Dobrze, bo pod prąd

Odchodzą. Ewa Demarczyk, Maria ­Janion, Henryk Wujec, Wojtek Karpiński, Andrzej Walicki, a teraz Ziuta.
Czyta się kilka minut
 / Fot. Maciej Zienkiewicz dla TP
/ Fot. Maciej Zienkiewicz dla TP

To jakby ktoś wykarczował przed domem stare drzewa. Były i nikt się nad tym specjalnie nie zastanawiał, a kiedy znikły, dom stał się mniej domem, pusta przestrzeń bije w oczy, boli i irytuje. Bo to szkoda nie do naprawienia. Nigdy już nie będzie tak jak wtedy, kiedy tu rosły. W ich cieniu były wytchnienie, spokój i ulga.

Pani redaktor, pani posłanka Józefa Hennelowa, pani Ziuta, pani Józefa, a dla mnie i dla wszystkich tu w redakcji Ziuta, niezależnie od różnych wydarzeń – Bliski Człowiek. Przedostatnia z żyjących redaktorów „Tygodnika Powszechnego” sprzed 56 lat, którzy wtedy przyjęli mnie do swego grona. Zostaliśmy dwaj: Stefan Wilkanowicz (lat 96) i ja, młodszy o dziesięć lat od Stefana.

Ten numer „Tygodnika”, już pełen pożegnań, w zasadniczej części został wysłany do drukarni, nim przyszła wiadomość o jej śmierci. O jej życiu, pracy dziennikarskiej, jej książkach i książkach, które redagowała, napiszemy za tydzień. Teraz – wspomnienia i impresje, z potrzeby serca.

Te dawne: Ziuta – dzieląca pokój z Mietkiem Pszonem – tocząca niezliczone spory, zawsze o sprawy najwyższej rangi. Pamiętam częste dyskusje z Tadeuszem Żychiewiczem, który w sporach bywał jadowity, wręcz morderczy. Ziuta zwykle była lepsza. Jej precyzyjna logika na ogół zapewniała jej zwycięstwo. I co z tego, jeśli – dość często – bez względu na wynik sporu zamykała się w tzw. kanciapie z łzami. Zdumiewająca podwójność: chłodny, przenikliwy umysł i emocje, które potem wypływały. Jej przewodnikiem był bezlitosny umysł, czasem jednak – w końcu jesteśmy tylko ludźmi – górę brały emocje.

Uwielbiali ją czytelnicy. Znający ją tylko z tekstów, ludzie różnego wieku, obojga płci przychodzili do niej po radę, pociechę i ratunek. Wiem, bo niektóre sprawy mi zlecała. Na przykład z jej polecenia kilka lat zajmowałem się biedną rodziną z kalekim potomkiem.

Ziuta była głęboko wierząca. Nie zapomnę niedawnych odwiedzin u niej z komunią świętą. Odchodziła z wiarą i nadzieją, co wyraziło się w radości, z jaką przyjmowała ten wiatyk, posiłek na drogę. Formację religijną zdobywała u wybitnych duszpasterzy w Wilnie, a w Krakowie u duszpasterza akademickiego Karola Wojtyły. Nie wiem, czy należała do paczki jego wychowanków, znała jednak tych ludzi i z niektórymi była w przyjaźni. Wojtyłę szanowała, ale nie wszystko od niego przyjmowała bezkrytycznie. Nie mogła np. wybaczyć mu słynnego listu na jubileusz 50-lecia „Tygodnika”. Była tak rozgoryczona, że nie chciała nawet skosztować papieskiego wina, które wtedy przywiozłem dla redakcji od biskupa Dziwisza. Nie była entuzjastką beatyfikacji Jana Pawła II i miała odwagę to powiedzieć. Uważała, że wyniesienie na ołtarze odczłowiecza. Święte obrazki, pobożne życiorysy zacierają ludzki wymiar świętego, a ten u Wojtyły był według niej najważniejszy. Dla Ziuty pójście pod prąd było czymś normalnym, oczywistym i... dobrym.

Była w Sejmie Rzeczypospolitej (1991-93). I ona, pasjonatka spraw rodziny i głęboko świadoma katoliczka, doczekała się w katolickich środowiskach opinii proaborcjonistki, choć po prostu sprzeciwiała się projektom ustaw przewidującym karanie kobiet za aborcję. Wiedziała, że czasem decyzja o utrzymaniu ciąży wymaga heroizmu, i głosiła, że prawo karne nie może nikogo do heroizmu zmuszać.


Czytaj także: Józefa Hennelowa: Teraz mam więcej pytań


Jej krytyczny umysł sprawiał, że omawiając na kolegium redakcyjnym ostatni numer pisma – a przez długi czas do niej należało inicjowanie dyskusji o wydanym numerze – zawsze umiała znaleźć wszystkie kiksy i błędy. Potem, na emeryturze, przestała publikować w „Tygodniku” cenione przez czytelników felietony. Pisała dla miesięcznika „Znak” i, od czasu do czasu, na stronie Klubów Tygodnika Powszechnego. W cyklu zatytułowanym „Tu i teraz” zdrowo nam niekiedy dokładała.

Nie bardzo się jej podobały zmiany zachodzące w „Tygodniku”, ale nadal się emocjonowała sprawami naszego pisma. I co piękne, nawet jeśli z kimś się nie zgadzała, to go nie skreślała, pielęgnując stare więzy przyjaźni. A jak już się naprawdę wkurzyła, to dzwoniła do redaktora z pytaniem: „o co chodzi?”. Starała się łączyć ludzi, a nie dzielić.

Ziuta należała do ludzi prawdziwie martwiących się stanem Kościoła. Jej przenikliwe sądy i nazywanie rzeczy po imieniu, często zresztą zniekształcane przez katolickie media – a także jej związek z „Tygodnikiem” – sprawiły, że w oczach wielu „prawdziwych katolików”, księży i świeckich, była wręcz zagrożeniem dla Kościoła. Musiało więc być dla wielu niezłym zaskoczeniem, kiedy 19 marca 2015 r., w 90. rocznicę urodzin, Józefa Hennelowa została przez Franciszka uhonorowana Orderem św. Grzegorza Wielkiego, najwyższym papieskim odznaczeniem. Wręczył je w kaplicy rezydencji arcybiskupiej kardynał Stanisław Dziwisz.

Odchodziła z tego świata powoli, nie poddając się utrapieniom starości. Sprawdzała obecność na dorocznych mszach za zmarłych redaktorów „Tygodnika”. Była obecna. Interesowała się wszystkim. Kiedy już nie mogła czytać, korzystała z pomocy lektora, niemal do końca pisała, a potem chyba nawet dyktowała felietony. Aż trudno uwierzyć, że jej nie ma. ©℗

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 35/2020