Pociąg z Krakowa, pustawo, wczesny ranek. Wychodzę z przedziału w poszukiwaniu toalety z wodą i mydłem. W naszym wagonie nieosiągalne. Pod kolejną toaletą rodzina z psem. Matka: „Pani po mydło?”. „Aha”. „Koszmar, tu też się kończy, a oni ciągle piją i chcą siku” – patrzy z wyrzutem na dzieci. Ojciec: „Jakbym wiedział, jak to wszystko wygląda, to bym nie prokreował”. Matka: „Ej, co za »wszystko«? Przez mydło byś dzieci nie miał?”. „Eee, nie wypowiem się”. Mały: „Mama, kiedy dojedziemy?”. „Jeszcze trzy godziny”. „Mama, pociąg jest nudny”. „Masz żelka”. Ojciec: „Karmisz, dopajasz, i znów do kibla”. „Taaak? To mi powiedz, co innego tu robić”. „Czy ja wiem? Poczytać?”. Mały: „Nieee!”. Matka: „Chcesz go ukarać?”. Ojciec: „Grę mu odpal”. „Krótko się skupia, potem tylko je”. Zwolniło się, matka z synem weszli. Ojciec do psa: „Ty umiesz milczeć, prawdziwy mężczyzna”.
Ja tu zbiórkę robię!
Kraków, wieczór późny, idę kładką Bernatka. Kazimierz. Kluczę, myślę, czy iść ku centrum, czy szlajać się lokalnie. Mgła nocna gęstnieje. Plac Wolnica jak płaski teflon miejski: czysta powierzchnia, żywego ducha. Ale po chwili ktoś się wyłania, idzie od Bożego Ciała i rozgląda się na boki. Nie wiem, co robić, więc drepcę ku Krakowskiej. „Czeka pani! Ja teraz zbiórkę robię”. „Czyli?”. „No dobra, ja staję, a domyślnie tata. Dołączy pani?”. „Pewnie”.
Stoimy na wyprost, twarzą na wschód. „Co dzień lub co drugi dzień śni mi się, że tata uczestniczy w wielkim turnieju na sali gimnastycznej w moim liceum. Musi pojedynkować się ze wszystkimi uniwersytetami i politechnikami. I daje radę. Zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Nie ma demencji, nie traci pamięci, wygrywa. I śni mi się, że z przebieralni przy sali gimnastycznej startuje poczet sztandarowy Sorbony, by mu wręczyć profesurę. Taką dożywotnią. Tato płacze, zanosi się od łkania”.
„Piękne”. „I ja go podtrzymuję. Proszę pani, jeśli ma pani moment, niech pani stanie za mną, ja to wszystko sobie wyobrażę, a pani będzie świadkiem ceremonii, dobrze?”. „Dobrze”. „Bo wie pani, tato tak dużo wiedział, że miałby te profesury”.
„Pewnie”. „Ja nic nie umiem, ale on wiedział wszystko. I po prostu nie miał na to, musiał nas utrzymywać. I strasznie się zmęczył. Ale tu, tu ja przychodzę, bo przecież to niemożliwe, żeby nic z tego nie było, prawda?”. „Tak, musi coś z tego być”. „Gramy”.
Cała aura to od smoka
Pociąg do Krakowa, jazda w bezprzedziałowcu. Tuż przy nas, po drugiej stronie korytarzyka, pan z grubsza siedemdziesięcioletni. Spogląda na Rudą przychylnie.
W końcu zagaduje: „Pierwszy raz w Krakowie?”. Ruda obrusza się: „Jaki pierwszy! Piąty!”. „Nono. A lubi panna Kraków?”. „Bardzo, po Warszawie na drugim miejscu”. „A co się tak w Krakowie podoba?”. „Rynek, Planty, ten kościół z witrażami…”. „Franciszkanie?”. „Tak!”. „A tak tylko na zwiedzanie? Czy z noclegiem?”. „Z noclegiem na Kazimierzu”. „Ooo, pięknie. Przy placu Wolnica miałem ciotkę”. „Byłam tam”. „Na Wawelu na pewno też…”. „Tak!”. „Wszystkie wycieczki tam chodzą”. „Ja byłam z Pingwinem”. „?”. „Z mamą”. „Ach, tak. Dla mnie Kraków to jest, wiesz, miasto o niepowtarzalnej aurze. I nie o to chodzi, że się tam urodziłem. Mieszkałem potem w Tarnowie. Z żoną w Płocku, w Warszawie. Ale i u brata żeśmy w Paryżu żyli przez trzy lata”.
„W stolicy Francji”. „Tak jest. Wspaniałe miasto. Ale, tak między nami…”. „Dlaczego między nami?”. Śmieje się: „No dobra, to niech wszyscy wiedzą: wieczory w Krakowie dowodzą, że to miasto ma układ z gwiazdami”. „Kontrakt metafizyczny” – uśmiecham się. „Ototo”.
Do Rudej: „A byłaś u smoka?”. „Nie!” – Ruda z lękiem. „A pani?” – zaczepił. „U, nie raz”. „Jak to?” – Ruda do mnie. „Z tobą nie. Sama tak. I kilka razy we śnie”. On do Rudej: „Nie bój się”. Do mnie: „Myślę, że ta cała aura to od smoka”. „Miasto smoka”. „Stąd wieczorna poświata. Od ognia, spod ziemi”. „Światełko wędrujące między blachą a łuską”. „Tak”.
Nie jadę po udar
Drakoński upał, niedziela przesileń. Stoję na przystanku tramwajowym przy Spacerowej. Podchodzi staruszka: „Lekarz mi zabronił wychodzić wyżej dwudziestu pięciu stopni”.
„To się pani nie posłuchała – uśmiecham się – mamy ze czterdzieści”. „Wiem, jestem niegrzeczna, ale nie mam innych rozrywek. Jak się ma dziewięćdziesiąt lat, można się tylko wystawić na upał”. „Eee, da się jeszcze ryzykować inaczej”. „Że ja? Ma pani jakieś pomysły?”. „Nie wiem, telewizja?”.
„A da pani spokój! W porównaniu z większą częścią świata nie mamy problemów”. „Też prawda”. „A z takim upałem można się ścigać”. „Żeby tylko pani…”. „…nie wylądowała na SOR-ze? Nie zamierzam. Nie jadę po udar. Chcę kupić dzieciom lody”. „Aha”. „Moja wnuczka zmarła. W maju, na raka. Od maja zmagam się z tym, że ja jeszcze. Ona nie”. „Jasne”. „Raz rodziłam, ona trzy razy. Takie chucherko”. „Uhm”. „To ja teraz walczę, chociaż tak. Jej to po nic. Ale muszę temu słońcu pokazać pięść, muszę. Wiem, że to dziwne”. „Wcale nie”.
Proszę to przemyśleć
Folder Inne wspiera: „Szanowna Pani, posiadam refleksję po lekturze. Pani książka ma temat na pewno tak zwany ważny. Biedna mama z chorym dzieckiem. Za pewne dlatego postanowiła Pani coś napisać. Jednak nie umie Pani zrezygnować z »ja« co, jest problemem kobiet. W męskich wspomnieniach tego nie mamy. Proszę przemyśleć przemianę” [pisownia oryginalna – przyp. red.].
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





