Czy nie czas na rachunek sumienia?

To była radość równie wielka jak niedowierzanie: dowiedzieć się, że naprawdę strajkujący stoczniowcy wpisali do postulatów - i to na jednym z pierwszych miejsc - ustawowe zagwarantowanie wolności słowa. Wartości, która przecież ludziom ciężkiej fizycznej pracy miała prawo wydawać się o tyle mniej ważna niż ich godność pracownicza, niż uczciwa płaca, niż naprawa krzywdy kolegów wyrzucanych z pracy bez najmniejszych podstaw.
Czyta się kilka minut

A jednak. Dawne dzieje “listu trzydziestu czterech", tak na pozór inteligenckiego czy studenckiego buntu - bez poparcia robotników - przeciw zdejmowaniu z afisza Mickiewicza - teraz w sierpniu ’80 przełożyły się błyskawicznie na wspólną sprawę, z chwilą gdy stało się jasne, że zamiast o “przerwach" czy “przestojach w pracy" należy pisać w gazetach i mówić w telewizji o strajkach i o postulatach strajkujących, o ich imionach, o nazwach ich zakładów. Wszystko między nami w redakcji a tamtymi odważnymi ludźmi stało się bliskie i wspólne. Zaczynając od natychmiastowego zrozumienia, że nasze słowo ma być przede wszystkim służebne wobec tego, co tam zaczyna się dziać.

To wszyscy pamiętamy: jak inaczej zaczęło wyglądać dziennikarstwo zaraz potem. Jak szybko przyszła ustawa, biorąca w ostre wędzidło rozpasaną cenzurę. Jakiego znaczenia nabierały same klamry znaczące ingerencje, które po pierwsze musiały zostać podparte uzasadnieniami, a po drugie tak naprawdę nobilitowały autora i artykuł, co stało się rychło rodzajem wyścigu: kto częściej i więcej zaprezentuje “ran" odniesionych w tym pojedynku z cenzorami. Zresztą prasa podzieliła się błyskawicznie na tę, która z ustawy nie korzysta, bo albo jej nie wolno (tytuły reżimowe), albo się boi - i na tę, mniej liczną, która chce, bo wreszcie wolno. Wspaniała transformacja organu wojewódzkiej PZPR “Gazety Krakowskiej" w najbardziej wiarygodny dziennik polski (zasługa niezapomnianego Macieja Szumowskiego). A potem jeszcze rozchwytywany “Tygodnik Solidarność"...

Wszystko to dziś prehistoria, którą zamyka jedna z pierwszych ustaw po przełomie wyborów ’89, dokonana jeszcze przez Sejm tzw. kontraktowy likwidacja Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Od tamtego czasu mamy wolność słowa i środków przekazu. A ponieważ obecnie coraz więcej słychać pytań o to, jaką wartość w dniu dzisiejszym ma dla nas wolność jako taka, wolność w każdym znaczeniu tego słowa, powinno paść także pytanie o wolność słowa (umownie, włączając w to wszystkie środki społecznego komunikowania). To nie jest oczywiście temat na felieton. To temat na wiele rozważań, które uwzględniać winny także taką czynność jak rachunek sumienia. To znaczy zdanie sobie sprawy z kosztów poniesionych i z meandrów, na jakie nasza wytęskniona wolność słowa zawędrowała. I podjęcie próby odpowiedzi, które koszty chcemy i winniśmy płacić, a których płacić nie warto, ponieważ sprawiają one, że upragniona wolność zamienia owe środki komunikowania w ich karykaturę, a nawet broń, nad którą nie zawsze zdoła się zapanować.

Są tu na pewno dwie oczywistości przedwstępne. Jedna czysto robocza: specyfika “słowa" o nazwie telewizja każe analizować i oceniać jej działanie w zupełnym oddzieleniu od wszystkich innych środków komunikowania. I druga oczywistość: wszystkie bez wyjątku siły i instytucje społeczne, od najbardziej wzniosłych i uduchowionych aż po całkowicie przyziemne, środków przekazu w swoim mniemaniu potrzebują jak powietrza i za nic nie zrezygnują z posiadania jak najszerszego na nie wpływu. Z czego wynika wiele morałów, niekoniecznie najbardziej pocieszających.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 36/2005