Szukam inspiracji na pokój dla chłopca, który lubi koparki” – pisze jedna. „Tak wygląda pokoik mojej dwulatki” – chwali się druga, radząc się innej użytkowniczki, co o nim sądzi i co zmienić. Szukają rady, inspiracji, pochwały. I dalej: „Sama zaprojektowałam”, „Skąd ten dywanik?”, „Jak się nazywa ta komoda?”, „Czy sprawdza się wam ta biblioteczka?”.
Co może być bardziej neutralnego niż internetowa grupa, w której kobiety dyskutują o dekorowaniu pokoi swoich dzieci? Owszem, udzielają się w niej pracownicy firm wnętrzarskich, co chwilę nachalnie proponując swoje tapety lub tapicerowane łóżka, ale oprócz nich chyba nikt – poza najbardziej zainteresowanymi – nie ma tu czego szukać.
Tak myślałam, aż drugiego dnia po nalocie rosyjskich dronów na Polskę któraś wrzuciła pytanie: „Czy warto urządzać pokój dla dzieci, skoro ma wybuchnąć wojna?”. Z ciekawości zaglądam w komentarze, zwłaszcza że i tak stoję z wózkiem pod drzewem, chowając się przed przelotnym deszczem, a młoda śpi.
W komentarzach, oprócz pocieszeń i zgryźliwego dystansu, również stwierdzenia dezinformujące. Ktoś pisze: „Skąd wiadomo, czy to rosyjskie, czy ukraińskie drony?”. Ktoś inny: „Ale nie było naruszenia, to kolejna szopka, jak z covidem. Prowokacja”. Ta od porównania z covidem jest bardzo aktywna w dyskusji, a dołączyła do grupy dzień przed nalotem dronów.
Wydawało mi się, że nie bywam w internecie w przestrzeniach, gdzie mogłabym spotkać dezinformację, o której czytam w gazetach i raportach. Trzeba oddać moderatorom sprawiedliwość, że usunęli ten wątek. Gdy wieczorem zajrzałam sprawdzić, jak rozwinęła się rozmowa, już go nie było.
Eksperci nazywają to z fasonem i groźnie „wojną kognitywną”. Nazwę stworzyli autorzy raportu komisji ds. wpływów rosyjskich i białoruskich, opublikowanego na początku 2025 r. Ta odmiana wojny ma wpływać na percepcję wydarzeń oraz opinie i postawy Polaków. I jest to rodzaj niemilitarnej agresji. Deprecjonowanie Ukrainy, NATO i UE oraz pokazywanie zachodniej cywilizacji jako upadłej – to jej podstawowe narzędzia. Do tego dochodzi promowanie teorii spiskowych, zwłaszcza dotyczących zdrowia i szczepionek, by podważyć zaufanie publiczne.
Komisja ds. wpływów powołuje się na badania, według których „tylko nieco ponad 50 proc. populacji jest w stanie odróżnić w mediach prawdę od kłamstwa, jeśli ufa mediom społecznościowym. Nie ma przy tym różnic między kobietami a mężczyznami”. Straszne. Zwłaszcza że moce internetu rosną, wraz z pojawieniem się AI i możliwością tworzenia głębokich fałszywek. Ofiarą takich działań padają działacze ukraińscy w Polsce, w których usta wkładane są rzeczy, jakich nigdy o Polakach nie mówili.
Jeżeli używamy sformułowania „wojna kognitywna”, to dobrze byłoby mieć również narzędzia, by się w niej bronić. Narzędzia inne niż pukanie do bram firm technologicznych, które na nasze prośby i skargi odpowiadają bezosobowo, o ile w ogóle, a to, co zgłaszamy, zwykle okazuje się „nie naruszać standardów platformy”. Wiadomo skądinąd, że także przed ostatnimi zmianami, które jeszcze zmniejszyły nadzór, treści nie były wystarczająco moderowane, a platformy reagowały powolnie lub wcale.
Skoro jesteśmy na kognitywnej wojnie, to zarówno produkty Mety, jak i wolnościowy X są miejscem potencjalnego spotkania z wrogiem. Powinniśmy brać to pod uwagę jako zwykli użytkownicy, nawet z grup poświęconych dekoracji dziecięcych pokoi. Powinni brać to też pod uwagę dziennikarze i politycy, wciąż w dużej mierze żyjący na X i tam komunikujący się z wyborcami i sobą nawzajem.
Czy wobec realnego zagrożenia wojną kognitywną instytucjom europejskim uda się w końcu wymusić moderację platform na amerykańskich firmach?
Swoją drogą, jeśli ich celem jest dzielić i mącić poprzez osłabianie wsparcia dla Ukrainy, UE, wątpienie w siłę NATO i europejską cywilizację, to mniej lub bardziej przypadkowych sojuszników tej strategii jest w polskim życiu publicznym mnóstwo. Zarówno w nowych mediach, jak i starych.
A skoro o strategiach informacyjnych mowa, to jednak frapujące jest, że gdy jestem w Polsce, oba moje numery telefonu dostają komunikaty RCB przed każdą większą burzą. Jednak w feralny poranek po nalocie dronów milczały.
O tym, że lotnisko jest zamknięte, podobnie jak przestrzeń powietrzna nad Polską, dowiedziałam się, czekając na samolot przy bramce. I to nie od obsługi lotniska, lecz z gazety, do której zajrzałam z nudów, czekając na opóźniający się odlot. Obcokrajowczyni obok mnie nie miała pojęcia, dlaczego czekamy.
Walka z dezinformacją powinna też zakładać sposób informowania o tym, co się dzieje. Bo w kryzysie informacji powinno być więcej, a nie mniej, by w szczeliny komunikatów nie wkradały się wątpliwość, kłamstwo i plotka.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















