Reklama

Czy Microsoft zaczyna się dzielić

Czy Microsoft zaczyna się dzielić

w cyklu WOŚ SIĘ JEŻY
17.01.2019
Czyta się kilka minut
Mieszkania są zbyt drogie. A winien temu jest między innymi napędzający gentryfikację wielki biznes. Ale co zrobić, gdy ten biznes mówi, że chciałby wreszcie odkupić swoje grzechy?
FOT. ARKADIUSZ ZIOLEK/East News
FOT. ARKADIUSZ ZIOLEK/East News
M

Microsoft będzie budował tanie mieszkania. Nie tylko dla swoich pracowników. Koncern ogłosił, że przeznaczy 500 mln dolarów na budowę osiedli, w których będą mogli zamieszkać ludzie słabo i średnio zarabiający: strażacy, pielęgniarki i nauczyciele. Projekt ma powstać w okolicach Seattle – drugiego po Kalifornii regionu, gdzie od paru lat tuzy IT są krytykowane za to, że windują ceny nieruchomości i gentryfikują okolicę czyniąc ją niedostępną nawet dla dawnej klasy średniej.

Załóżmy, że plan się ziści. I giganci faktycznie zbudują te mieszkania. I że faktycznie zamieszkają w nich owi strażacy, pielęgniarki i nauczyciele. Cieszyć się z tego, że nawet najwięksi zwycięzcy minionych dwóch dekad zrozumieli, że muszą się swoim bogactwem podzielić? Czy raczej szukać dziury w całym? Argumentując, że to tylko CSRowa (po angielsku CSR oznacza społeczną odpowiedzialność biznesu) sztuczka dzięki któremu wierchuszka i akcjonariusze wartego 800 mld dolarów koncernu będą mogli ogłosić: nas się nie czepiajcie, my zrobiliśmy swoje w walce z rosnącymi nierównościami. Czy widzieć w tej inicjatywie Microsoftu jedynie polisę na wypadek, gdyby w przyszłości ktoś próbował ich mocniej opodatkować? A może przypominać, że niech się tak Microsoft nie chełpi swoją prawością. Wszyscy przecież dobrze wiemy, że firma ma 136 mld dolarów (!) wolnych środków (gotówka i krótkoterminowe inwestycje). A tylko w ostatnim kwartale zarobili na czysto 8,8 mld dolarów.


POLECAMY: „Woś się jeży” - autorski cykl Rafała Wosia co czwartek na stronie „TP”


Szczerze powiem, że nie wiem, którą drogę wybrać. Kusi mnie ta druga. Nie tak dawno temu Microsoft był przecież kluczowym uczestnikiem frontu lobbingowego, który zablokował wprowadzenie w rejonie Seattle podatku dla działających tam koncernów (prócz Microsofta jest tam przecież także Amazon) i przeznaczenie tych pieniędzy na walkę z bezdomnością. Argumentowali, że owszem los bezdomnych leży im na sercu, ale oni woleliby sami zdecydować, jak zostaną wydane ich pieniądze. Nie jest to zjawisko nowe. Przeciwnie. Bardzo dobrze przypomina ono przełom XIX i XX wieku, gdy ówczesne supergwiazdy gospodarki też alergicznie reagowały na wszelkie próby zmuszenia ich do bardziej sprawiedliwego podziału. Nieważne czy chodziło o podatki, czy też o podzielenie się władzą w firmie z pracownikami (via związki zawodowe). Kapitanowie biznesu (tak ich wtedy nazywano) w stylu Henry’ego Forda albo George’a M. Pullmana (tego od wagonów) bronili się przed tym jak diabeł przed święconą wodą. Byli nawet gotowi stawiać całe miasta i fundować pracownikom system opieki zdrowotnej. Gra toczyła się o to, na czyich prawach odbędzie się redystrybucja. Czy będzie ona obowiązkiem wobec wspólnoty czy aktem dobrej woli. Oni woleli oczywiście te drugą drogę. W tym sensie projekty Microsoftu są oczywiście ciekawe. Ale z tego powodu bić pokłonów koncernowi z Redmond absolutnie nie należy.

Domowa hańba

Mam jednak wrażenie, że nie należy ich też jednak całkowicie dezawuować. Zwłaszcza, gdy mówimy o rynku takim jak mieszkaniowy – na którym jest wyjątkowo źle. Analizując brytyjskie mieszkalnictwo tamtejsza Resolution Foundation opublikowała raport pod wiele mówiącym tytułem „Hańba domowa”.  Wyszło im, że dziś na mieszkanie Brytyjczycy muszą wydawać trzy razy większą cześć swojego dochodu niż pół wieku temu. O ile w połowie lat sześćdziesiątych tylko jakieś 10 proc. trzydziestolatków wynajmowało mieszkanie, to dziś w tym samym przedziale wiekowym wynajmujących jest 40 proc. Oczywiście dlatego, że nie stać ich na kupno własnego. Dzisiejsze pokolenia spędzają na dojazdach do pracy więcej czasu niż pokolenia poprzednie.

Za ekonomistą Chrisem Dillowem wyróżnić da się przynajmniej cztery konsekwencje tej współczesnej domowej hańby. Pierwsza wynika z tego, że popyt na mieszkania jest dość sztywny. Bo przecież ludzie muszą gdzieś mieszkać. Co pcha miliony gospodarstw domowych prosto w objęcia kredytu hipotecznego. O psychologicznych czy antropologicznych kosztach takiego kroku napisano już wiele. Z ekonomicznego punktu widzenia trzeba tylko przypomnieć, że zadłużenie hipoteczne stanowi lwią część wysokich wskaźników długu prywatnego we wszystkich rozwiniętych gospodarkach. A dług prywatny to ten dług, którego (w przeciwieństwie do długu publicznego) bać się naprawdę należy. Bo on w każdej chwili jest zdolny wywołać nielichy kryzys finansowy na miarę upadku Lehman Brothers.

Druga konsekwencja to spadek produktywności gospodarki. Mówiąc wprost: jeśli zbyt wiele pieniędzy zamrozimy w niezbyt produktywnym mieszkalnictwie to tych pieniędzy będzie brakowało gdzie indziej, w bardziej dynamicznych sektorach.

Po trzecie, gdy wysokie ceny mieszkań utrzymują się zbyt długo, to domy stają się w naturalny sposób sposobem na oszczędzanie. Na przykład pod kątem uzupełnienia dochodu z przyszłej emerytury. Nadmierne oszczędności i mrożenie pieniędzy na całe dekady w cegle, ziemi i betonie potrafi rodzić jednak bardzo negatywne konsekwencje dla całej gospodarki. Łącznie ze wzrostem nierówności (jedni szczęściarze mają dom, a inni go nie mają). Idzie to zazwyczaj w parze z erozję zaufania obywateli do państwa dobrobytu (ja tam w emerytury nie wierzę, będę żył z mieszkania). Z kolei najbardziej zaradni obywatele zaopatrzywszy się uprzednio w odpowiednią liczbę mieszkań na wynajem, mogą odczuwać pokusę wycofania się z aktywnego życia zawodowego na rzecz rentierstwa. Za szkodą dla gospodarki.

Czwartym realnym kosztem wysokich cen nieruchomości jest rozlewanie się miast na tereny podmiejskie, gdzie grunty są tańsze i można tanie zrealizować swoje marzenie o domku z ogródkiem. Długie dojazdy do pracy i presja na miasta by finansowały infrastrukturę takich polipów to cena, jaka trzeba za to wszystko potem zapłacić. Z polskich miast i ich okolic znamy to bardzo dobrze.

Więcej

Wychodząc z tak fatalnego status quo projekt Microsoftu jest dobry. Przy wszystkich zastrzeżeniach, o których piszemy. I nie ma się co na niego krzywić. Raczej wziąć za dobrą monetę. I poprosić o więcej. Dużo więcej.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Autor ma pretensję do bogatego o to, że ten jest bogaty. Może jego zdaniem wszyscy bogaci powinni chlać tanie wino na ławeczce pod sklepem, zamiast zarabiać pieniądze?

ludzie faktycznie wolą sami decydować na co wydawać swoje pieniądze niż powierzać te decyzje innym - i rzeczywiście nic w tym nowego
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]