Familijo za gardinami

Prof. Marek Szczepański, socjolog: Na Śląsku wciąż trwa pamięć o rodzinie z filmów Kutza - ludzie tęsknią za domem hierarchicznym, uporządkowanym, gdzie panują czyste reguły. Ale równocześnie trwa cicha rewolucja feministyczna. Rozmawiał Artur Kryspiańczyk
Czyta się kilka minut

Artur Kryspiańczyk: Z okazji majowej pielgrzymki mężczyzn do Piekar Józef Skrzek, muzyk z grupy SBB i Ślązak z Siemianowic, tak zdefiniował tutejszy model rodziny: "Matka: najczulsza istota, dba o harmonię rodziny, oddana, walcząca jak lwica o bezpieczeństwo pokoleń. Ojciec: pracujący bez końca w domu i robocie, pełen zaufania do partnerki, pełen wiary, twórczy wojownik, uczciwy chrześcijanin". Czy to sentymentalne wspomnienie dawnych czasów, czy realny obraz?

Prof. Marek Szczepański: To oczywiście obraz wyidealizowany. Tradycyjna, klasyczna śląska rodzina, patriarchalno-matriarchalna - taka z ojcem, dostarczycielem pieniędzy, i matką rezygnującą z pracy zawodowej, by poświęcić się wyłącznie wychowaniu dzieci - zachowała się tylko endemicznie, w małych lokalnych społecznościach, najczęściej w wioskach Górnego Śląska, jego katowickiej i opolskiej części. W miastach funkcjonują już zupełnie inne modele, choć często przetrwały w nich pewne cechy tradycji. A jest to na pewno tradycja różna od tej, która istniała w innych częściach kraju, choćby w mojej rodzinnej Częstochowie.

Jakie to cechy?

Gdy zaczynałem na Śląsku pracę socjologa, uderzyła mnie specyficzna religijność. U nas, choć wychowaliśmy się w cieniu Jasnej Góry, praktyki religijne częściej były wymuszone przez rodziców i dziadków, albo wynikały z przyzwyczajenia. Na Śląsku inaczej - pobożność była tak mocna, tak uderzająca, spontaniczna i autentyczna, że jej siłę można było porównać wyłącznie do siły gwary. Ludzie tak jak oddychają, tak mówią gwarą i tak się modlą. W tradycyjnej śląskiej rodzinie nie było przymusu chodzenia do kościoła: po prostu do fary szło się z przekonaniem. Wiara była czymś absolutnie naturalnym, tak bardzo, że mnie, socjologowi, nawet trudno o tym mówić. Może powinien próbować to zdefiniować teolog?

Taka instynktowna pobożność musi być bardzo płytka.

Przeciwnie: ona jest bardzo głęboka, znacznie głębsza niż w wielu innych częściach kraju. Może prosta w sensie teologicznym, ale osadzona w tradycji, przekazywana z pokolenia na pokolenie. Ta ciągłość jest jej siłą. W dodatku religia wzmacnia rodzinę, cementuje ją, dlatego rodzice, dziadkowie wiedzą, że trzeba o nią dbać. I pewnie z tego powodu tak bardzo się ją celebruje. Idąc do kościoła czy na pielgrzymkę do Piekar, ubiera się najlepszy garnitur i najlepszą garsonkę. Dzieci tę wiedzę otrzymują w spadku.

Takie zewnętrzne oznaki schludności, stroju czy domu, mówią coś ważnego socjologowi?

W Częstochowie trochę się podśmiewają, że Ślązaczki co tydzień myją okna i wieszają gardiny, czyli firanki. Gdy odwiedzam znajomych pod Tychami, zawsze jestem trochę skrępowany nieprawdopodobną czystością, która tam panuje. W każdym talerzu można się przejrzeć. Nie mówię, że w domach w innych częściach Polski panuje brud, ale bałagan - już się zdarza. Na tradycyjnym Śląsku to niedopuszczalne.

Dla socjologa sprawa jest prosta: śląski dom musi być schludny, wtedy w rodzinie panuje harmonia. Dom jest świętością, bezpieczną przystanią, więc nie może być w nim bałaganu i brudu. To w końcu matroneum, kobiecy kosmos, jedyne miejsce, gdzie Ślązaczki czuły się bezpiecznie.

Pamiętam, jak 20 lat temu robiłem badania wśród górników w Tychach i codziennie chodziłem do piwiarni "Kameralna". Przychodził tam pan Karol, żeby po pracy wypić dwa piwka. Jak się zasiedział, do piwiarni przychodziła pani Małgosia, jego żona, i pukała w szybę, by dać znak mężowi, że już czas do domu.

Zapytałem ją kiedyś: "Pani Małgosiu, dlaczego nie wejdzie pani do środka?". Usłyszałem, że do piwiarni wchodzą tylko Polki. A kto to Polka? Taka, co maluje paznokcie na czerwono, a karmin kładzie na usta. Wtedy zrozumiałem, iloma zakazami i nakazami, symbolicznymi barierami jest ograniczona śląska kobieta.

Piwiarnia to świat męski, kobiecie nie wolno przekroczyć jego granicy. W Częstochowie nigdy nie było takich klarownych podziałów.

Co działo się wewnątrz tej śląskiej harmonii?

Zdarzała się przemoc. Zdarzało się, że lał się alkohol, o czym świadczą antyalkoholowe akcje ks. Ficka w Piekarach czy ks. Kapicy w Tychach. Ten ostatni po nazwisku piętnował z ambony tych, którzy pijani zostawiali brewiarze w karczmach.

Mam jednak wrażenie, że rygor, który panował w śląskich domach, zasady, których przestrzegania pilnowała matka (i do dziś pilnuje), powodował, że rodziny rzadziej niż gdzie indziej staczały się, patologizowały. Można żyć ubogo, ale nie w brudzie i np. kradnąc.

My w Częstochowie żyliśmy trochę out-of-control, mniejszy był też respekt młodszych wobec starszych. Oczywiście ta śląska dyscyplina różnie skutkowała, np. socjologicznie tłumaczy się nią posłuszeństwo mieszkańców tego regionu wobec reżimu. Gdy np. trzeba było iść na pochód pierwszomajowy, Ślązacy maszerowali jak jeden mąż. Pamiętam, jak dostałem burę od kolegów Ślązaków, kiedy na studiach zbuntowałem się i odłożyłem sztandar. Oni dyscyplinę wdrożoną w rodzinie przenieśli na życie społeczne.

Jakie wartości są jeszcze ważne w tradycyjnej śląskiej rodzinie?

Praca. Nie tylko dlatego, że dzięki niej są pieniądze i poczucie bezpieczeństwa. Wiadomo: fedrowanie na kopalni - a jeszcze niedawno pracowało tam 400 tys. ludzi, dziś niewiele ponad 100 tys. - to praca niebezpieczna.

Ten lęk o ojca, czekanie, aż wróci cało z szychty, cementuje śląskie rodziny i determinuje ich religijność. Ten strach, poczucie wiecznego zagrożenia nie przemija i nie przeminie tak długo, jak długo mężczyźni będą pracować w kopalniach.

Wystarczy przypomnieć ostatnią katastrofę w kopalni Borynia w Jastrzębiu-Zdroju. Zginęło czterech górników, dwóch kolejnych zmarło w szpitalach - poza Śląskiem mało która rodzina musi żyć w takim lęku o ojca.

No i oczywiście wartością bardzo istotną dla Ślązaków jest pamięć. Rodzina - jak każda - zaczyna się w domu, a kończy na cmentarzu. O żyjących świadczy to, jak traktują naszych bliskich po śmierci. Jak traktujemy ich grobowce, czy pamiętamy o zmarłych, pielęgnujemy ich groby, odwiedzamy z okazji różnych świąt. Nie musi być bogato, ale jeśli groby są zadbane, to socjolog wie, że ludzie żyją dobrze w swoich rodzinach i społeczności. Bo cmentarz jest przedłużeniem rodziny.

Skoro jest tak dobrze, dlaczego zaniepokojeni księża i biskupi nawołują do dbania o rodzinę, ostatnio zorganizowali nawet Metropolitalne Święto Rodziny, by przypominać, że - jak mówi metropolita katowicki abp Damian Zimoń - "rodzina to filar życia społecznego". Czy coś złego dzieje się ze śląskimi rodzinami?

Z naszych badań wynika, że powstaje zupełnie nowy model rodziny. Młode dziewczyny mają bardzo wysokie aspiracje życiowe i zawodowe. Absolutnie nie wyobrażają sobie siebie w roli osoby, która wyłącznie dba o ognisko domowe. Dlatego studiują, robią karierę, chcą mieć wykształconego męża, więcej: dobrze wyglądającego! Chcą, by ich rodzina była partnerska, by mąż odgrywał te role, które w modelu tradycyjnym są zastrzeżone dla kobiety i odwrotnie. I mężczyźni to rozumieją.

Te dziewczęta nie chodzą na manify, nie nazywają siebie feministkami, ale na co dzień, w swoich śląskich domach, budują równość. To jest zjawisko, które ja nazywam cichą rewolucją feministyczną, jaka dokonała się w śląskich domach.

W tradycyjnych rodzinach kobiety szybko wychodziły za mąż i szybko rodziły dzieci, dziś ta różnica między klasycznym śląskim domem a polskim zmniejsza się gwałtownie. Ślązaczki minimalnie wcześniej wychodzą za mąż i minimalnie wcześniej rodzą dzieci niż w innych częściach kraju. Ale już rozwody mamy na poziomie ogólnopolskim, czyli ok. 30 proc. związków się rozpada.

Co więc zostało z tradycyjnej śląskiej rodziny?

Na pewno troska o dom, który nie jest przypadkowym miejscem, ale pałacem, w którym trzeba zbudować przyjazny mikrokosmos. Młode Ślązaczki to robią. Nawet jeśli tworzą związki alternatywne wobec klasycznej rodziny, czyli np. całkiem rezygnują z rodzenia dzieci albo pozostają w związkach nieformalnych, albo decydują się urodzić dziecko i same je wychować.

A co warto uratować z tradycyjnej rodziny śląskiej?

Typ dobrej socjalizacji w domu. Żeby ludzie nauczyli się życia w społeczeństwie, rodzina nie może być tylko wartością deklarowaną. Ona jest najważniejszą instytucją życia społecznego i bez niej Rzeczpospolita będzie staczała się na manowce - mówię to jako konserwatywny socjolog i rozumiem obawy księży o kondycję rodziny.

Jednak nawet w takim wymiarze jak dzisiejsza rodzina - pracujący mąż i żona oraz jedno dziecko - może ona dobrze spełniać swoje zadanie. Choć, oczywiście, byłoby lepiej dla kraju, gdyby kobiety rodziły więcej dzieci.

Dobrze by też było, gdyby z tradycyjnego modelu śląskiej rodziny przetrwała wielopokoleniowość. Dziadek, czyli starzyk, i babcia - oma, zawsze byli ważni w procesie wychowawczym. Umożliwiało to śląskie życie "na kupie", czyli w jednym domu. Młodzi na piętrze, starsi - bo już nie mogą chodzić po schodach - na dole. Dziś coraz częściej młodzi wybierają osobne życie, we własnym mieszkaniu, ale to nie znaczy, że należy zrywać więź z dziadkami. Dzięki przebywaniu z nimi, socjalizacja dziecka jest łatwiejsza. Wnuk czy wnuczka widzą różne role społeczne, nie tylko mężczyzny, kobiety, matki i ojca, ale także dziadka i babci. Z racji wieku babcie są cierpliwsze: złoty cielec, moda, kariera już je nie interesuje, mogą zainwestować swój czas dla wnuka.

W pewnym sensie przetrwała ikoniczność matki. Ślązaczki dalej są mocne, jak ich mamy. Jeśli mężczyzna odchodzi wcześniej na emeryturę pomostową i grozi mu, że zostanie człowiekiem "bez przydziału", jego żona bierze sprawy w swoje ręce i szuka mężowi pracy: pomaluj, przynieś, ugotuj obiad. Trudno wyobrazić sobie lepszy wpływ kobiet na mężczyzn.

No i Kościół - o tym, że jest ważny, choć już pewnie nie tak bardzo jak 30 lat temu, świadczą tłumy na pielgrzymkach do Piekar. Tradycja pobożności, ta przekazywana z pokolenia na pokolenie, dalej jest istotna - ale bardziej w tych małych społecznościach lokalnych, o których mówiłem na początku, a dużo mniej - w miastach.

Na Śląsku wciąż trwa pamięć o rodzinie z filmów Kutza. Ludzie tęsknią za domem hierarchicznym, uporządkowanym, gdzie panują czyste reguły gry.

Te wielopokoleniowe rodziny się jednak rozpadają, choćby przez emigrację. Pamięć też zaniknie.

Nie sądzę. Mam wielu studentów i studentki rodem ze Śląska, którzy wyjechali za granicę. Tam pracują, mieszkają ze znajomymi w jednym mieszkaniu, bo tak taniej, nie mają kiedy i gdzie pójść do kościoła. Ale ciągle tęsknią za domem, pamiętają o nim... Przyjeżdżają, gdy tylko mogą, oddychają powietrzem w Wodzisławiu Śląskim, wypiją ćwiercioka z bratem, posłuchają wiców opowiadanych przez wujków, nawet pośpiewają razem przy stole. I wracają na Wyspy wzmocnieni.

Ale nigdy już nie stworzą takiej rodziny jak ich rodzice?

Pewnie nie. Będą jednak o niej pamiętać i może jakieś jej cechy przetrwają w ich związkach.

Prof. Marek Szczepański (ur. 1956) jest socjologiem z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Znaczna część jego prac poświęcona jest zagadnieniom tożsamości i socjologii regionów, szczególnie problemom Górnego Śląska. Opublikował m.in. "Górny Śląsk 2005. Scenariusz restrukturyzacji".

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 25/2008