Reklama

Czerniakow na gilotynę?

Czerniakow na gilotynę?

26.10.2015
Czyta się kilka minut
Monachijska produkcja „Dialogów karmelitanek”, opery Poulenca i Bernanosa, autorstwa Dymitra Czerniakowa (2010), została kilka lat temu zaskarżona przez spadkobierców obu jej twórców, którzy zarzucają jej pogwałcenie sensu dzieła.
P

Paryski Trybunał Apelacyjny przychylił się właśnie do tej skargi – skazując jednak nie Bayerische Staatsoper, gdzie spektakl nadal jest w repertuarze, lecz jedynie firmę Bel-Air: na wycofanie z obiegu płyty DVD z jego sfilmowaną wersją. W „Ruchu Muzycznym” (nr 12/2013) Miron Hakenbeck, jeden z „dramaturgów” Staatsoper, pisał o nim tak: „Zamiast finałowej egzekucji grupy mniszek na gilotynie, [Czerniakow] pokazał sektę religijną, która zabarykadowawszy się, odkręca butlę gazową, aby popełnić zbiorowe samobójstwo. (...) Blanche, która w libretcie idzie z innymi na szafot, w spektaklu Czerniakowa wdziera się do kryjówki, aby udaremnić samobójstwo (...). Ratując innych, Blanche jako jedyna ginie od wybuchu butli gazowej”. Wszystko to jest, istotnie, doskonale sprzeczne z librettem, partyturą i intencjami twórców opery.
Od dawna ostrzegano, że – łagodnie mówiąc – swoboda, z którą przedstawiciele „teatru reżyserskiego” traktują powierzone im dzieła (przerabiając je po swojemu, po czym wystawiając pod oryginalnym nazwiskiem i tytułem), może się źle skończyć: precedensowym wyrokiem sądu. Kilka lat temu austriacki trybunał jeszcze oddalił, w imię „swobód twórczych”, skargę widza, któremu na Festiwalu w Salzburgu zaserwowano, pod tytułem „Zemsta nietoperza” (2001, reż. Hans Neuenfels), trzy godziny trwające dziwne materii pomieszanie. Paryski wyrok nie broni jednak interesów klienta, przypominając raczej casus „Tramwaju zwanego pożądaniem” T. Williamsa, którego spadkobiercy zmusili paryski teatr Odéon do zmiany tytułu sztuki, przerobionej przez Krzysztofa Warlikowskiego (2010).
Wbrew temu więc, co pisze krytyk „Le Figaro”, paryski wyrok nie oznacza „kresu wolności interpretacji w muzyce i teatrze” – choćby dlatego, że muzycy wciąż grają to, co napisane. Następnym razem teatr sprawdzi jedynie, czy jeszcze żyje ktoś władny upomnieć się o prawa twórcy. Reszta repertuaru (w tym Wagner, którego rżnie piłą jego własna prawnuczka) nadal podlega systemowi, w którym, jak pisze pewien komentator, „tożsamość dzieła została obalona, autor wywłaszczony, a jego nazwisko traktowane jest jako bezpłatne logo reklamowe”. A przecież wystarczyło dać na afiszu dwie literki: „wg”, podpisując się odważnie pod swobodną adaptacją lub parafrazą – i nie byłoby afery. ©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]