Reklama

Pierwsze ogniwo

Pierwsze ogniwo

04.09.2005
Czyta się kilka minut
W niedzielę 17 lipca 2005 r. z lubelskiego dworca PKP wyruszył z kilkunastoma pasażerami w niezwykłą trasę niezwykły wagon. 14 sierpnia dotarł do Gdańska - przez Warszawę, Poznań, Świnoujście, Szczecin, Zieloną Górę, Wrocław, Opole, Katowice, Kraków, Zagórz, Rzeszów, Kielce, Łódź, Białystok, Olsztyn. - Poprzez podróż przez całą Polskę chcieliśmy skonfrontować marzenia rewolucji, jaka miała miejsce 25 lat temu, z rzeczywistością 2005 r. - mówi Tomasz Pietrasiewicz, szef lubelskiego Ośrodka Brama Grodzka - Teatr NN. A także przywrócić pamięć o tym, że polski Sierpień zaczął się w Lubelskiem.
Piotr Karwowski pokazuje halę nr 1 w zakładach PZL (kiedyś WSK) Świdnik, gdzie zaczął się strajk
1

17 lipca 1980 r. stanął lubelski węzeł kolejowy. Ale tego dnia w Lublinie wszyscy już wiedzieli o protestach, bo Lubelski Lipiec 1980 roku rozpoczął się wcześniej: w Świdniku. Przez pierwsze dni mało kto jednak zdawał sobie sprawę z wagi wydarzeń.

Lubelski Lipiec prawie nie zaistniał w społecznej świadomości. - Lublin kojarzy się z Manifestem PKWN, z Unią Lubelską, niektórym z KUL. Ale nie z Lipcem ’80 - uważa Pietrasiewicz. Zresztą miasto nie za bardzo umie się chwalić swoją najnowszą historią.

A jest czym.

Pietrasiewicz przypomina, że w 1976 r. do Lublina przywieziono mały powielacz, na którym drukowano ulotki.

- Można przyjąć, że uruchomienie w Lublinie podziemnej drukarni “Spotkań" było w epoce PRL-u jednym z pierwszych tego typu działań i jednocześnie początkiem niezależnego ruchu wydawniczego: maszynę do pisania zastąpił powielacz - mówi Pietrasiewicz. - Powinniśmy nadać temu wydarzeniu uniwersalne znaczenie, odnoszące się do walki o wolne słowo w całym bloku komunistycznym.

Ale i tak Lubelski Lipiec z góry skazany jest na porażkę w batalii o pamięć z Polskim Sierpniem i z Gdańskiem.

Protesty zaczęły się w Świdniku. Najstarsi pasażerowie niezwykłego wagonu, który jechał z Lublina przez Polskę, mieli wtedy dwa lata. Większości nie było jeszcze na świecie.

Hala numer 1

- Tu się zaczęło - Piotr Karwowski pokazuje szary budynek hali numer 1 Państwowych Zakładów Lotniczych w Świdniku.

W tej hali były wydziały obróbki mechanicznej, narzędziowe, galwanizeria, polernia i ostrzalnia. Wśród wydziałów obróbki mechanicznej wydział 320. Właśnie on, obok zakładowej stołówki i legendarnego kotleta, stał się symbolem świdnickiego strajku.

Karwowski - 62-latek, w świdnickich zakładach od 1961 r. - dziś jest na świadczeniach przedemerytalnych. Śmieje się, że ostatnio dużo za aktora robi, bo przed rocznicą Lipca reporterzy szturmowali Świdnik. A on wie o swojej firmie wszystko. Gdy oprowadza po hali, podchodzą koledzy, witają się, a on sam nie wytrzyma, by nie zajrzeć do komisji zakładowej “Solidarności". Do związku należy cały czas; nie poszedł w politykę, jak wielu kolegów.

We wtorek 8 lipca 1980 r. w Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego - tak nazywały się wtedy świdnickie zakłady - Karwowski miał drugą zmianę. “Nie spiesz się" - tak o strajku dowiedział się pod bramą od kolegi. Ugięły się pod nim nogi i przed oczami stanął świeży jeszcze obraz Radomia sprzed czterech lat i Wybrzeża z grudnia 1970 r. - Boże kochany, żeby to się tak samo nie skończyło - pomyślał. Ale zaraz potem poczuł podniecającą radość, że nareszcie coś się w Świdniku ruszyło.

Nie wiadomo - i pewnie nie uda już się dokładnie ustalić - kto jaką odegrał rolę w pierwszych godzinach świdnickiego protestu. Kto pierwszy powiedział głośno: “dość". Wielu wskazuje na Mirosława Kaczana, który do dziś pracuje w Zakładach jako operator obrabiarki. Ale on sam jest skromny i nie przypisuje sobie znaczącej roli.

- Bezpośrednią przyczyną strajku były podwyżki cen żywności, któreś z kolei w krótkim czasie. Koledzy, którzy przyszli na pierwsze śniadanie, wyszli ze stołówki bardzo zbulwersowani - wspomina Kaczan. - Postanowiliśmy zastrajkować, to było niekontrolowane, taka szybka, impulsywna reakcja.

Ceny poszły wtedy w górę o 60 proc. Stołówkowy kotlet we wtorek kosztował 18,10 zł, a nie 10,20, jak było jeszcze w poniedziałek. Dlatego poszło w świat, że Lubelski Lipiec zaczął się od kotleta. I tak zostało.

Z legendami się nie walczy, choć mityczny kotlet czasem denerwuje.

Alfred Bondos (później z piękną solidarnościową kartą) w 1980 r. pracował fizycznie na wydziale motocyklowym. Mówi, że kotlet był kroplą, która przepełniła czarę: - W ludziach była zadra, że są jakieś elity. To było powodem, nie kotlet.

“Historyczna" stołówka wciąż jest stołówką. I prawie taka sama: nieduża, z bufetem i kilkoma stolikami. Raczej barek niż stołówka w wielkim zakładzie pracy. Drzwi łączą ją, jak wtedy, z wydziałem 320., który już nie jest oddzielony ściankami od innych wydziałów mieszczących się w hali nr 1.

Ludzie byli wściekli. Wyszli na halę. Rozmawiali. Wieść o nowych cenach błyskawicznie obiegła zakład zatrudniający wówczas ponad 6 tys. osób.

Około godziny 13, gdy protestowali już praktycznie wszyscy, z Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Lublinie wysłano pierwszy alarmowy meldunek do Warszawy. Bo władzy nie udało się rozbić załogi przy pomocy łamistrajków, których kadra kierownicza przerzucała z wydziału na wydział, aby włączali maszyny. Wielu z nich przyłączyło się do strajkujących kolegów.

Partia komunistyczna w Lublinie nie mogła uwierzyć w to, co się dzieje.

- Choć czuliśmy, że coś wisi w powietrzu, to lipiec 1980 r. w Świdniku i Lublinie był dla partii gromem z jasnego nieba - mówił nam 10 lat temu, w 15. rocznicę Lipca, Władysław Kruk, ówczesny I sekretarz KW PZPR.

Choć, jak sam przyznawał, i w samej partii niewiele zostało z entuzjazmu z początku ery Gierka. - Ale jest absolutną bzdurą to, co sugerowano: że Świdnik był prowokacją SB i wojska, przy cichym pozwoleniu Komitetu Wojewódzkiego - mówił Kruk. - Choć do dziś nie wiem, czy rzeczywiście zaczęło się od kotleta, czy stały za tym jakieś siły zorganizowane, liczące na zmianę ekipy rządowej.

Długi postój

W Świdniku władza tłumaczyła i groziła na przemian albo równocześnie. Próbowała rozbić robotników, zwołując zebrania w małych, 20-, 30-osobowych grupach. A to odwoływała się do szczytnych wartości, odpowiedzialności i patriotyzmu, a to straszyła, że wszystkich wyrzucą na zbity pysk i wraz z rodzinami zdechną z głodu.

Partyjnym aktywistom nie mieściło się w głowie, że robotnicy mogą się tak postawić i nie dają się spacyfikować. - Dla sekretarzy partyjnych bunt wobec władzy, którą oni reprezentują, był czymś nie do pojęcia - mówi Piotr Karwowski. - Ale szeregowi partyjni byli z nami. Bo my nie szukaliśmy podziałów. Nieważne, czy kolega należał do partii, czy nie. Wszyscy autentycznie łaknęli odmiany, wolności. Innej rzeczywistości.

Uczestnicy tamtych wydarzeń mówią zgodnie: ludzie przestali się bać.

Mirosław Kaczan zapamiętał, jak Aleksander Kopeć, minister przemysłu maszynowego, który przyjechał z Warszawy, mówił do robotnika: “Kolego, włącz maszynę". A ten na to: “Nie, panie ministrze". I nie włączył. Wcześniej wydawało się to nie do pomyślenia.

Wielu chciało, aby to Kaczan został delegatem na rozmowy z partyjnym aktywem. Ale inni powiedzieli: niech oni zobaczą, że tu jest nie tylko bunt, ale i siła, niech idą potężne chłopy. Mirosław Kaczan do potężnych się nie zalicza. Może to zdecydowało, że jego nazwisko nie stało się symbolem strajku w WSK Świdnik.

Symbolem stała się natomiast Zofia Bartkiewicz, w 1980 r. technolog, członkini PZPR.

Zawsze podkreślała, że w środę rano, na wiecu przed biurowcem, śpiewali i “Międzynarodówkę", i “Boże, coś Polskę". “Międzynarodówkę", bo przecież nikt wtedy nie myślał o obalaniu, tylko o reformowaniu socjalizmu. Panią Zofię już w wolnej Polsce trochę irytowało, że wielu z tych, co podczas Lubelskiego Lipca ani potem nie robili nic, później kreowało się na wielkich antykomunistów.

Takie przypadki, wcale nierzadkie, zna też Andrzej Sokołowski, jedna z najwybitniejszych postaci “Solidarności" Regionu Środkowowschodniego [obejmował on m.in. Lublin - red.], który po 1989 r. nie chciał robić kariery politycznej ani związkowej. - U nas w Świdniku nie było wcześniej żadnej opozycji - mówi. - To bajka, jeśli ktoś twierdzi, że w 1979 r. rozprowadzał w zakładzie sto “Robotników" [pismo Komitetu Obrony Robotników, powstałego po zdławieniu strajków w 1976 r. - red.].

Sokołowski i inni podkreślają rozwagę protestujących: nie wyszli na ulice, nie poszli pod komitety partyjne. - Nie wiem, skąd się brała w robotnikach ta mądrość - mówi Piotr Karwowski. - Zablokowaliśmy bramy, postawiliśmy straże, ale nikt nawet nie próbował wychodzić na miasto.

Zofia Bartkiewicz zapamiętała, że na wiecu niektórzy mówili straszne głupstwa. - Nie wytrzymałam i wlazłam na te schody, żeby powiedzieć, co o tym wszystkim myślę - wspominała. Uspokajała gorące głowy: żeby dbać o maszyny, żeby był porządek, żeby nie przenieść protestu na ulice Świdnika. Prosiła ludzi, by nie stali na trawniku, bo zadepczą.

Posłuchali.

Pani Zofia zmarła kilka lat temu.

W piątek, 11 lipca 1980 r., 19-osobowy “komitet postojowy" (że może być “komitet strajkowy", nikt wtedy sobie jeszcze nie wyobrażał) podpisał porozumienia z władzą. W jego trzyosobowym prezydium byli Zofia Bartkiewicz, Zygmunt Karwowski, brat Piotra (dziś mieszka w USA) i Roman Olcha. Władzę reprezentowali dyrektor WSK Jan Czogała, wojewoda lubelski, dyrektor Zjednoczenia Przemysłu Lotniczego i Samolotowego, szefowie związku zawodowego i samorządu robotniczego. Dyrektor Czogała zyskał uznanie załogi: rozumiał ich postulaty i potrafił okazać jej solidarność.

Negocjowali różne punkty: płace, warunki pracy, urlopy macierzyńskie, problemy zaopatrzeniowe, przywileje partyjnych, korupcję w służbie zdrowia. Od Sasa do Lasa. Nie mieli wzorów. Porozumienie podpisano 11 lipca o godzinie 17.35. Marcin Dąbrowski - później redaktor w Zarządzie Regionu Środkowowschodniego NSZZ “Solidarność" i autor jedynej jak dotychczas monografii o Lubelskim Lipcu - sądzi, że było to prawdopodobnie pierwsze pisemne porozumienie zawarte między władzami PRL a strajkującymi.

Gdy je podpisywano, fala protestów ogarnęła już całą Lubelszczyznę.

Przerwa w podróży

Trudno rekonstruować tamte wydarzenia. Nie tylko dlatego, że ludzka pamięć jest zawodna i z czasem powstają mity. Także dlatego, że każdy zakład miał swoją specyfikę, bohaterów, poczucie wyjątkowości. Główne role przypadły robotnikom z wielkich zakładów: z WSK Świdnik, Fabryki Samochodów Ciężarowych w Lublinie, puławskich Azotów, Fabryki Łożysk Tocznych w Kraśniku, kopalni węgla w Bogdance, kolei, miejskiej komunikacji. Alfred Bondos, Andrzej Sokołowski, Stanisław Węglarz z Bogdanki, Czesław Niezgoda z PKP, Stanisław Daniel i Józef Dziura z FSC, Mieczysław Łazarz z Kraśnika i wielu innych stali się czołowymi postaciami lubelskiej “Solidarności", a potem “solidarnościowego" podziemia.

Leszek Wiśniewski - autor filmu “Lubelski Lipiec ’80: Oni byli pierwsi...", wyemitowanego w telewizji na początku lipca - mówi, że w telewizyjnych archiwach nie ma o strajkach prawie nic, a jeśli coś było, to pewnie zabrała to SB.

W redakcji “Kuriera Lubelskiego", który w tamtych latach był popularną popołudniówką, zachowały się fotografie z ulic Lublina, ale nie ze strajków. Osobisty dziennik pisał wówczas Stanisław Jadczak, dziennikarz “Sztandaru Ludu", organu KW PZPR. W gazecie nic napisać nie mógł. - Największym błędem władzy było to, że w “Sztandarze Ludu" nie pisaliśmy choćby zawoalowanej prawdy - mówił nam po latach Władysław Kruk. W lubelskiej prasie o strajkach nie było na początku nic, a potem prawie nic, choć protestowało ok. 140 zakładów, w tym wszystkie największe. W piątek, 18 lipca, “Kurier Lubelski" donosił wielkim tytułem: “Edward Gierek wśród uczestników studenckiej akcji Chełm 80".

O tym, co się dzieje, ludzie dowiadywali się z Radia Wolna Europa. Od 9 lipca RWE miało na ten temat specjalny 15-, 20-minutowy serwis. Informacje zbierali głównie studenci z KUL i UMCS, a kontakty z nimi nawiązali m.in. Wojciech Onyszkiewicz, Henryk Wujec, Jan Lityński.

Lubelska Lokomotywownia stanęła tydzień po Świdniku, w środę 16 lipca, a wkrótce cały lubelski węzeł kolejowy. W Polskę poszła wieść, że kolejarze przyspawali lokomotywy do torów, bo na zwrotnicach stały nieruchome składy. Strajk na kolei był dla władzy ciosem: nigdy wcześniej w PRL kolejarze tak się władzy nie postawili.

Czesław Niezgoda, późniejszy przewodniczący MKZ [Międzyzakładowy Komitet Założycielski “Solidarności" - red.] w Lublinie, pracował wtedy w Lokomotywowni jako mistrz. W lipcu na lubelskiej kolei głośne były dwa nazwiska: Niezgoda i Iwaszko. Janusz Iwaszko, rocznik 1948, zmarł nagle przed kilku laty. Jego młodszy o dwa lata brat, Kazimierz, w 1980 r. był popularnym wśród studentów kierownikiem Akademickiego Centrum Kultury w “Chatce Żaka" na miasteczku uniwersyteckim. Dziś pracuje w Urzędzie Miasta w Gdyni. Tomasz Czajkowski nagrał z nim długą rozmowę dla “Historii mówionej", realizowanej przez Ośrodek “Brama Grodzka - Teatr NN".

Kazimierz Iwaszko jest bezcennym źródłem informacji o tamtym okresie w Lublinie.

Jego “Chatka Żaka" była miejscem i studenckich oficjałek, i studenckiej kultury niezależnej. Tu krążyły ulotki, biuletyny KOR, odbywały się dyskusje. “Chatka" była, obok KUL i niektórych kościołów (pracowali w nich o. Ludwik Wiśniewski, ks. Mieczysław Brzozowski i ks. Wacław Oszajca), miejscem, w którym czuło się wolność.

Iwaszko wspomina, że podczas strajków świdnickich w “Chatce" odwiedził go brat Janusz. Dokuczali mu, że robotnicy w Świdniku to jest klasa, a kolejarze nie robią nic. Januszowi chyba było przykro. - Następnego dnia ktoś przywiózł wiadomość, że jest strajk w Lokomotywowni - mówi Kazimierz. - A dzień wcześniej śmialiśmy się z kolejarzy.

W “Chatce" “urzędował" wówczas Krzysztof Borowiec, aktor i reżyser teatralnych spektakli alternatywnych, guru kontestującej młodzieży, do dziś mieszkający i tworzący w Lublinie. Miał w Warszawie kontakt na Radio Wolna Europa. Iwaszko do dziś pamięta budkę telefoniczną, z której dzwonili. Stała kilkaset metrów od “Chatki Żaka", na rogu Alei Racławickich i Godebskiego. - Ja przez telefon te wiadomości przekazywałem do Warszawy, a Krzysiek stał dwa kroki dalej i patrzył, czy nas ktoś nie obserwuje - wspomina. - Było to w nocy, strasznie się bałem. Bałem się fizycznie, że władza jest tak silna - nie sposób, żeby to mogło się udać. Bałem się tego, co dzieje się i w Lokomotywowni, i bałem się także o siebie. A strach jeszcze wynikał z tego, że moja żona z naszym 3-letnim synem była w tym czasie w Gdyni na wakacjach.

Janusz Iwaszko był podczas kolejowego strajku jedną z ważniejszych osób od spraw organizacyjnych. - Ale sprawy polityczne tego strajku, jego duszę trzymał Czesiek Niezgoda, którego później poznałem - opowiada Kazimierz. - Taki tam był mniej więcej podział ról. On mi wyglądał na człowieka dojrzałego politycznie. A mój brat, tak jak ja, dorastał do tej opozycji powoli.

Niezgoda, znacznie starszy od Janusza Iwaszki, rzeczywiście miał już wtedy przemyślane poglądy. Był i pozostał pryncypialny, co budziło szacunek. Był człowiekiem mocnej wiary. Interesował się historią. Znał księdza Jana Zieję [członek KOR, wtedy już bardzo wiekowy, wcześniej uczestnik wojny polsko-bolszewickiej - red.], rozprowadzał wśród kolejarzy “Robotnika". Upominał się o wolne związki zawodowe. Nie pozwalał mówić do siebie nie tylko “towarzyszu", ale nawet “wy". “Proszę nie mówić mi »wy«, bo ja towarzyszem nie jestem" - powiedział kiedyś sekretarzowi partii, który obiecywał mu awans w zamian za zaniechanie budowania wolnych związków.

Lublin, "miasto spokojne"

Wielu z tych ludzi trafnie scharakteryzował Wojciech Samoliński, działacz opozycji demokratycznej z Gdańska i Lublina. We wstępie do wydanej w tym roku wspomnieniowej książki Juliana Dziury, działacza “Solidarności" z FSC, pt. “Słowa przemijają, czyny pozostają", pisał: “Pokolenie Juliana Dziury było wyjątkowe. Wyrwane ze środowiska wiejskiego, postawione wobec trudnych wyzwań ustroju komunistycznego, potrafiło zachować wierność wartościom wyniesionym z domu i uczynić świat im przyjazny. Dla Juliana Dziury, tak jak dla wielu z jego pokolenia, miarą wierności tym wartościom jest szeroko, po »solidarnościowemu« rozumiana działalność związkowa i udział w życiu Kościoła zarówno parafialnego, jak i powszechnego".

Niezgoda twierdzi, że na kolei przygotowywali się do strajku już od 1979 r. Wiedzieli, że prędzej czy później ten moment nadejdzie. - Dużo było ludzi zaufanych - mówi. - Jak był strajk w Świdniku i Fabryce Maszyn Rolniczych “Agromet", to już codziennie spotykaliśmy się, aby odpowiednio się przygotować.

Niezgoda przypomina, że administracja kolejowa nie przyłączyła się do protestu.

Kazimierz Iwaszko jest nadal pełen uznania dla pracowników kolei: - Zamknięty strajk w zakładzie pracy jest dla postronnych prawie niewidoczny. Zamknąć, zablokować stocznię, a znam ją dobrze, technicznie jest o wiele łatwiej dla organizatorów buntu, niż zatrzymać pociągi. Kolej to nie jest zamknięty zakład pracy. Jak dotrzeć do maszynisty, który wjeżdża na stację? Jak to wszystko zorganizować? To był fenomen!

Czesław Niezgoda pamięta, że już po zakończeniu protestów przyjeżdżali do niego ludzie z Warszawy: Helena Łuczywo, Henryk Wujec, Jan Lityński. Chcieli się dowiedzieć, jak to się robi.

Wujec precyzuje, że kontakty nawiązali wcześniej: już wiosną 1980 r. na zaproszenie Niezgody różni ludzie związani z redakcją “Robotnika" i z KOR-em pojawiali się na Lubelszczyźnie. Funkcjonariusze SB pokazywali ludziom z osiedla, na którym mieszkał Niezgoda, zdjęcie Wujca. Mówili, że to poszukiwany przestępca seksualny i że jak się pojawi, trzeba zawiadomić milicję.

- Miałem wtedy taki “zabójczy" wąsik - wspomina Wujec. Działacze opozycji z Warszawy spotkali się z Niezgodą w zakrystii jednego z lubelskich kościołów. - Czesław Niezgoda był ostrożny - mówi Wujec. Jana Lityńskiego ponoć wyspowiadał najpierw z całego życiorysu, żeby mieć pewność, że Wujec go przysłał.

Lublin to spokojne miasto, z wszelkimi zaletami i wadami prowincji. Nigdy nie było tu dramatycznych rozłamów w “Solidarności", a kłótnie toczą się raczej “w rodzinie". Nie ma gorszących sporów o zasługi, kto był pierwszy czy drugi.

Mało kto dziś pamięta, że zaraz po Świdniku zastrajkował “Agromet". W zapełniającym się systematycznie archiwum “Historii mówionej" jest zapis rozmowy Wioletty Wejman z Jackiem Wójtowiczem, w 1980 roku 29-letnim pracownikiem “Agrometu", dziś prezesem Zarządu Lubelskiej Fabryki Maszyn Rolniczych. Wielu kolegów z czasów pierwszej “Solidarności" ma mu za złe, że teraz jako pracodawca walczy ze związkowcami.

Wójtowicz podkreśla, że “Agromet" jako pierwszy zastrajkował w Lublinie: - Występowałem w imieniu kolegów na rozmowach z dyrekcją - wspomina. - Oni mieli taką politykę, że na nasze postulaty płacowe jak jeden mąż mówili: “No, nie ma z czego" i wyciągali kieszenie z marynarek, wyciągali podszewki i pokazywali, że naprawdę nie ma z czego, no nie ma z czego. Pamiętam, używałem takich argumentów, że kraj się tu nie rozwija, że nie ma wolności żadnej, wolnej prasy. Podnosiliśmy też kwestie polityczne. Ale to wszystko artykułowało się powoli, pierwsze ruchy były takie nieśmiałe, bo mówić wtedy, że nie ma wolności prasy, to już z bohaterstwem graniczyło. I tak trwaliśmy. Nastrój był taki, to wszyscy potwierdzają, że czuło się, że uczestniczymy w czymś epokowym. Był optymizm, że coś się wydarzy. Coś większego.

Ale tak naprawdę Lublin poczuł klimat strajków dopiero 18 lipca, gdy stanęła komunikacja miejska MPK.

Wójtowicz, jak wszyscy, chodził piechotą: - Atmosfera była podniosła, ludzie szli uśmiechnięci, pozdrawiali się na ulicach. Każdy trzymał kciuki za MPK. Nikt nie narzekał.

Zapełnianie białych plam

Maciej Sobieraj z lubelskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej mówi, że nie natknął się jeszcze na jakiekolwiek strajkowe fotografie, choć nie wyklucza, że jednak gdzieś w archiwach są i kiedyś się odnajdą. Także Joanna Zętar, która w Ośrodku “Brama Grodzka - Teatr NN" robi m.in. dokumentację zdjęciową, nie ma dotąd zdjęć ze strajków, choć spotyka ich uczestników. Przypuszcza, że nikt wtedy o zdjęciach nie myślał.

W Ośrodku “Brama Grodzka - Teatr NN" realizowany jest program “Historia mówiona". W lutym młodzi ludzie zaczęli zbierać relacje dotyczące Lipca 1980.

Joanna Zętar ma 29 lat, jest po historii sztuki, robi doktorat. Tomasz Czajkowski (po politologii) i Wioletta Wejman, doktorantka na filozofii UMCS, są jej rówieśnikami. Inni, jeszcze młodsi, urodzeni w większości po 1980 r., od kilku miesięcy wydają “Opornik. Gazetę Obywatelską", poświęconą wydarzeniom Lubelskiego Lipca. Wychodzi co tydzień. Mają specjalną stronę internetową www.wagon.lublin.pl. W maju ulicami przejechał specjalny trolejbus, taki z lat 80., a w nim pamiątki tamtych wydarzeń. Przy tej okazji zebrali kolejne relacje, bo w ludziach odżyły wspomnienia.

Spiritus movens odnajdywania i dokumentowania przeszłości Lublina (w tym jego wielokulturowości) jest Tomasz Pietrasiewicz. Brama Grodzka na Starym Mieście, gdzie mieści się Ośrodek, to od lat obowiązkowy punkt spotkań Żydów z całego świata: w Bramie najwięcej można się dowiedzieć o żydowskim Lublinie, z którego po wojnie nic nie zostało.

Także Pietrasiewicz wymyślił odnajdywanie pamięci Lubelskiego Lipca. A przy tej okazji odkrył niezwykłe historie. Odnalazł np., wydawałoby się nieodwołalnie zaginiony, numer “Miesięcy", pisma “Solidarności", którego cały nakład przejęła i zniszczyła SB na początku stanu wojennego. - A jednak rękopisy nie płoną! - mówi Pietrasiewicz słowami Bułhakowa. Wydawca “Miesięcy" Norbert Wojciechowski, w tamtych latach szef poligrafii KUL, zachował po jednej stronie “szczotek" pisma i ukrył. Do dziś tylko wtajemniczonym zdradza, gdzie.

I teraz, po blisko ćwierćwieczu, 15 lipca, numer ten ujrzał światło dzienne, staraniem trzech byłych drugoobiegowych wydawców: Pietrasiewicz i Andrzej Peciak (obecny dyrektor Wydawnictwa UMCS) byli właścicielami oficyny FIS, a Wojciech Guz, dziś właściciel drukarni Petit, był w latach 80. znanym w środowisku, choć dobrze zakonspirowanym drukarzem.

Ćwierć wieku później

Piotr Karwowski ze Świdnika spotyka czasem aktywistów partyjnych z tamtych lat. Niektórych jest mu szkoda. Niedawno spotkał jednego na targu, handlował warzywami. Powiedzieli sobie “dzień dobry" i tyle. Ma poczucie, że po 1989 r. być może kilku potraktowano niesprawiedliwie, zbyt łatwo ich odrzucono. Ale to nieuchronne, a i tak niewielkie koszty obalenia komunizmu.

Dziś, 25 lat później, wielu uczestników Lubelskiego Lipca pyta, czym on właściwie był.

- Bez Lipca nie byłoby dalszego ciągu, bez dwóch zdań. Lublin zdopingował Gdańsk - mówi Lech Wałęsa. - Ale nie można powiedzieć, co było najważniejsze, bo to był łańcuch zdarzeń. W tym łańcuchu był Lublin.

Wałęsa, jak wszyscy, jest mądrzejszy o ćwierć wieku. Ale Andrzej Sokołowski pamięta, jak wiosną 1981 r. spotkał się z przewodniczącym “Solidarności" w Gdańsku, by zaprosić go na regionalny zjazd związku w Lublinie. Rozmowa była krótka. - Wyciągam zaproszenie - wspomina Sokołowski - a on mówi: “No, wiecie, no, nie wiem". My mówimy: “Ale panie przewodniczący, przecież to myśmy w Świdniku rozpoczęli". A on: “Co? Wyście rozpoczęli?". Odwrócił się, kłapnął drzwiami i tyle audiencji u Wałęsy. Wtedy jakby nie brał pod uwagę, że ktoś mógł być przed nimi, przed Gdańskiem. I tak zostało, że Lubelszczyzna to nadal “Polska B".

Sokołowski dodaje: - Niedawno słyszałem ładną wypowiedź Borusewicza, który powiedział, że choć na Wybrzeżu działali, mieli program, organizację, to nie byli przygotowani na strajki. Że sygnał dała Lubelszczyzna.

Zbigniew Bujak mówi, że Lublin pokazał im siłę: - W warszawskim “Ursusie" informacja o przyspawanych do torów lokomotywach działała mocno na wyobraźnię. Nie mam wątpliwości, że to, co się potem wydarzyło, było efektem Lublina i Świdnika.

Janusz Śniadek, dziś przewodniczący Komisji Krajowej NSZZ “Solidarność": - Wszyscy jakoś zagraliśmy swoją rolę. Szczecin, Jastrzębie, wszyscy.

Różnie potoczyły się losy bohaterów Lubelskiego Lipca. Wielu pozostało działaczami związkowymi. Wielu zwykłymi, skromnymi ludźmi, jak Mirosław Kaczan. Niektórzy zrobili duże pieniądze. Mają różne poglądy. Ale żaden z naszych rozmówców nie myśli, że nie było warto. Było. - Ludzie czasem mówią: fabryka padła. A ja tłumaczę, że ona produkowała też czołgi. Mamy wojnę wywołać, żeby czołgi sprzedawać? - mówi Sokołowski. Dostrzega sprawy pozornie drugorzędne: - Wielu ludzi przed wstąpieniem do “Solidarności" wcale się dobrze nie prowadziło, nadużywali alkoholu. I naraz przestali. Nieraz mi mówiono: “przecież ten człowiek to pijaczyna". A on miesiącami nie wziął kieliszka do ręki. To było niezwykłe.

Dla Sokołowskiego ważne było i to, że wtedy tak mocno spotkali się ze środowiskami akademickimi. Niektóre przyjaźnie trwają do dziś.

Piotr Karwowski mieszka nadal w tym samym ciasnym mieszkaniu przy głównej ulicy Świdnika. Ma sześcioro dzieci, wnuki. Dwóch synów pracuje w PZL Świdnik.

- Jeden idzie trochę w moje ślady - mówi Karwowski. - Marek krytyczny jest, tak jakby czuł jakąś iskrę, że można by zrobić inaczej. To mówię mu: rób, zobaczymy.

Wielkie podziękowania składamy pracownikom i współpracownikom Ośrodka “Brama Grodzka - Teatr NN" w Lublinie: Piotrowi Chorosiowi, Tomaszowi Czajkowskiemu, Tomaszowi Pietrasiewiczowi, Wioletcie Wejman i Joannie Zętar.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]