, że usunięcie Ceaușescu było raczej partyjnym puczem – starannie wyreżyserowanym spektaklem, dzięki któremu skonfliktowani z dyktatorem członkowie aparatu i służb mieli przejąć kontrolę nad krajem. Transformacja ustrojowa byłaby celem drugorzędnym, a nawet nieco przypadkowym. Jedna z hipotez głosi, że Iliescu i jego współpracownicy wierzyli wręcz, iż zmiana kierownictwa i liberalizacja systemu pozwolą uratować rumuński socjalizm.

Egzekucja założycielska

Choć więc władze próbują na każdym kroku podkreślać oddolny charakter Rewolucji (oficjalnie pisanej wielką literą), wielu ludziom trudno w to uwierzyć. Nawet sami uczestnicy walk z grudnia 1989 r. są tu podzieleni. Niektórzy czują się oszukani i wykorzystani przez postkomunistów, którzy dzięki ich poświęceniu przejęli władzę. Z ich punktu widzenia zamordowanie dyktatora i jego żony – bo trudno inaczej nazwać egzekucję, przeprowadzoną 25 grudnia 1989 r. po błyskawicznym procesie, który nie zasługuje nawet na tę nazwę – nie było aktem sprawiedliwości, lecz miało legitymizować nową elitę. Albo raczej: tyleż nową, co starą, bo wywodzącą się przecież ze starego establishmentu.

– Śmierć Conducătora [rum. wodza; tak tytułował się Ceaușescu – red.] miała zmyć i odkupić winy tych, którzy przyszli rządzić po nim. W spektakularny sposób rozładowała społeczne napięcia i zamknęła usta tym, którzy chcieliby rozliczać pozostałych członków aparatu partyjnego – tłumaczy mi pewien bukaresztański politolog.

Podobnie ujmuje to Tom Gallagher, brytyjski profesor specjalizujący się w dziejach nowożytnych Rumunii. Gallager wskazuje na potrzebę zachowania wizerunku przez tych, którzy wypełnili polityczną pustkę powstałą w 1989 r. I tłumaczy, dlaczego imperatywem było szybkie rozstrzelanie Ceaușescu: długotrwały, poprawnie przeprowadzony proces byłby dla nich zwyczajnie niebezpieczny.

Przekleństwo dla narodu

Nie będzie przesadą teza, że główne partie polityczne dzisiejszej Rumunii są – w mniejszym lub większym stopniu – spadkobiercami tamtej Partii Komunistycznej.

Sztandarowy przykład to Partia Socjaldemokratyczna (PSD), której członkiem był też Iliescu. Zarówno PSD, jak też Narodowi Liberałowie (PNL; drugie co do wielkości ugrupowanie w parlamencie) są powiązani z przedrewolucyjną elitą. Siły te rządzą niemal nieprzerwanie od 1989 r. – w różnych konfiguracjach, a niekiedy pod różnymi nazwami.

Celnie i z pewną autoironią zwrócił na to uwagę podczas debaty wyborczej w 2004 r. Traian Băsescu, ówczesny kandydat na prezydenta. Zapytał wówczas retorycznie swego kontrkandydata, Adriana Năstasego: „Cóż za przekleństwem dla tego narodu jest fakt, że zmuszony on jest wybierać [prezydenta] spośród dwóch byłych komunistów?”.

Właśnie komunistycznym rodowodem obecnych elit tłumaczy się niezwykłą wręcz opieszałość władz w rozliczaniu przeszłości. Najbardziej spektakularnym tego przykładem było do niedawna postępowanie w sprawie śmierci około tysiąca osób w grudniu 1989 r., toczące się... od początku lat 90. XX w. Chodziło w nim zwłaszcza o wyjaśnienie, co działo się w Bukareszcie zaraz po ucieczce dyktatorskiej pary ze stolicy.

Oficjalnie powtarza się, że to wierni Ceaușescu funkcjonariusze służb wraz z tzw. „terrorystami” otworzyli ogień do demonstrantów. Nikt nie wie jednak, kim mieliby być owi „terroryści” i czy ktokolwiek chciał wówczas jeszcze bronić Conducătora. Jedna z popularnych teorii krążących w społeczeństwie głosi, że tłum ostrzelali ludzie związani już z nową ekipą, a może nawet na jej rozkaz. Wedle innej, ogarnięci strachem przed rzekomym zagrożeniem – które podsycały wystąpienia Iliescu – ludzie w panice zaczęli strzelać do siebie nawzajem.

W 2015 r., po ponad ćwierćwieczu, prokuratura umorzyła tę sprawę – bez wskazania winnych grudniowego dramatu. Media i społeczeństwo przyjęły tę decyzję z rezygnacją, ale i bez zaskoczenia. Było jasne, że elita polityczna bała się obciążającej jej członków prawdy.

Przeszłość pod kontrolą

Do tego, że ich władze robią wszystko, aby uchronić się przed przeszłością, Rumuni zdążyli już zresztą przywyknąć.

Dość wspomnieć, że ustawy lustracyjne – w Europie Środkowej od dawna standard – przyjęto tu dopiero po 20 latach od upadku komunizmu. A więc w czasie, gdy większość osób pełniących ważne funkcje przed 1989 r. była już na emeryturze lub kończyła swoje życie zawodowe. Siedemnastu lat potrzebowały zaś kolejne rumuńskie rządy, by przekazać archiwa dawnych służb pod kontrolę niezależnej od nich instytucji. Ale i to marna pociecha dla społeczeństwa. Rzecz bowiem w tym, że w jej kapitule (gremium kontrolnym) zasiadają przedstawiciele sprawujących władzę partii.

Zresztą, sama jakość zgromadzonych materiałów podawana jest w wątpliwość. Komentując wprowadzenie pierwszych ustaw lustracyjnych w 2010 r., politolożka Alina Mungiu-Pippidi argumentowała: „Cały system jest zbyt przesiąknięty [ludźmi związanymi z reżimem – red.], aby archiwa te mogły być użyteczne”. Sugerowała też, że służby miały dość czasu, by z łatwością zniszczyć najbardziej niewygodne materiały.

Tezę taką podziela wielu komentatorów, dodając, że akta przez długie lata znajdowały się wciąż pod kontrolą ludzi związanych z Securitate. Herta Müller, pochodząca z Rumunii niemiecka pisarka i laureatka Nobla, która sama doświadczyła działań Securitate, mówiła: „Tajna policja Ceaușescu nie została rozwiązana, ona tylko zmieniła nazwę”. W istocie szacuje się, że aż jedna trzecia funkcjonariuszy komunistycznych służb wstąpiła w szeregi powstałych na jej gruzach organizacji, takich jak Rumuńska Służba Informacji (SRI).

– Politycy, którzy doszli do władzy po 1989 r., wraz z nigdy niezreformowanymi służbami uwłaszczyli się na transformacji – mówi mi Oktawian Milewski, analityk ds. rumuńskich. Milewski uważa, że w ten sposób doszło do powstania rumuńskiej oligarchii.

Tęsknię za tobą, Nicolae!

W grudniu 2018 r. dziennik „Adevărul” opublikował wyniki sondażu, mającego zbadać opinie Rumunów o ich dotychczasowych prezydentach. Zdecydowanym liderem ankiety okazał się Nicolae Ceaușescu – pierwszy polityk pełniący tę utworzoną w 1974 r. funkcję. Pozytywne zdanie na jego temat wyraziło ponad 64 proc. pytanych. Powszechnie szanowany i popularny prezydent Klaus Iohannis, sprawujący ten urząd od 2014 r., zajął dopiero drugie miejsce z wynikiem w okolicy 50 proc. Jednocześnie, co ciekawe, Ceaușescu zebrał kilkukrotnie większą od swoich oponentów liczbę ocen „doskonałych”. Taką opinię na temat jego osoby wyraził co piąty obywatel.

Sympatia wobec Conducătora nie jest zjawiskiem nowym. Już w sondażu z 2014 r. prawie połowa pytanych uznała, że bez wahania oddałaby na niego głos, gdyby kandydował dziś na stanowisko szefa państwa.

Przyczyn tak wielkiej popularności człowieka odpowiedzialnego za masowe represje i kryzys gospodarczy lat 80. jest wiele. Pozytywne opinie o Ceaușescu są, rzecz jasna, dość powszechne wśród osób starszych, którym nostalgia każe w jasnych barwach spoglądać na czasy młodości. Podobnie jak mieszkańcy wielu krajów dawnego bloku wschodniego, podkreślają oni bezpieczeństwo socjalne, bezpłatną opiekę zdrowotną, brak bezrobocia czy bezdomności, które miał zapewniać (przynajmniej w pewnym stopniu) tamten ustrój.

Ale państwo Ceaușescu dawało im coś jeszcze: dumę. Powszechną biedę i bylejakość skutecznie przykrywało wtedy poczucie samodzielności i niezależności. Rumunia, choć stanowiła część Układu Warszawskiego i była związana politycznie z Moskwą, zachowywała sporą dozę niezależności. Od końca lat 50. na jej terytorium nie stacjonowały sowieckie wojska. Sam Ceaușescu zaś wielokrotnie i nierzadko w pojedynkę sprzeciwiał się polityce Kremla – jak w 1968 r., gdy potępił inwazję na Czechosłowację, albo w 1984 r., gdy zdecydował, że Rumunia jako jedyne państwo bloku wschodniego nie przyłączy się do sowieckiego bojkotu olimpiady w Los Angeles.

Zręcznie eksploatując takie gesty i nacjonalistyczną retorykę, Ceaușescu budował poczucie suwerenności. To się podobało. Nawet ostra polityka oszczędności, którą wprowadził na początku lat 80., jest dziś przez część społeczeństwa oceniana pozytywnie – choć doprowadziła kraj do ruiny.

– Przynajmniej nie byliśmy nikomu nic dłużni, nie tak jak dziś – mówi mi Victoria, 72-letnia emerytowana pielęgniarka z Bukaresztu. – Mów, co chcesz, ale w dniu, gdy rozstrzelano Ceaușescu, Rumunia nie miała długów. Kto w Europie Wschodniej mógł się tym pochwalić?

Liliana wzrusza ramionami

To właśnie tęsknota za dumą i poczuciem wyjątkowości, jakie oferował Ceaușescu, wydaje się jednym z głównych powodów jego obecnej popularności. I jest ważną przyczyną, dla której Rumuni niejednoznacznie oceniają dziś transformację, rozpoczętą 30 lat temu. Ponad 70 proc. obywateli nie jest zadowolonych z tego, jak wygląda sytuacja w ich kraju. Niewiele mniej skłonnych jest przyznać, że przed rewolucją żyło im się lepiej.

Co ciekawe, nawet młodzi ludzie – nie mogąc odnaleźć zbyt wielu powodów do dumy ze swego kraju – chętnie odwołują się do komunistycznej przeszłości. Przechadzając się po Pałacu Parlamentu – przed rokiem 1989 zwano go Domem Republiki lub Domem Ludu – można usłyszeć od niespełna trzydziestoletniej przewodniczki, że choć budowa gmachu pochłonęła równowartość obecnych 3 mld euro i doprowadziła do dewastacji historycznego centrum Bukaresztu, to budynek stanowi osiągnięcie, którym Rumuni mogą chwalić się przed światem. Nie tylko jest to bowiem drugi co do wielkości (i najdroższy) biurowiec świata, ale – co ważniejsze – został zaprojektowany i zbudowany przez rumuńskich architektów, artystów i robotników, wyłącznie przy użyciu pochodzących z kraju materiałów.

W rozmowach z młodymi ludźmi można natknąć się na podobne argumenty. Mieszkająca w stolicy 22-letnia Liliana, pytana o opinię na temat wydarzeń z 1989 r., przyznaje, że szczególnie się nad tym nie zastanawiała: – A co do Ceaușescu, to cóż, chciał dobrze... No i metro mamy dzięki niemu – wzrusza ramionami. – Choć przesadził z zakazem antykoncepcji i aborcji. Tak, teraz jest chyba lepiej niż przed rewolucją. Ale, z drugiej strony, skoro jest tak dobrze, to dlaczego tak wielu z nas wyjechało za granicę? – dodaje retorycznie.

Rumunia jako escape room

Rzeczywiście, choć młodzi w zdecydowanej większości nie mają wyrobionego zdania – bądź po prostu nie interesują się tym, co działo się 30 lat temu – to statystyki migracji zarobkowej stanowią pośrednią ocenę transformacji. Tylko między 2007 a 2015 rokiem Rumunię opuściło 3,5 mln osób, głównie młodych i wykształconych. Żaden inny kraj, poza Syrią, nie odnotował w tym okresie większego odpływu ludności. A to było niemal pięć lat temu – dziś szacuje się, że liczba Rumunów przebywających na emigracji sięga nawet 5 mln.

– Jesteśmy największym escape ­roomem świata – kwituje Liliana, nawiązując do popularnej zabawy polegającej na ucieczce z zamkniętego pomieszczenia dzięki rozwiązaniu szeregu zagadek.

Sentyment do Ceaușescu nie jest jednak tylko przejawem tęsknoty za socjalistyczną stabilnością i narodową dumą. Wydaje się, że jest on też sposobem na wyrażenie sprzeciwu wobec establishmentu, rządzącego od trzech dekad. Rumuni nie mają dobrego zdania o swej klasie politycznej. Parlamentowi, partiom i rządowi ufa statystycznie zaledwie co dziesiąty obywatel. Tymczasem w oczach pewnej części społeczeństwa Ceaușescu uosabia przywódcę, który – trzymając twardą ręką aparat państwa – z łatwością mógłby zrobić porządek z pogrążonymi w skandalach korupcyjnych i podejrzanie majętnymi elitami, trzymającymi stery współczesnej Rumunii.

Symboliczny głos poparcia dla byłego dyktatora – zabitego przez tych, którzy dali początek nowej władzy – byłby więc niczym innym jak głosem sprzeciwu wobec niej samej.

Nikt nie czeka

W 2016 r. śledztwo w sprawie wydarzeń z grudnia 1989 r. otwarto na nowo. Trzy lata później, w kwietniu tego roku, 89-letni Ion Iliescu i dwaj jego współpracownicy zostali postawieni w stan oskarżenia – za podsycanie i rozsiewanie atmosfery strachu i psychozy, która doprowadziła do śmierci tysiąca ludzi.

Wiadomość ta – wydawałoby się, historyczna – odbiła się większym echem poza granicami Rumunii niż w kraju. Tu nikt już nie czeka na sprawiedliwość. Wielu jest przekonanych, że Iliescu nie dożyje procesu, a jeśli nawet, to na pewno nie odbędzie kary, na którą zostanie skazany.

Zarówno on, jak też inni odpowiedzialni za śmierć, cierpienie i upokorzenie tylu tysięcy ludzi w czasach komunistycznej Rumunii unikną więc konsekwencji swoich czynów. ©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]