Dlaczego wolne media mogą zniknąć

Big techy zarabiają miliardy na redystrybucji nie swoich informacji, ale zyskami nie chcą się dzielić z tymi, którzy te treści tworzą.
Czyta się kilka minut
Czarne „jedynki” dzienników w dniu protestu mediów. 4 lipca 2024 r. // Fot. Dawid Wolski / East News
Czarne „jedynki” dzienników w dniu protestu mediów. 4 lipca 2024 r. // Fot. Dawid Wolski / East News

Wolne media były potrzebne obecnej władzy, gdy nagłaśniały przypadki łamania konstytucji przez Zjednoczoną Prawicę i zawłaszczania państwa poprzez żerowanie na jego finansach. Dziennikarze zrobili jednak swoje, więc mogą odejść: aż do następnych kłopotów tak „zatroskanych” o demokrację polityków obecnej ekipy. Kłopot w tym, że gdy one nadejdą, może nie być już do kogo się zwrócić. 

Naszym rządzącym się wydaje, że jak ludzie coś znajdą w guglu lub na fejsie, to sprawa wolności słowa i dostępu do wiarygodnej informacji jest już załatwiona. Niewielu się zastanawia, jaką fortunę gromadzą na redystrybucji nie swojej pracy tzw. big techy, i jak niewiele z tego tortu przekazują tym, którzy tak naprawdę tworzą wiarygodne i podnoszące świadomość obywateli treści.

Ludziom, którzy uważają, że kradzież bułki w sklepie to czyn godny napiętnowania, ale żerowanie na pracy dziennikarzy to już zupełnie co innego, mógłbym ten problem opisać tak. W dużej wsi kilku gospodarzy wykopało studnie, ale nocami zakrada się do nich cała miejscowość i ukradkiem podbiera wodę, śmiejąc się z frajerów, zamiast zainwestować we własne źródło niezbędnej do życia substancji, co przecież nie jest bardzo drogie. Mądrość przychodzi dopiero po szkodzie, gdy pewnego dnia okazuje się, że studnie są na wyczerpaniu i woda po prostu znika.

Po latach mozolnej walki o prawa wydawców Unia Europejska zorientowała się, że trzeba skończyć z tą absurdalną sytuacją, i nakazała państwom członkowskim wdrożenie dyrektywy DSM, dającej mediom prawo do wynagrodzeń od wielkich koncernów, które gromadzą na swych stronach potężny ruch i zarabiają dzięki niemu na reklamach – choć nie tworzą treści, po które czytelnicy na nie wchodzą.

Kłopot w tym, że polski Sejm w nowelizacji prawa autorskiego, która miała zaimplementować unijne wytyczne sprzed pięciu lat, zwalił na samych wydawców problem dogadania się z gigantami, znanymi na całym świecie z lekceważenia praw dużo silniejszych redakcji niż polskie. W niejednym kraju UE takie obowiązki przejęły na siebie instytucje państwa, świadome, jak ważną rolę dla demokracji odgrywają dziennikarze. U nas jednak, jak widać, posłowie przejmują się bardziej opinią „Silnych razem” niż tymi, którzy weryfikują to, co do nich dociera. Za chwilę ujrzymy, jaką świadomością wykaże się Senat.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 28/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Nie będzie wody w studni