Ekonomia tłumu

Przerzucenie odpowiedzialności finansowej na fanów w czasach, w których słuchacze nie chcą już płacić za nic, brzmi jak tani żart. A jednak internetowy mecenat zbiera obfite żniwo. Także w Polsce.

26.06.2012

Czyta się kilka minut

Koncert Amandy Palmer podczas 31. Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, 20 marca 2010 r. / fot. Michał Poloch / Reporter
Koncert Amandy Palmer podczas 31. Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, 20 marca 2010 r. / fot. Michał Poloch / Reporter

Mechanizm jest prosty. Twórca określonego projektu prosi o pomoc w jego realizacji, oferując w zamian odpowiednie wynagrodzenie. W przypadku klasycznych przedsięwzięć jest to najczęściej finalny produkt akcji przeprowadzonej przy wsparciu społeczności. Na taką zapłatę przystało na przykład 70 tys. inwestorów, którzy wspomogli pomysłodawcę Pebble – zegarka wyposażonego w czytnik E-Ink, umożliwiający wyświetlanie e-maili, sms-ów czy nazwiska dzwoniącego. Akcja zakończyła się spektakularnym sukcesem – projekt zarobił ponad 10 milionów dolarów, bijąc rekord zbiórek.

Podczas gdy w mediach wciąż komentowano sukces Pebble, internetowy portal „Kickstarter” dostarczył nam kolejnego rekordu. I nawet jeśli przyzwyczailiśmy się już do spektakularnych debiutów w dziedzinie technologii i komunikacji, nad bezprecedensowym sukcesem Amandy Palmer trudno przejść do porządku dziennego. Amerykańska wokalistka przeprowadziła wśród internautów zbiórkę funduszy na swoją nową płytę. W ciągu zaledwie trzydziestu dni na jej konto wpłynęło 1,2 mln dolarów. Aby osiągnąć tak zawrotną sumę, Palmer musiała jednak zaktywizować swoich fanów niecodziennymi gratyfikacjami. I tak, aby otrzymać nową płytę wokalistki, należało wpłacić 25 dolarów, okrągłe pięć tysięcy, by podziwiać jej koncert we własnym mieszkaniu, a dwukrotność tej sumy, by zjeść z nią kolację i otrzymać portret jej autorstwa. Jak widać, chętnych nie brakowało.

STRĄCENI Z PIEDESTAŁU

Rosnąca popularność crowdfundingu (tak się nazywa ów sposób zbierania funduszy) to nie tylko niespodziewana deska ratunku dla tonącego przemysłu muzycznego. Ten internetowy mechanizm pokazuje rewolucję, jaka następuje w stosunkach pomiędzy twórcami i ich odbiorcami.

– Fan starego typu to osoba, która podziwia swoją ulubioną gwiazdę z daleka, w tym zaś przypadku mamy do czynienia z silną relacją pomiędzy wspierającym a artystą – mówi Piotr Cichocki, antropolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – Przełamany zostaje podział wytworzony przez mass media i wielki przemysł muzyczny. Nowa idea wpisuje się w model celebrytów, którzy są coraz bliżsi zwykłym ludziom. Zrywamy z figurą gwiazdy, która tkwi gdzieś na piedestale – dodaje.

Wydaje się, że zanikanie granicy pomiędzy światem sztuki a światem jej odbiorców jest nieuniknione, z kilku powodów. Przede wszystkim media społecznościowe sprawiły, że każdy artysta jest dziś niemal na wyciągnięcie ręki. Po drugie – no cóż – w czasach muzycznej nadpodaży to twórca musi wykonać ten pierwszy krok. Wie o tym Radek Łukasiewicz z zespołu „Pustki”. Grupa przymierza się właśnie do nagrania nowej płyty i prosi fanów o finansowe wsparcie. W zamian za nie „Pustki” oferują drugą, rarytasową płytę i imienne podziękowania w książeczce.

– Ludzie są przyzwyczajeni do tego, że rynek walczy o klienta, i to się dzieje również w świecie muzyki – przyznaje Łukasiewicz. – My chcemy podejść w ten sposób do fanów. Staramy się jednak, by nasza akcja miała też wymiar artystyczny i wspólnotowy. Czytając książeczkę, nasi fani dowiedzą się, kim są, ilu ich jest, czy są wśród nich jacyś znajomi... Akcja „Pustek” to także próba ożywienia sentymentu za ekskluzywnością, fanklubami i grupami wtajemniczonych. Jej uczestnicy jako pierwsi będą dowiadywać się o postępach zespołu, oglądać filmiki ze studia czy – wreszcie – trzymać gotową płytę w dłoniach. Oczywiście, jeśli tylko znajdzie się ich dość wielu.

RZECZY SĄ NUDNE

Gdy „Pustki” zbierają fundusze na następcę albumu „Koniec kryzysu”, inny polski zespół może pochwalić się już albumem wydanym za pieniądze swoich fanów. Krążek międzynarodowego trio Très.B „40 Winks Of Courage” trafił na sklepowe półki w całym kraju, a wraz z nim lista tych, którzy się do tego przyczynili.

– Płyta jako taka nikogo już nie obchodzi – przyznaje Misia Furtak, wokalistka zespołu. – Musisz dać coś ekstra, bo ludziom zależy, aby być w elitarnym gronie posiadaczy takiego rarytasu. Nie chodzi o muzykę, bo tę zawsze można sobie ściągnąć z internetu. Chodzi o doświadczenia, o przeżycia, o wartość dodaną, bo za to płacimy chętniej niż za przedmioty.

Taka filozofia tłumaczy rosnącą popularność wydań deluxe, które pomimo zawrotnych cen wciąż znajdują swoich fanów. Jeśli spojrzymy na popularność projektów crowdfundingowych przez pryzmat oferowanej w ich ramach ekskluzywności, szybko okaże się, że będą rozwijały się one niezależnie od trendów w sprzedaży płyt. Tłoczony na przemysłową skalę produkt nie ma nic wspólnego z ładunkiem emocjonalnym towarzyszącym takiemu wydawnictwu. Właśnie to zaangażowanie jest największym kapitałem, jaki wnosi wspierający akcję.

– Najbardziej wartościowe są te osoby, które rzeczywiście czują się częścią projektu – mówi Karol Król, twórca portalu crowdfunding.pl. – Dla takich ludzi trzeba jednak wymyślać specjalne nagrody, najlepiej niematerialne, bo one mają największą wartość. Pozwalają osiągnąć coś, co do tej pory pozostawało w sferze marzeń.

Plusy takiej sytuacji są niezliczone. Przede wszystkim zaproszenie fana do studia czy umieszczenie jego nazwiska w napisach końcowych filmu nie kosztuje artysty ani grosza. Ważne jest również to, że taki rozentuzjazmowany fan nie musi kalkulować. W przeciwieństwie do rynkowego inwestora, nie musi podliczać słupków i sprawdzać, czy takie zaangażowanie jest dla niego opłacalne. Nic więc dziwnego, że na podobne praktyki mogliśmy trafić jeszcze w czasach „przedinternetowych”, i to niekoniecznie w kulturach przodujących w nowych technologiach.

– Na przykład gwiazda muzyki kongijskiej, Papa Wemba, zbierał zamówienia na imiona, które ma wyśpiewać podczas rejestrowanego koncertu – opowiada Piotr Cichocki. – Za taki zaszczyt można było zapłacić gotówką albo ubraniem. I jeśli ktoś podarował mu garnitur Dolce & Gabbana, mógł być pewien, że usłyszy pozdrowienia pod swoim adresem na wydanej później płycie.

REGULOWANE PRZED WOJNĄ

Crowdfunding jest pewnego rodzaju hybrydą. Łączy w sobie przedsprzedaż, zbiórkę na tacę i sprzedaż cegiełek.

Niejednoznaczny charakter takiego finansowania powoduje, że polski system prawny nie potrafi się z nim właściwie obejść. Tak jak z wieloma innowacyjnymi przedsięwzięciami zainicjowanymi przez społeczność internetową. Obecnie crowdfunding tkwi w jednym worze ze zbiórkami publicznymi, które reguluje ustawa z 1933 r.

– Tak naprawdę one mają bardzo niewiele wspólnego. Przecież w przypadku zbiórek nie oferuje się żadnego świadczenia zwrotnego – tłumaczy Karol Król. – Dążymy do tego, aby była względna dowolność zbierania środków przez internet. Nie mówimy o pełnej deregulacji ustawy, bo to sprawiłoby, że na ulicach Warszawy każdy kwestowałby z puszkami: jedni zbieraliby na zwierzęta, drudzy na dzieci, a trzeci na siebie.

Polskie Towarzystwo Crowdfundingu przygotowuje więc projekt ustawy, która uwalniałaby takie zbiórki w internecie. W tym momencie każda z nich jest zagrożona pozwem. Do sądu można trafić po interwencji Komisji Nadzoru Finansowego, Urzędu Skarbowego, a nawet Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Przekleństwo crowdfundingu jest zarazem jego ratunkiem. W przypadku tak nieostrego pojęcia łatwo uniknąć zarzutu o łamanie prawa.

– Trzeba do tego mądrze podejść, bo inaczej nie obejdzie się bez kary, przynajmniej w Polsce – tłumaczy Misia Furtak. – My zrobiliśmy crowd-funding, ale w formie przedsprzedaży, bo ludzie kupowali płytę i wstęp na koncert pół roku przed premierą. Jeśli się zna przepisy, to wydaje mi się, że można sobie z tym poradzić.

Jest jednak szansa, że za jakiś czas można będzie zbierać fundusze przez internet bez nadmiernego kombinowania.

– Chcemy zgłosić obywatelską propozycję uregulowania tej kwestii, tak aby system był szczelny, ale jednak dostępny – tłumaczy Karol Król. – Rozmawiamy o tym z politykami, a oni dyskutują między sobą. Spodziewam się jednak, że trochę to jeszcze potrwa.

Bez zmian w prawie uprawianie crowdfundingu nie ma sensu. Przecież nie po to zwracamy się z prośbą o pomoc finansową, aby z tych pieniędzy opłacać najlepsze kancelarie. Na szczęście docierające z Wiejskiej sygnały pozwalają wierzyć w pomyślny obrót spraw. Zwłaszcza że crowdfunding to nie tylko szansa dla artystów zmęczonych życiem pod dyktando wytwórni, lecz także dla fundacji i organizacji charytatywnych.

Analitycy informują, że w samym tylko 2011 r. za pomocą crowdfundingu zebrano na całym świecie około 1,5 miliarda dolarów. W tym roku przewiduje się podwojenie tych przychodów. Tym bardziej że w kwietniu Barack Obama podpisał dokument legalizujący taką formę zbierania pieniędzy. Warto się jednak zastanowić, czy wzrost popularności akcji crowdfundingowych nie obniży czasem ich ekskluzywności. W końcu – ile wieczorów można spędzić na kolacjach z gwiazdami rocka?

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz i krytyk muzyczny, współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Autor książki „The Dom. Nowojorska bohema na polskim Lower East Side” (2018 r.).

Artykuł pochodzi z numeru TP 27/2012