Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Wers za wers

Wers za wers

17.05.2014
Czyta się kilka minut
Piotr Kamiński, tłumacz: W moich stosunkach z Szekspirem jest czynnik magiczno-metafizyczny. Przyjaźnimy się od bardzo dawna.
Przedstawienie „Juliusza Cezara” w londyńskim Globe Theatre, 1999 r. Fot. Richard Pohle / REX / EAST NEWS
M

MICHAŁ MIZERA: Skąd pomysł na nowego Szekspira? U znawcy opery i spełnionego krytyka, tłumacza?
PIOTR KAMIŃSKI: Dziesięć lat temu namówił mnie do tego Andrzej Seweryn, na potrzeby produkcji „Ryszarda II” w Teatrze Narodowym. Siedząc nad tym pierwszym przekładem poczułem, jak wielką sprawia mi to przyjemność. Inaczej mówiąc, decyzja nie wypływała z racjonalnej analizy potrzeb rynku, tylko z ochoty. Robiłem zresztą ten przekład w przerwie między dwiema wersjami książki o operze, która zajęła mi w sumie 13 lat. Na pozór z takiego Everestu można już tylko w dół... I wtedy właśnie Szekspir pojawił się jako świetny pomysł na resztę życia.
Współpracuje Pan blisko z Anną Ceterą, znawczynią dramatu elżbietańskiego. Na ile ważne w pracy tłumacza są nowe interpretacje Szekspira?
Podstawą przekładów jest zawsze... podstawa, to znaczy Pierwsze Folio z 1623 r., korzystamy jednak także z najnowszych wydań, gdzie szukam przede wszystkim informacji o tekście, o różnych, sprzecznych czasami wykładniach jakiegoś sformułowania, o ukrytym sensie aluzji czy nawet o skojarzeniach, które użyte przez Szekspira chwyty mogły, według badaczy, wywołać u ówczesnej publiczności. W ostateczności i tak muszę zawsze sam coś wybrać, a z czegoś zrezygnować, taka wiedza daje mi jednak poczucie bezpieczeństwa – rozszerzając zarazem przestrzeń swobody. Do tego jeszcze czuwa nade mną pani Anna, która wie o tych tekstach wszystko, a ponadto zna na wylot wszystkie polskie przekłady. Łączy ona cechy, o jakich marzy tłumacz: życzliwe zrozumienie intencji i bezlitosne kompetencje, nie wspominając o niepospolitym słuchu literackim. Oddaliśmy właśnie nasz szósty, wspólnie zrobiony tekst: „Kupca weneckiego”, który ma się ukazać na jesieni.
Jest to zresztą nie tylko pierwszy taki tandem w historii Szekspira po polsku, ale... pierwsza polska edycja krytyczna tych dzieł. W tak „szekspirowskim” kraju jak Polska! W Czechach na 400. rocznicę śmierci Szekspira w roku 2016 będzie takich edycji trzy. Każdy nasz tom opatrzony jest wstępem Anny Cetery – jestem pewien, że z czasem złoży się z nich osobny, fantastyczny zbiór esejów – i szczegółowym komentarzem. A do tego po raz pierwszy tłumacz nie tylko tłumaczy, ale i... tłumaczy się ze swoich decyzji w punktach spornych czy wątpliwych.
To strategia ważna również ze względu na specyfikę przekładu dramatów: byłoby dobrze, gdyby służyły także teatrowi. Pana teksty już przechodzą próbę sceny, często o kolejności ich powstania decyduje zamówienie teatru – podobnie jak w przekładach wcześniejszych, ze Słomczyńskim i Barańczakiem na czele, którzy pisali na zamówienia m.in. Konrada Swinarskiego czy Andrzeja Wajdy. Na ile doświadczenie sceny wpływa na ostateczny kształt przekładu?
Jest to, oczywiście, doświadczenie bezcenne. Decydującym czynnikiem była tu dla mnie pierwsza wizyta w zrekonstruowanym londyńskim teatrze Globe, piętnaście lat temu. Niewykluczone, że bez tego nie odważyłbym się tłumaczyć Szekspira. Niby wiemy, dla kogo było to wszystko pisane, gdzie i jak było grane, ale przekonać się na własnej skórze, jak dobrze znany tekst brzmi we właściwych sobie warunkach, jaki typ teatru i styl gry aktorskiej wymusza tak zbudowana scena i taka widownia – to zupełnie co innego. Szekspir nie pisał tych sztuk do czytania, ale do grania na scenie, i to właśnie na takiej scenie jak Globe.
Trzeba więc spełnić dwa warunki: tekst musi aktorowi „leżeć w pysku” i być natychmiast zrozumiały dla widza. Co do tego ostatniego, Szekspir zadbał o kilka poziomów rozumienia: najgłupszy z gapiów mógł się połapać, kto jest ten dobry, kto ten zły i co się dzieje, za to większość chwytała głębsze znaczenia i aluzje do aktualnych wydarzeń, plotek i skandali. Co do pierwszego kryterium zaś, nie zapisałem jeszcze kwestii, której bym przedtem wiele razy nie przeczytał na głos. Czasami przyłapuję się wręcz na tym, że „wymuszam” na przyszłym aktorze pewną interpretację, tak a nie inaczej układając słowa. No ale przecież nie pisze się sonat fortepianowych bez kontaktu z fortepianem...
Jaka jest Pana opinia o przekładach poprzedników?
Postanowiłem sobie, że nie będę komentować innych współczesnych przekładów. Uważam, że jeżeli moje tłumaczenia nie obronią się same, to im żaden adwokat nie pomoże, a już tym bardziej prokurator. Łatwiej mi natomiast mówić o starszych przekładach – poczynając od tzw. „kanonu”, czyli głównie Józefa Paszkowskiego i Leona Ulricha. Nieustannie do nich zaglądam i widzę fantastyczną robotę, jaką wykonali. Oczywiście, język i styl zestarzały się, ale wcale się nie dziwię Maciejowi Englertowi, że w swoim przedstawieniu „Hamleta” w warszawskim Teatrze Współczesnym sięgnął po Paszkowskiego. Jest u nich i zrozumienie tekstu, i bogactwo inwencji, i swoboda, i rygor. Ulrich na przykład w znacznym stopniu przestrzega wersyfikacji Szekspira, narzucając sobie dyscyplinę ilościową, która nam się ostatnimi czasy cokolwiek rozluźniła, a do której bezwzględnie postanowiłem wrócić: wers za wers.
A z późniejszych tłumaczy – bardzo wysoko cenię Romana Brandstaettera, który 60 lat temu zaczął pracę nad nowym kanonem, a przerwał ją niestety z przyczyn politycznych. Tam również znajdziemy piękny język, przejrzystość, celność metaforyki i wielkiej klasy poetycki „sznyt”. Szkoda, że o tych tekstach zapomniano.
Przetłumaczyć całego Szekspira to jak przyswoić na nowo cały świat. Trudno nie zapytać o osobisty aspekt tak intensywnego i głębokiego kontaktu z Szekspirem...
Przede wszystkim – nie mam zamiaru przetłumaczyć całego Szekspira. Jestem człowiekiem głęboko przesądnym i wiem, że podsłuchują nas złe duszki, a Pan Bóg najgłośniej się śmieje, kiedy człowiek robi plany na przyszłość. Mam zamiar skończyć sztukę, nad którą pracuję. Mam nadzieję zacząć i skończyć następną. Co dalej – to się okaże. Już to, że podpisałem kilka umów na zapas, wpędza mnie w egzystencjalną trwogę. A gdyby mi się nagle odechciało? Jest zresztą w kanonie kilka sztuk, na które po prostu nie mam ochoty – a obok nich arcydzieła, które już zrobiłem, albo koniecznie chcę zrobić, choć ich nikt w Polsce grać nie chce. Czy pan uwierzy, że „Komedię omyłek” zagrano u nas po wojnie 12 razy, a „Tymona Ateńczyka” – tylko trzy? A już zupełne kuriozum stanowi „Antoniusz i Kleopatra”, który ma się ukazać w przyszłym roku: wystawiono ten tekst po wojnie wszystkiego sześć razy (z czego tylko raz w Warszawie), po raz ostatni... 22 lata temu! To jedna z największych sztuk Szekspira! Jego najpiękniejsza para kochanków! Nic nie rozumiem.
W moich stosunkach z Szekspirem jest jakiś czynnik magiczno-metafizyczny. Przyjaźnimy się od dawna. Pamiętam, że bardzo wcześnie zafascynowało mnie to nazwisko i konkretne tytuły. Jako zupełny smarkacz wyjęczałem nawet od mojej biednej Mamy prezent w postaci pierwszego wydania „kanonu”, tego z białymi okładkami, choć przecież z samej lektury nie miałem wtedy żadnego pożytku. Zresztą zanim przeczytałem samego Szekspira, zaczytywałem się w „Opowieściach z Szekspira” Charlesa i Mary Lamb, które wyszły po wojnie po polsku. To bardzo pięknie napisana, ale prawie bajkowa wizja Szekspira „dla dzieci i młodzieży”, skąd wyrugowano wszystkie miazmaty dwuznaczności. Prawie dokładnie w tym samym momencie poznałem zresztą mojego drugiego „kolegę”, Wolfganga Amadeusza Mozarta, w którym też widziałem wówczas tylko rajski ogród. Dopiero później z obu wylazły jadowite żmije... I tak sobie rośniemy we trójkę od 50 lat... Tu jednak zaczęłaby się rozmowa o mnie, a to się nie godzi: tłumacz powinien być przezroczysty.

PIOTR KAMIŃSKI (ur. 1949) jest znanym tłumaczem literatury francuskiej i angielskiej, krytykiem muzycznym i dziennikarzem, opublikował m.in. dwa tomy przekładów Wisławy Szymborskiej na francuski. W 1997 r. został odznaczony francuskim Orderem Sztuki i Literatury. Od lat dzieli swój czas między Polskę i Francję, mieszka w Paryżu od 1982 r. (od czasu współpracy z Romanem Polańskim przy premierze „Amadeusza” Petera Shaffera w Théâtre Marigny). Po swoim opus magnum, którym okazał się przewodnik „Tysiąc i jedna opera” (PWM 2008, oryginalna wersja francuska „1001 Opéras”, Paryż 2003), rozpoczął pracę nad przekładami utworów Szekspira. Dotychczas ukazały się: „Ryszard II” (2009) w Wydawnictwach Uniwersytetu Warszawskiego, a następnie w W.A.B.: „Makbet” (2011), „Wieczór Trzech Króli” (2012), „Burza” (2012), „Opowieść zimowa” (2014). W przygotowaniu są m.in. „Kupiec wenecki”, „Miarka za miarkę” oraz „Antoniusz i Kleopatra”. Przy każdym tomie z tłumaczem współpracuje Anna Cetera z Instytutu Anglistyki UW, znawczyni dramatu elżbietańskiego, autorka m.in. książki „Smak morwy. U źródeł recepcji przekładów Szekspira w Polsce” (2009). To pierwsza tego typu polska edycja dzieł Szekspira, zarazem jedna z niewielu po polsku, która przyjęła za żelazną zasadę, by wers oryginału znalazł odzwierciedlenie dokładnie w wersie przekładu, wychodząc z założenia, że czas akcji scenicznej czy nawet poszczególnych kwestii jest także kategorią estetyczną, wymagającą poszanowania w tłumaczeniu. Przekłady te od razu przechodzą próbę sceny („Ryszard II” w reż. Andrzeja Seweryna, Teatr Narodowy 2004, „Wieczór Trzech Króli” 2011 oraz „Burza” 2012 w reż. Dana Jemmetta, Teatr Polski w Warszawie, monologi szekspirowskie w monodramie Andrzeja Seweryna „Szekspir forever!”. W próbach, w Teatrze Na Woli, jest „Kupiec wenecki”). Pół roku temu w warszawskim Teatrze Dramatycznym odbyła się także premiera „Nosorożca” Ionesco w tłumaczeniu Piotra Kamińskiego.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]