Dzieci odebrały świadectwa. Dorośli dostali zadanie domowe

Szkołę trzeba wymyślić na nowo. Trzeba ją przebudować odważnie i radykalnie. I trzeba to zrobić natychmiast, a nic nie stoi na przeszkodzie, żeby światowa rewolucja zaczęła się właśnie w Polsce. 
Czyta się kilka minut
Szkoła przyszłości // il. wykonana z wykorzystaniem AI
Szkoła przyszłości // il. wykonana z wykorzystaniem AI

Z góry ustalony program nauczania i traktowanie uczniów jak armii klonów to przeżytki oparte na fabryczno-koszarowej logice z epoki druku. Jako takie nie mają racji bytu w dobie cyfrowych technologii. Miejsce dzienników (także elektronicznych), klas, sal i dzwonków jest w muzeum.

Ale nie miejsce szkoły, a już na pewno nie miejsce nauczycieli. Nauczyciel to praca przyszłości, a być może nawet ostatnia praca na świecie. Tak przynajmniej twierdzi amerykańska socjolożka Allison Pugh.

Nauczyciel to ostatnia praca na świecie

To mocna teza, zawarta już w tytule jej książki „The Last Human Job”.. Pugh pracuje na Johns Hopkins University, cieszącym się sławą najlepszej szkoły medycznej na świecie. To tam prowadzone są przełomowe badania nad nowymi lekami, innowacyjnymi procedurami operacyjnymi, szczepieniami i zdrowiem publicznym. Pugh także zajmowała się medycyną, tyle że ona przez lata z zainteresowaniem przyglądała się pielęgniarkom, doradcom czy kapelanom – wszystkim tym, których zadaniem było przede wszystkim towarzyszyć pacjentom w cierpieniu i, jak ujmuje to autorka, „widzieć w nich człowieka”.

Tą drogą badaczka doszła do zdefiniowania szczególnego rodzaju pracy, którą nazywa „pracą konektywną” (connective labour). Pojęcie to oznacza po prostu wspieranie relacji i budowanie środowiska, w którym ludzie pozostają ludźmi.

W sproceduralizowanym i materialistycznym świecie nowoczesnej medycyny praca ta była często niedostrzegana, a jej – ogromne! – korzyści dla pacjentów nie były tak oczywiste, jak rezultaty działania nowych leków czy wielogodzinnych operacji. Ale kiedy już Pugh rozpoznała i opisała ten specyficzny rodzaj wysiłku, zaczęła dostrzegać go w wielu miejscach.

W ten sposób jej uwaga przeniosła się na szkołę. To właśnie tam Pugh dostrzegła prawdziwe królestwo pracy konektywnej.

Szkoła uczy nas być ludźmi

Szkoła, obok przekazywania wiedzy, robi coś znacznie ważniejszego. Uczy nas być ludźmi. Nauczycielka czasem jest chirurżką, czasem zapisuje leki, znacznie częściej jednak jej zadania przypominają wyzwania doradcy, pielęgniarki albo duszpasterza. Musi przede wszystkim dostrzec w uczniu człowieka, z całą jego wyjątkowością, i nauczyć go widzieć człowieka w innym.

Być może dlatego od lat nie jesteśmy w stanie naprawdę odważnie i radykalnie pomyśleć o szkole przyszłości, że swoją uwagę kierujemy wyłącznie na obszar przekazywania wiedzy, ignorując znacznie ważniejszą „pracę konektywną”. 

Co ciekawe: zwrócenie uwagi na ten aspekt wcale nie oznacza odcięcia się od refleksji o nowej technologii. Przeciwnie! Wygląda na to, że droga do realizacji tej głęboko humanistycznej misji wiedzie, paradoksalnie, przez lepsze zrozumienie i mądrą adaptację błyskawicznie rozwijającej się technologii.

Poniżej przedstawiam cztery ważne osie napięć, wokół których w najbliższych latach decydować się będzie przyszłość szkoły (jeśli, oczywiście, odważymy się wreszcie na wymyślenie jej jakiejś przyszłości).

Po pierwsze: szkoła ma być jak Uber

Zacznijmy od najbardziej kontrowersyjnego pomysłu i miejmy to już za sobą. Otóż wierzę, że szkoła może się wiele nauczyć od… Ubera

Dużo mówi się o negatywnych skutkach rozprzestrzenienia się tego rodzaju platform internetowych. I słusznie! Nick Srnicek już 10 lat temu opisał najpoważniejsze związane z nimi zagrożenia w „Kapitalizmie platform”, a Shoshana Zuboff uzupełniła jego diagnozę w „Wieku kapitalizmu inwigilacji”.

Najpoważneiszy problem to prekaryzacja kolejnych zawodów (np. taksówkarza czy kuriera), czyli zmiana ich z etatów w dorywcze „fuchy” (ang. gigs) wykonywane ad hoc, bez poczucia stabilności. Zyski zgarnia platforma, koszty często ponosi cała społeczność – jak w przypadku mieszkań sąsiadów, wynajmowanych krótkoterminowo na Airbnb czy Booking.com. Do tego dodać można monopolizację całych sektorów gospodarki przez gigantyczne globalne podmioty i nadzwyczaj skuteczne unikanie płacenia podatków przez większośc korporacji.

W ten sposób wielcy stają się jeszcze więksi, a mali więdną w ich cieniu. Do tego dochodzą gigantyczne korpusy danych zbierane o użytkownikach oraz działanie aktywnych algorytmów, które już nie tylko przewidują nasze zachcianki, ale coraz zuchwalej je kształtują. Całość tych koszmarnych zjawisk nazywa się właśnie „uberyzacją” i stanowi przerażającą przestrogę przed kierunkami, w których rozwinąć się może również szkoła przyszłości.

A jednak gdzieś w sercu nawet najbardziej drapieżnych platform drzemie pierwotne dobro. Wszak wyrosły one z jednej z najgenialniejszych funkcjonalności „paleointernetu” – rozpoznania cudownej możliwości błyskawicznego kojarzenia popytu i podaży, jakie stwarza globalna sieć komputerowa. Przy czym popytem może być chęć kupienia używanego konika na biegunach albo pojechania na Żoliborz, ale też – co kluczowe z naszego punktu widzenia – głód wiedzy na dowolnie ezoteryczny temat. 

Dzięki internetowi dwóch ludzi może się dostrzec, spotkać i wymienić. To właśnie z tej potrzeby, a nie z pragnienia nieograniczonego zysku, narodziła się koncepcja internetowych platform. I właśnie do tej idei warto znów nawiązać.

Szkoła przyszłości jako platforma stawiałaby sobie za cel stworzenie najlepszego możliwego dopasowania między uczniem a nauczycielem. W rozmowie jeden na jeden albo w ramach dowolnie dużego audytorium.

Dziś usługę taką oferują platformy do lekcji dodatkowych i korepetycji działające obok systemowej szkoły, a czasem wręcz utrzymujące się z jej słabości. Czemu jednak nie mogłaby tak wyglądać szkolna codzienność? Dlaczego ciekawy świata młody matematyk nie miałby od czasu do czasu wymienić kilku zdań z inspirującym doktorantem z UW (lub Cambridge) albo ze specjalistą od ubezpieczeń, na co dzień wykorzystującym rachunek prawdopodobieństwa w budowie modeli ryzyka?

Swoją drogą, pewne rozmycie granic między nauczycielami i „nienauczycielami”, jakie przyniosłyby szkolne platformy, mogłoby dać fascynujące efekty. Jestem sobie w stanie wyobrazić niedaleką przyszłość, w której wybitni praktycy z różnych dziedzin chętnie dzielą się wiedzą w ramach szkoły, ponieważ przynosi to realne pieniądze, prestiż i szacunek w lokalnym środowisku. A jednocześnie nauczyciele wykorzystują swoje talenty także poza szkołą.

Warto podkreślić, że w tym obszarze technologia nie tyle daje szkole coś nowego, ile raczej pozwala jej na nowo odkryć swoje serce. Szkoła rozumiana szeroko – od żłobka po staże podoktorskie – była bowiem zawsze niczym innym jak platformą umożliwiającą spotkania ludzi, którzy mogą się wzajem czegoś od siebie nauczyć.

Po drugie: w szkole indywidualizacja ma uczyć współpracy

Szkoła przyszłości mogłaby więc wykorzystywać model platform. Także po to, by przekazywać materiał w tempie i formie maksymalnie dostosowanej do ucznia. Nie jest to koncepcja nowa. Pasjonaci matematyki od dwudziestu lat uczą się rachunku różniczkowego z prostych wideo na legendarnej Khan Academy, po czym we własnym tempie rozwiązują testy, odbywają powtórki i motywują się zdobywając punkty.

Większość platform i aplikacji do nauki (w tym nauki języków) wykorzystuje eksperymentalnie potwierdzoną i bardzo skuteczną technikę powtórek interwałowych (spaced repetition). To po prostu system fiszek powracających do nas w odpowiednich odstępach, dopasowanych do naturalnych mechanizmów zapamiętywania i zapominania. 

To technologiczna odpowiedź na niewygodny fakt, że ważną częścią nauki dowolnej umiejętności jest żmudne, mechaniczne powtarzanie. Ćwiczenie na instrumencie, rozwiązywanie coraz trudniejszych zadań, podnoszenie ciężarów albo czytanie filozofii.

Wszędzie tu pojawia się legendarna zasada „dziesięciu tysięcy godzin” spędzonych na ćwiczeniu w drodze do mistrzostwa, spopularyzowana przez Malcolma Gladwella

Zasada ta ma w sobie sporo prawdy, choć nie działa tak prosto. Nie wystarczy bezmyślne tłuczenie na autopilocie, co w odpowiedzi na książkę Gladwella wielokrotnie podkreślał odkrywca „dziesięciu tysięcy godzin”, K. Anders Ericsson – pionier badań nad „świadomym ćwiczeniem” (deliberate practice). W rzeczywistości ilość ma tu nie mniejsze znaczenie niż jakość (skupienie, staranność), kluczowa jest też struktura ćwiczenia i zachowanie motywacji, co specjalne aplikacje faktycznie mogą ułatwić dostarczając szybką informację zwrotną oraz zapewniając gamifikację doświadczenia. 

Niezależnie od wszystkiego – szkoła przyszłości musi uczyć dzieci także wytrwałości i konsekwencji, co podkreśla Paul Though, do którego koncepcji jeszcze w tym tekście wrócimy.

A więc długie godziny spędzone na pilotowanym przez algorytm odkrywaniu i powtarzaniu. Eksperymenty z wprowadzeniem takiego modelu do szkół są już zaawansowane, a pionierami, jakże by inaczej, okazali mieszkańcy Doliny Krzemowej. Np. organizacja Altitude Learning prowadzi już kilkanaście szkół opartych na tworzeniu przez uczniów „indywidualnej playlisty” do nauki opartej głównie na powtarzaniu interwałowym.

Wróćmy na chwilę do Allison Pugh, która w ramach badań do książki odwiedziła jedną z takich szkół. Wcale nie była zachwycona, gdy ujrzała uczniów siedzących w klasie całkiem oddzielnie. Każdy ze słuchawkami na uszach, każdy przechodzący własną ścieżkę „dziesięciu tysięcy godzin” do mistrzostwa, w samotności reagujący na kolejne sukcesy i porażki. Z drugiej strony uczniowie faktycznie byli mocno zmotywowani do poznawania wiedzy, a wybór indywidualnych kursów i projektów pozwalał im eksperymentować i rozwijać różne talenty.

Z punktu widzenia Pugh najważniejsze okazało się jednak to, że nauka w systemie indywidualnych powtórzeń interwałowych okazała się szybsza i znacznie mniej pracochłonna i dla uczniów, i – przede wszystkim – dla nauczycieli. Kluczowe było więc to, co z uwolnionym czasem będą robić obie strony. Jeżeli zaoszczędzony na nieefektywnym wkuwaniu czas zostanie wykorzystany na „pracę konektywną”, możemy odnieść podwójne korzyści!

Dlatego właśnie technologia musi zostać uzupełniona przez człowieka. Aplikacje usprawniają czyste przekazywanie wiedzy. Ale nie po to, by szkoła mniej czasu i uwagi poświęcała swej podstawowej misji łączenia ludzi. Przeciwnie – dzięki technologii więcej czasu nauczyciela i ucznia powinno zostać zwolnione na ich wspólną indywidualną pracę, długie rozmowy, ale też na projekty zespołowe i zabawę. 

Im więcej indywidualnego podejścia do ucznia, tym więcej szkoła powinna stwarzać przestrzeni do wspólnego spędzania czasu i poznawania świata: uczyć współpracy, komunikacji i rozwiązywania konfliktów. W szkole przyszłości więcej indywidualizacji dzięki technologii musi dać nam więcej „pracy konektywnej”, wykonywanej przez ludzi, dla ludzi i z ludźmi.

Po trzecie, kultura danych obędzie się bez biurokracji

Po trzecie: dane zamiast biurokracji

Obecnie tak się jednak nie dzieje. Na każdą zaoszczędzoną dzięki technologii godzinę dwie godziny zostają nauczycielom (a w konsekwencji uczniom!) skradzione przez biurokrację (na co Allison Pugh także zwraca uwagę). Formularze, tabele, rejestry i zgody przytłaczają „pracę konektywną” nie tylko w szkole. W dążeniu do obiektywizacji, zapewnieniu równych szans i zapobiegania kryzysom skręciliśmy w ślepy zaułek.

Nowe technologie powinny uwalniać nas od biurokracji, a nie generować ją. Mapowanie postępów ucznia, ocena edukacyjnej wartości dodanej w poszczególnych placówkach (a nawet klasach) – wszystko to może odbywać się coraz bardziej automatycznie, bez mnożenia zbędnej biurokracji.

Umożliwiłoby to wyjście z jednej z najbardziej ironicznych pułapek naszych czasów: dziś szkoła się nie uczy. Ani na błędach, ani na sukcesach. Tymczasem programy i metody nauczania muszą na bieżąco adaptować się do zmieniających się warunków i potrzeb, stawać się coraz sprytniejsze, ewoluować. 

Skoro stać nas, żeby robiły to algorytmy TikToka, odpowiedzialne za społeczną dystrybucję filmów o kotkach, to tym bardziej powinniśmy sprawić, by działały tak algorytmy odpowiedzialne za przyszłość naszego świata. W wojnie cyfrowej dyktatury z cyfrową demokracją musimy wreszcie solidnie dozbroić tych dobrych. Bez tego rebelianci nigdy nie wygrają z imperium.

Po czwarte: kanon jest potrzebny, ale musi się zmienić

To jeszcze chwilkę o danych. Jeśli zastanowimy się przez chwilę nad sposobem, w jaki przechowujemy nasze dane, z łatwością uświadomimy sobie gigantyczną zmianę, która niemal niepostrzeżenie zaszła w ciągu ostatnich dwóch dekad. W doświadczeniu użytkownika przeszliśmy od plików jednoznacznie przypisanych do pewnej lokalizacji do zbiorów danych błyskawicznie przeszukiwalnych z dowolnego miejsca, które możemy filtrować i sortować według różnych etykiet (tagów) czy słów kluczowych.

Nie muszę już pamiętać, w którym folderze zapisałem ten tekst, bo odnajdę go natychmiast, wpisując w okienko wyszukiwania „szkoła” albo „Allison Pugh”. Od folderów przeszliśmy do chmur. Od katalogów stron internetowych do Google’a. 

Ta zmiana wydaje mi się bardzo ważna dla szkoły, która pod wieloma względami naśladuje strukturę tego, czego uczy. Podział na oddzielne przedmioty, instytucja podręcznika, ale też koncepcja kanonu wymaga dziś przemyślenia na nowo.

Tak jak przyszłość uniwersytetu wiąże się z przełamywaniem granic między dyscyplinami, tak szkoła będzie musiała w najbliższym czasie zrezygnować z koncepcji uczenia biologii oddzielnie od fizyki, chemii czy historii. Nie potrzebujemy kompletnie nieżyciowych zadań o Asi, która kupiła trzy jabłka więcej niż Jaś, bo biologia, historia a nawet język polski dostarczają wystarczająco dużo rewelacyjnych okazji do zastosowania wszelkich narzędzi matematyki.

Na tym jednak nie koniec. W świecie bez folderów przeszukiwanie, agregowanie i interpretowanie danych, a także umiejętność krytycznego podejścia do nich, będą stanowić kluczowe kompetencje. Dlatego szkoła przyszłości musi uczyć nie tylko samej wiedzy, ale też umiejętności metakognitywnych, które w swojej książce „Jak dzieci odnoszą sukces?” opisuje wspomniany już przy okazji wytrwałości Paul Though. 

Informacja o tym, że „Słowacki wielkim poetą był” jest mniej istotna niż zdolność zadania pytania o to, po co w ogóle porównujemy poetów, jakie są możliwe kryteria estetyczne i do czego potrzebny jest kanon.

A skoro już o kanonie mowa – oto kolejne wyzwanie stojące dziś przed szkołą. W świecie zindywidualizowanej wiedzy, gdzie każdy uczeń może podążać za własną ciekawością, wciąż go potrzebujemy. Lektury, fakty, miejsca, daty i postaci, które wszyscy znamy, tworzą przestrzeń wspólną. Wyobraźmy sobie życie jako wielką grę w kalambury. Możemy się porozumieć i pokazać nowe hasła tym łatwiej, im więcej wspólnych punktów odniesienia mamy.

Oczywiście kanon warto modernizować, starych lektur nie trzeba czytać bezkrytycznie, a zakres tego, co „każdy wykształcony człowiek powinien wiedzieć” będzie się zmieniał. W świecie rosnącej polaryzacji i atomizacji potrzebujemy jednak wszelkich możliwych przestrzeni wspólnych. „Praca konektywna” wykonywana przez nauczycieli i szkołę polega także na budowaniu pewnej wspólnoty wiedzy.

Najbardziej radykalną formą odrzucenia kanonu są dziś głosy mówiące o tym, że w ogóle żadna wiedza nie jest już uczniom potrzebna, skoro wszystko mogą sprawdzić na Wikipedii albo spytać Chata GPT. Rzekomo powinniśmy więc uczyć wyłącznie wyszukiwania i analizy. To kompletne nieporozumienie! Posiadana już wiedza znacznie ułatwia przyswajanie nowej.

Po pierwsze, ucząc się uczymy się uczenia się. Choć brzmi to dziwnie (a w zapisie wygląda wręcz przerażająco), ta oczywista prawda stanowi z najcenniejszych drogowskazów dla szkoły przyszłości. Uczenie się jest rzemiosłem, w którym także osiąga się mistrzostwo przez tysiące godzin żmudnego ćwiczenia.

Po drugie, jak pokazują badania, posiadane informacje stanowią „rusztowanie” dla nowej wiedzy, przyspieszając jej przyswajanie i zapamiętywanie (np. dostarczając kategoryzacji czy analogii). Dlatego zdobywanie wiedzy, choćby nawet abstrakcyjnej, ma głęboki sens. Skoro jednak wiedza nudna i bezużyteczna nie ma w tym aspekcie żadnej przewagi nad fascynującą i przydatną, uczniowie szkoły przyszłości powinni zachować dużą swobodę w wybieraniu swoich ścieżek, choćby i najmniej uczęszczanych, o ile tylko będziemy w stanie zadbać, by się te ścieżki od czasu do czasu przecinały z drogami innych.

We wrześniu będzie za późno

Takich osi napięć wskazać można oczywiście znacznie więcej. Musimy np. zachować szacunek dla eksperckości i metody naukowej przy jednoczesnym wypłaszczaniu hierarchii (uczenie się wzajemne i „poziome”, a więc na linii uczeń-uczeń). Ważne jest budowanie ścian (szkoła jako bezpieczna przestrzeń) przy jednoczesnym burzeniu murów (szkoła musi się lepiej przenikać z życiem, także z życiem lokalnej wspólnoty). 

Szkoła przyszłości musi być „lisem” (realizować wiele zadań i funkcji), a zarazem „jeżem” (nie tracić swej jednej specjalności i sensu, jakim jest przekazywanie wiedzy i wychowywanie nowych pokoleń). 

Przedstawione w tym tekście pomysły mogą się okazać lepsze albo gorsze – ale stanowią zaledwie punkt wyjścia. Najważniejsze jest to, byśmy uwierzyli, że szkołę trzeba wymyślić na nowo i że jest to najważniejsze i najpilniejsze zadanie, przed jakim obecnie stoimy.

Niestety, zawsze jest jakieś usprawiedliwienie. Jakieś „jutro”, „nie teraz” albo „to nie takie proste”. Mamy przecież mnóstwo pilniejszych i poważniejszych wyzwań: wojnę, kryzys klimatyczny albo pandemię. To pułapka! 

Najwyższy czas uświadomić sobie, że jeśli we wrześniu poślemy nasze siedmiolatki do zupełnie innej szkoły, to za półtorej, najdalej dwie dekady nasze uniwersytety i szpitale, Sejm i Senat, fabryczne hale i drobne biznesy zaczną wypełniać się nowym pokoleniem talentów, które dostrzegą rozwiązania, a może nawet szanse tam, gdzie my widzimy tylko problem i zagrożenie.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł