ANNA GOC: Podobno w Rzeczpospolitej przedrozbiorowej najbogatsi byli krakowscy biskupi.
Kamil Janicki: Ich majątek znacznie przewyższał te, które gromadzili prymas i pozostali biskupi. Jednak w dawnym katolicyzmie było normą, że biskupi mieli duże majątki. Wyjątkowość Rzeczpospolitej polegała na tym, że biskupów było mało, zaledwie siedemnastu. We Francji było ich 135, we Włoszech sporo ponad dwustu. Po drugie, nasze diecezje – wileńska, gnieźnieńska, krakowska – należały do największych w Europie. To sprawiało, że koncentracja majątku była gigantyczna.
Obliczasz, że wszyscy biskupi mieli roczny przychód, który stanowił jedną dziesiątą przychodów Pierwszej Rzeczpospolitej.
Tak, choć to porównanie i tak nie mówi wszystkiego, bo odnosi się do przychodów państwa dopiero z samego schyłku XVIII wieku, gdy faktycznie zaczęto reformować system podatkowy, zbierać fundusze potrzebne chociażby na armię. Wcześniej dochody episkopatu mogły się równać całym wpływom skarbu królewskiego, nadwornego.
Dokładne sumy nie są łatwe do określenia. W przypadku biskupów krakowskich było to pewnie średnio sporo powyżej 50 milionów naszych, dzisiejszych złotych rocznie. W tym samym czasie król Zygmunt III Waza zapożyczał się u warszawskich mieszczan, by jego dworzanie nie głodowali.
Skąd te ogromne majątki krakowskich biskupów?
Zyski pochodziły głównie z uprawy ziemi. Praca rolna opierała się, podobnie jak w przypadku świeckich zarządców, na obowiązującej wtedy pańszczyźnie. Biskupi krakowscy mieli 12 miast i 260 wsi. Zarabiali też na prawie do produkcji i sprzedaży alkoholu, także na prowadzeniu karczm. Nikogo to jednak nie gorszyło.
Majątek ten obejmował też cenne gałęzie przemysłu. W materiałach źródłowych można znaleźć wybiórcze informacje, że zyski z 40 proc. żelaza, które przechodziło przez komory celne, wpływały do skarbca jednej osoby – biskupa krakowskiego właśnie. Mieli też ogromny udział w produkcji szkła, które było wtedy towarem luksusowym. Tylko w Kielcach biskupi krakowscy mieli dziesięć hut szkła.
Nawet zamek królewski w Warszawie miał w oknach zamiast szyb arkusze papieru nasączone tłuszczem. A pałace biskupie – wszystkie oszklone okna.
Wielki majątek biskupów krakowskich nie był jednak majątkiem kościelnym, czyli diecezjalnym, tylko ich własnym.
Nie rozumiem.
Kiedy zaczynałem pracę nad książką „Dziesięcina”, nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, jak działał system beneficjalny. O tych mechanizmach niezwykle rzadko się pisze, a co dopiero je objaśnia. W Rzeczpospolitej przedrozbiorowej nikt wyżej postawiony nie pobierał pensji w Kościele. Proboszcz, nazywany wtedy plebanem, a także biskup dostawali majątki w stały zarząd, de facto dożywotnio. Wszystko, co zarabiali, to były zasadniczo kwoty do ich prywatnej dyspozycji. Nawet gdy biskup miał setki wsi, dochody z nich nie służyły kultowi, oprawie wiary, ale utrzymaniu jednego człowieka.
Majątki zresztą nie pochodziły dosłownie od Kościoła, ale od patronów, ludzi, którzy sfinansowali dany urząd. W większości przypadków takim patronem był szlachcic, który pierwotnie ufundował na przykład organizację parafii.
I komu wtedy podlegali księża?
Administracyjnie pleban podlegał niby biskupowi, ale biskup niemal nie był w stanie go usunąć z parafii. Jedyną osobą, która mogła pozbawić go możliwości pełnienia posługi, był jego świecki patron.
Na tym systemie opierał się cały ówczesny Kościół. Dominował patronat prywatny – świeckich, najczęściej wysokiej szlachty. Jeśli pleban dobrze żył z patronem, czyli lokalnym szlachcicem, mógł zarządzać majątkiem, który od niego dostał, wedle uznania. Pobierał daniny, posiadał kilka rodzin chłopów pańszczyźnianych. Przed nikim się nie rozliczał, nikt go nie kontrolował. Był bardzo niezależny.
Co biskupi robili ze swoimi majątkami?
Sporo wydawali na utrzymanie dworów i pałaców. Biskup był uznawany za dygnitarza, należał do najpotężniejszych osób w państwie i w związku z tym, jak twierdzono, miał swoje potrzeby. Nikt z tym nie dyskutował. Rzadko się zdarzało, by biskupi za swoje wystawne życie byli krytykowani.
Samo utrzymanie dworów i pałaców kosztowało – trzeba było je remontować, ale także wystawnie między nimi podróżowano. Pięknymi karocami, w wiele koni, z obstawą drabantów. Biskup zwykle nie miał jednego pałacu, tylko kilka. Każdy mógł w swoim luksusie dorównywać królewskiemu, albo go przewyższać. Ale o tych siedzibach wciąż wiadomo niewiele, nie prowadzono dokładnych badań nad dworami biskupimi.
W jakich dokumentach mogły się zachować te informacje?
W księgach rachunkowych. Część z nich istnieje i zostały przejrzane, choć w PRL-u i na polityczne zamówienie. Badano szczegółowo księgi prymasów u schyłku XVIII w. Źródła są więc poniekąd dostępne, choć po łacinie. Biskupi używali języka polskiego niechętnie.
Tym, co zaskakuje, zwłaszcza gdy mówimy o tak dużym majątku, jest decentralizacja władzy w ówczesnym Kościele.
Decentralizacja władzy była konieczna, bo nawet jeśli w Rzymie zapadły decyzje dotyczące biskupów z Rzeczpospolitej, to musiały minąć tygodnie, aby te do nich dotarły. Biskupi cieszyli się ogromną niezależnością. I nie byli wybierani przez papieża. Istniała co prawda fikcyjna procedura, zgodnie z którą kapituła katedralna wyłaniała kolejnych hierarchów, ale w rzeczywistości wybierała ona kandydata wskazanego wcześniej przez głównego patrona w kraju, czyli króla.
Podobnie było w całej Europie?
Nie byliśmy w tym wyjątkiem. Jednak w innych krajach system ten sprawiał, że hierarchia kościelna była narzędziem w rękach władzy. We Francji biskupi byli reprezentantami króla, potężnymi urzędnikami państwa. U nas król wprawdzie mianował biskupów, jednak władza królewska była słaba, monarsze skarbce puste, a sami królowie – bezsilni. W efekcie mianowani przez nich biskupi nie musieli się słuchać, sami mieli ogromne wpływy.
I włączali się w politykę.
Biskupi pełnili najważniejsze funkcje państwowe, z samego urzędu. Wszyscy nie tylko należeli do senatu, ale też uznawano ich za czołowych członków tej izby parlamentu. Prymas był jej przewodniczącym, występował zawsze przy królu. Ogółem właściwie żadne decyzje państwowe nie mogły wejść w życie, jeśli nie uzyskały aprobaty hierarchów.

Arcybiskup występował nierzadko w roli proboszcza rodziny królewskiej. Biskup był też jednym z dwóch kanclerzy, bez pieczęci którego decyzje króla nie miały mocy. Mieliśmy udokumentowane przypadki, gdy obu kanclerzy nie uznało aktów tolerancyjnych dla innowierców, więc te nie weszły w życie. Król od ich decyzji nie mógł się odwołać.
Dodajmy: biskupi w dawnej Polsce nie zajmowali się zwykle sprawami wiary i wiernych.
Ksiądz Jan Kracik, historyk, oceniał, że dawna religijność była utylitarna. Po napisaniu „Dziesięciny” ująłbym to może nieco inaczej – była zwłaszcza transakcyjna. Bardzo wierzono w taką czysto liczbową skuteczność ofiar, modlitwy, praktyk kultowych. Akt okazywał się ważniejszy od stojącej za nim myśli.
W konsekwencji uważano, że modlitwa jednej osoby jest mało skuteczna, lepiej, jeśli w jednej intencji modli się kilkadziesiąt osób. Dlatego na przykład biskupów nie krytykowano za skupianie się na sprawach doczesnych, na polityce, zarządzie majątkami. Modlitwami w ich imieniu zajmowali się przecież ludzie do tego wyznaczeni.
Czyli kto?
Inni księża. Zresztą tu nie chodzi tylko o biskupów. Wtedy bardzo obawiano się długiego, trwającego nawet stulecia pobytu w czyśćcu. Skrócić ten czas mogła modlitwa, a im więcej osób się modliło, tym skuteczniej. Zdecydowaną większość urzędów kościelnych zajmowali więc ludzie, którzy modlili się albo za doczesną pomyślność, albo za dusze innych – biskupów, szlachciców.
Udokumentowana jest historia jednego z prymasów, który powołał kolegium księży mających się modlić za jego duszę. Skłócił się jednak ze swoim następcą i ten po jego śmierci ograniczył liczbę modlących się księży o połowę.
Równocześnie biskupi uczestniczyli w wyzysku chłopów, na równi ze szlachtą.
Zyski Kościoła opierały się na pracy rolnej, a ta na pańszczyźnie. Majątki należące do kleru niewiele różnią się pod tym względem od tych świeckich.
W wieku XVI kapituła krakowska wydała decyzję, by nie stosować kar cielesnych wobec chłopów. Ale już wkrótce potem zarządcy chcieli przywrócenia dawnych zasad, bo chłopi, których nie mogli karać cieleśnie, nie chcieli pracować. Bojkotowali pracę, która ich wyniszczała, za którą nie płacono. Eksperyment był krótki, kapituła wycofała się ze swojej decyzji.
Pytanie, które z dzisiejszej perspektywy mogłoby brzmieć – jak Kościół mógł popierać pańszczyznę i niewolnictwo chłopów? – nie było wtedy zadawane. Elementem nauczania katolickiego było to, że Bóg podzielił ludzi na tych, którzy rządzą, i na tych, którzy są zarządzani. Pobożnością było zaakceptować swoją rolę w społeczeństwie.
Kto mógł zostać plebanem?
Osoba, którą wybrał patron, czyli na ogół szlachcic. Żeby zostać księdzem, potrzebna była prowizja. Czyli nominacja ze strony patrona, który sfinansował urząd. Biskup tylko taki wybór przyklepywał. Można powiedzieć, że organizacyjnie nie było jednego Kościoła, ale tysiące urzędów kościelnych, które stworzyła szlachta.
Co na to biskupi?
Teoretycznie mieli narzędzia, by odmówić wyświęcenia księdza wskazanego przez patrona, ale jeśli się na niego nie zgodzili, parafia pozostawała pusta.
Świecki patron przekazywał ziemię na budowę kościoła, finansował ją i oddawał środki na utrzymanie parafii i plebana. Patron nakazywał też poddanym chodzić na msze, do spowiedzi. Dbał, by chłopi byli posłuszni. Najpotężniejszymi osobami w oddolnym Kościele nie byli więc biskupi, prymasi, kanonicy – tylko patroni.
Co zyskiwali?
Nie był to z ich strony dar dla Kościoła. Raczej dwustronna umowa. Oczywiście zyskiwali to, że pleban i wierni modlili się za ich dusze – za życia i po śmierci. Ale kontrolowanie urzędu przynosiło też ogromne codzienne korzyści, prestiżowe i praktyczne. Pleban pomagał kontrolować poddanych, kazał im spowiadać się za źle odrobioną pańszczyznę, groził karami boskimi za kradzież z folwarcznej stodoły. Stępiał pragnienie buntu.
Jakie były zależności między klerem a szlachtą?
Jeśli prawie wszystkich księży na urzędach i to każdej rangi, od plebanów po biskupów, powoływali patroni, to nie mamy dwóch grup: duchownych i szlachty, tylko mamy szlachtę i szlachtę w sutannach.
Nie ma między nimi sprzeczności interesów?
Jeśli są kłótnie, to przypominają raczej te w rodzinie. Parafia, która należała do szlachcica, była mauzoleum jego przodków. Na ścianach były ich portrety, w podziemiach krypta ze szczątkami. Puszka z eucharystią miała jego herb szlachecki. Pleban czekał z rozpoczęciem mszy, aż pojawi się patron, który miał swoją ławkę. Nikt nie mógł wyjść z kościoła, dopóki ksiądz nie podszedł do patrona, a ten nie ucałował jego stuły.
Jednak do parafii przychodziły też inne rodziny szlacheckie, spoza rodziny patrona, i wtedy musiały w istocie uklęknąć także przed cudzym herbem. Jeśli ktoś był sceptyczny wobec majątku kościelnego, to właśnie ci, którzy nie mieli własnych parafii, nie kontrolowali żadnych urzędów.
Trzy dekady po wystąpieniu Marcina Lutra, w połowie XVI w., zebrał się Sobór Trydencki. Pojawiły się pytania o odpowiedzialność kleru za odchodzenie ludzi z Kościoła.
Nie zdajemy sobie sprawy, że wtedy w Europie Kościół katolicki stał na krawędzi upadku. W Italii, gdzie były stare struktury kościelne, ryzyko, że patroni zewnętrzni mogli zmienić zdanie co do użycia dóbr kościelnych, było mniejsze. Natomiast na północ od Alp przed Soborem Trydenckim już 40 proc. ludności to byli protestanci. W Rzeczpospolitej większość szlachty dalej była katolicka, ale wśród tej najwyższej i najbogatszej zaczynali przeważać innowiercy. Dobrze to było widać na sejmach.
Głównym efektem tego soboru była decyzja o zwiększeniu kontroli wewnątrzkościelnej. A to dawało większą wiedzę o Kościele – i także dokumentację.
Jakich badań z historii Kościoła dziś brakuje?
Od upadku PRL-u, czyli przez ostatnie 35 lat, historia kościelna niemal nie była badana poza uniwersytetami kościelnymi. Nawet na Uniwersytecie Jagiellońskim nie ma katedry historii Kościoła, brakuje świeckich specjalistów w tym zakresie. W efekcie brakuje możliwości spojrzenia pozainstytucjonalnego, z zewnątrz, na pewne tematy. W tym brakuje badań, które pozwalałyby zrozumieć strukturę dawnego Kościoła i mechanizmy jego finansowania.
Źródła są dostępne?
Archiwa kościelne są niezwykle rozproszone, a część z nich jest niedostępna. To się poniekąd zmienia – na przykład kuria krakowska udostępniła bibliotekę cyfrową, choć oczywiście nie ma w niej wszystkich materiałów, na pewno doszło do selekcji.
Ponadto wiele z tych źródeł to rzeczy trudne do badania. Wymagają specjalistycznej wiedzy, przygotowania, interdyscyplinarnych zespołów. Podczas obowiązujących od Soboru Trydenckiego wizytacji w parafiach kontrolerzy zadawali po kilkaset pytań. I tak co kilka lat, w każdej parafii.
Przeglądałeś archiwa pod tym kątem?
W ograniczonym stopniu, to są naprawdę gigantyczne zbiory, wymagające lat analiz. Część na szczęście faktycznie już przewertowano i opracowano, są świetne analizy i zestawienia, do których można się odnieść. Choć oczywiście to opracowania na ogół wewnętrzne, kościelne. Nadal też nie do wszystkiego można uzyskać łatwy dostęp.
Opowiem anegdotę. Kilkanaście lat temu pracowałem nad książką o tematyce niekościelnej: o przedwojennych polskich prezydentowych. Maria Mościcka, druga żona Ignacego, przed śmiercią postanowiła, że wszystko, co zostało po mężu, odda na Jasną Górę. A zachowała wszystko, nawet jego kalesony. Dla mnie ta spuścizna była cennym źródłem. Ale o tym, czy historycy, w tym ja, będą mieć do nich dostęp, decydował wtedy jeden duchowny w jednej instytucji kościelnej.
Zgodził się?
Tak, pojechaliśmy na Jasną Górę z żoną. Przyjęto nas życzliwie, mogliśmy przejrzeć całe archiwum. Przy czym pozostawiono nas właściwie bez nadzoru. W jednej z teczek miał być dowód osobisty Mościckiego. Ucieszyłem się, chciałem zrobić zdjęcie do książki. Ale miejsce po dowodzie było puste, wyglądało, jakby dokument wyrwano. Jest więc pytanie, czy instytucje kościelne, które przechowują tak ważne materiały, mają do tego kompetencje. I co zalega w szufladach, do których nie mamy dostępu?

KAMIL JANICKI (ur. 1987) jest historykiem i popularyzatorem historii. Na platformie YouTube prowadzi kanał „Wielka Historia”. Autor licznych książek. Ostatnio wydał: „Wawel. Biografia”, „Cywilizacja Słowian. Prawdziwa historia największego ludu Europy”, „Średniowiecze w liczbach”, „Życie w chłopskiej chacie”. W tym roku w Wydawnictwie Poznańskim ukazała się „Dziesięcina. Prawdziwa historia kleru w dawnej Polsce”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















