Józek Tischner jest wciąż znany i czytany – zostawił po sobie tak wiele. Oczywiście i o nim napisano sporo. Są dziś specjaliści od Tischnera, opracowujący do druku jego pisma, interpretujący je. Nieobecny od ćwierć wieku, nie przestał być inspiracją.
Jak pisał? Nie byłem przy tym, ale fascynowało mnie to, co było przedtem. Przychodził do redakcji „Tygodnika”. Gadało się, gadało, a potem znikał i po jakimś czasie zaczynały się pojawiać jego teksty. A potem książka. Wiele książek. Sam mnóstwo rzeczy przeczytał, o wielu napisał. Ale nie był teoretykiem oderwanym od tego, co się dzieje. Jego pisma były z reguły rozmową z ludźmi mu współczesnymi. Powiedzmy wprost: były rozmową z polskością. Różnie ją diagnozował. Czasem potrafił nakreślić dla niej horyzont nadziei, jak w „Etyce solidarności”, a czasem zgłębiać jej przekleństwa, jak w „Chochole sarmackiej melancholii”.
Mam wiele wspomnień związanych z Józkiem. Kiedyś byłem na zimowisku duszpasterstwa akademickiego w Łopusznej. Zwykłe zimowisko: ważne były głównie narty i śnieg. Całkiem niespodziewanie w tym czasie w Łopusznej pojawił się Józek. Może z nudów, może kierowany innymi motywami, co dzień przychodził do nas. Razem szliśmy na nartach w góry, potem w chałupie toczyliśmy jakieś rozmowy, dość błahe. Żadnych poważnych debat. Ale ta nienarzucająca się obecność, choć tak zwykła, była jednocześnie niezwykle intensywna, ważna. Niewielu potrafi tak być z innymi.
Oczywiście, uwielbiał opowiadać anegdotki i dowcipy (góralskie). Opowiadał je świetnie, czasem się powtarzał, co zresztą nikomu nie przeszkadzało. Za to jeżdżenie na nartach było serio. Ale nie tylko ono. Osobliwością Józka była zdolność do bardzo poważnego traktowania przemyśleń, filozofii i wiary, przy jednoczesnej zdolności do kompletnego luzu. I jego przemyślenia bywały kontrapunktowane przykładami branymi ze zwykłego życia. Sam zresztą pomagał ludziom na Podhalu zaopatrywać się w nawozy i sprzęt rolniczy. Pomagał też ludziom psychicznie podłamanym. Już samo obcowanie z nim było kojące.
Jego droga życiowa nie była łatwa. Był wybitnie zdolny i pracowity, osiągnął poziom wiedzy nie dla wszystkich osiągalny, ale zazdrość czy inne emocje, nie bardzo wzniosłe, prowokowały niechęć ludzi, którzy sami nie mogli tego osiągnąć. Odporność na to u Józka była niezwykła, a ile go to kosztowało, on tylko wiedział. Jego pogoda nawet w chorobie budziła mój wielki szacunek. Ostatni tekst, który napisał (o Bożym miłosierdziu i siostrze Faustynie), jest ważnym świadectwem stanu jego ducha. Mało kto na coś takiego mógł się zdobyć.
Dzięki jego bliskim, rodzinie i przyjaciołom myślenie Józka Tischnera pozostało z nami. Miał odwagę myślenia samodzielnego. Nie udawał wcielenia wielkich myślicieli chrześcijańskich, którzy go wyprzedzili, ale też nie był z tych, którzy by granic starego myślenia nie przekraczali. Tischner mierzył je w zderzeniu z myśleniem współczesnym. W jego tekstach, owszem, można zauważyć fragmenty, w których nie zdołał znaleźć właściwych słów, pojęć, odpowiedzi, jednak idąc śladami wielkich współczesnych, otwierał dalsze ich ciągi, możliwe rozwinięcia i drogi. Mieliśmy niebywałe szczęście, żyjąc obok niego. On zaś miał szczęście, że obok niego byli ludzie, którzy też nie bali się myślenia. Czyli: nie bali się rozmowy. Czy jest dziś bardziej zużyte słowo niż „dialog”? Dla Tischnera dialog był powietrzem, bez którego każdy z nas i my wszyscy, jako wspólnota, dusimy się i konamy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















