Dziennikarka: Witold Gombrowicz mieszka obecnie w małym miasteczku Vence, na południu Francji, niedaleko od Nicei. Co właściwie skłoniło Pana, aby zamieszkać na tym ustroniu?
Witold Gombrowicz: To nie jest takie ustronie. Mieszkam o 20 kilometrów od Nicei. Piękne góry, Alpy, i jednocześnie mam morze. Świetny klimat. Spotykam tu ludzi z całego świata, z Argentyny, ze Stanów, moich przyjaciół, którzy wszyscy zaglądają na Riwierę.
Przechodząc do spraw literackich – wkrótce ukaże się w tłumaczeniu francuskim Georgesa Sédira Pana książka „Kosmos”. Co zechciałby Pan powiedzieć naszym słuchaczom na jej temat?
Bardzo trudno powiedzieć coś o książce, którą właściwie trzeba przeczytać, żeby o niej coś wiedzieć. To jest książka trudna na pewno. I, jak zresztą wszystkie moje książki, była porodem dosyć ciężkim. Czytelnicy się bardzo wolno do nich przyzwyczajają. Ja także do nich się wolno przyzwyczajam. To musi trwać kilka miesięcy. W tym czasie się czuję niezbyt swobodnie. Wolę o tych rzeczach nie myśleć. Dopiero sytuacja się klaruje po pewnym czasie i wtedy czuję się bardziej pewny siebie.
(…) W jakich krajach obecnie jest Pan najbardziej drukowany i omawiany?
To jest informacja właściwie dosyć nudna dla czytelników. To są sprawy raczej techniczne autora. Natomiast w tym wyjątkowym wypadku, gdy idzie o Polskę, wydaje mi się to pytanie na czasie, dlatego że jestem w Polsce autorem zakazanym. W prasie przez długi czas nie było wolno w ogóle o mnie pisać. Od roku coś tam zaczyna się pisać, ale bardzo mało na mój temat. I w ogóle wszystkie wiadomości o mnie są stłumione w Polsce (…).
Jak przedstawiają się Pana sprawy z teatrem? Czy mógłby Pan powiedzieć na przykład o „Iwonie”, która była wystawiona parę miesięcy temu w Théâtre de France w Paryżu i w Królewskim Teatrze Dramatycznym w Sztokholmie?
Sztuki teatralne zawsze są o krok od skandalu. Więc premiera „Ślubu” w Paryżu – nieomal jakaś awantura na widowni miała się dziać. Były protesty i tak dalej. W końcu jednak to się utrzymało. Z „Iwoną” także w pierwszej chwili nie było wiadomo. Miałem nawet napaści w prasie francuskiej bardzo poważnej, jak „Figaro”, niesłychanie ostre, gdzie powiedziano o mnie, że jestem pretensjonalnym głupcem i tak dalej, i tak dalej.
Natomiast przygniatająca większość prasy francuskiej przyjęła „Iwonę” niesłychanie gorąco. Powiedziano o niej, że to arcydzieło, że to wielka sztuka. No i na nieszczęsnego krytyka z „Figaro”, który troszkę gwałtownie o mnie się odzywał, bardzo napadnięto. Były protesty bardzo ostre w innej prasie francuskiej. W rezultacie był niewątpliwy sukces. „Iwona” była wystawiona w Théâtre de France w Paryżu, był niewątpliwie wielki sukces, a jeszcze większy sukces był w Sztokholmie, prawdopodobnie dzięki znakomitej reżyserii (…). I tam rzeczywiście miałem prasę znakomitą, mówiono, że to jest przedstawienie zupełnie wyjątkowe w historii tego zresztą bardzo znanego teatru w Europie (…).
Nad czym Pan obecnie pracuje obecnie?
Obecnie pracuję znów nad sztuką teatralną. Muszę dodać, że bardzo tej pracy nie lubię, dlatego że teatr to jest forma przestarzała, niesłychanie ciężka, niesłychanie sztywna, którą trzeba przełamywać ciągle. Wobec czego człowiek ciągle szuka jakichś rozwiązań, jakichś form, które by te rzeczy mogły unowocześnić i nadać dynamikę dzisiejszą tej rzeczy. Ta sztuka nazywa się w tej chwili „Operetka” i będzie miała prawdopodobnie formę klasycznej operetki. Jeszcze mi brakuje, przypuszczam, jakieś 30 proc. do końca. Dosyć to jest praca uciążliwa i jak mogę, to ją odsuwam na bok, dlatego że z natury jestem leniwy i nie lubię się wysilać.
W ostatnich miesiącach ukazał się w Berlinie Pański tom pod tytułem „Berliner Notizen”, czyli „Notatki berlińskie”, obejmujący dziennik Pana z pobytu w Paryżu i rocznego pobytu w Berlinie. Wiem, że ta książka wywołała duże protesty w prasie niemieckiej. Dlaczego?
Muszę powiedzieć, że to jest tak zwana ironia losu. Dosyć nawet dla mnie dotkliwa. Dlatego, że jak pewnie Państwo sobie przypominają, ja byłem niesłychanie brutalnie atakowany w prasie polskiej za mój pobyt w Berlinie, za to, że rzekomo się wysługuję Niemcom itd. Otóż teraz, kiedy ogłosiłem po niemiecku moje wrażenia z tego pobytu w książce, znów prasa niemiecka dla odmiany na mnie wsiadła (…). Za to, przypuszczam, że ja troszkę nonszalancko potraktowałem temat, że może za dużo pisałem o własnych swoich sprawach, mniej o Berlinie. I także za to, że w tym, co pisałem o Berlinie czasem byłem jednak dosyć dotkliwy w sądach i opiniach. (…)
W zeszłym roku jury Międzynarodowej Nagrody Wydawców, która jest największą nagrodą literacką po Noblu, dyskutowało bardzo gwałtownie, czy przyznać nagrodę pańskiej „Pornografii”. W tym głosowaniu przepadła ona, zdaje się, jednym głosem i nagrodę otrzymał pisarz amerykański Saul Bellow.
Tak, rzeczywiście, muszę dodać, że to jest okropne świństwo – te nagrody. I mówię tu w ogóle o nagrodach literackich, dlatego że one niesłychanie demoralizują ludzi. Ja byłem w zeszłym roku tutaj, w Vence, a jury tej nagrody obradowało o jakieś 40 kilometrów stąd, w Saint-Raphaël. Czując już możliwość tej sumy 10 tysięcy dolarów, miałem rozmaite projekty na to. Miałem sobie kupować jakieś mebelki, jakieś firanki i tak dalej, i tak dalej.
Dość na tym, że ta wizja mnie zdemoralizowała. Co najmniej trzy tygodnie byłem zupełnie tą sprawą przygięty. Dla człowieka, dla literata, który całe życie się wysila, żeby osiągnąć jakiś poziom osobisty, mieć jakąś godność, jakąś niezależność, jakieś uduchowienie nawet, no to jest zupełna katastrofa. Człowiek czuje się śmieszny, czuje się zdegradowany tym faktem. Także i z tego powodu, że nie wiadomo dlaczego 10 czy 15 przygodnych osób, które stanowią jury, ma decydować o wartości wysiłku jednego człowieka i jemu ustalać miejsce w hierarchii literackiej. Dość na tym, że uważam, że wszystkie nagrody, włączając w to Nagrodę Nobla, są zjawiskiem wysoce niemoralnym.
Jakie jest Pańskie zdanie o teraźniejszej literaturze światowej i jaka opinia o obecnej literaturze polskiej?
Moja opinia o literaturze światowej jest bardzo ujemna. Uważam, że ta literatura dzisiaj jest rzeczywiście coraz gorsza. Zresztą składają się na to bardzo istotne przyczyny, z których prawdopodobnie najważniejszą jest ta, że literatura i sztuka w ogóle ma tendencję ewolucji od łatwości do trudności. Wskutek tego każda sztuka staje się powoli coraz trudniejsza i ten mechanizm wewnętrzny sztuki, ta dialektyka wewnętrzna sprawia, że w pewnym momencie literatura czy muzyka, czy inna sztuka staje się zupełnie już nie do wytrzymania dla słuchacza czy dla czytelnika.
Dość na tym, że dzisiaj już nie ma tego naturalnego czytelnika, który był w dobie powiedzmy Sienkiewicza czy Prusa. Dziś te książki stają się nieczytelne, ludzie udają, że je czytają, krytycy udają, że czytają te książki. Wszystko jest skłamane i wszystko staje się fikcją. W tym sensie muszę powiedzieć, że literatura polska mniej jest zagrożona może tym procesem, ale niestety dlatego, że nie jest może w tej chwili dość intensywna. Troszkę jest opóźniona w stosunku do Europy, ale w każdym razie w Polsce ta tendencja daje się we znaki.
Wywiad radiowy z Witoldem Gombrowiczem (pochodzący najprawdopodobniej z sekcji polskiej Radia France Internationale) przeprowadzony w 1965 roku w Vence, po pobycie pisarza w Berlinie. Całość do odsłuchania dostępna na: www.kulturaparyska.com
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















