Czas papieru

Szacunku do papieru uczył mnie mój przyjaciel Arab.
Czyta się kilka minut

Pamiętam jego pokój w akademiku. Stos arabskich, angielskich i polskich gazet. Wszystkie ułożone równiutko, pod linijkę.

Parzył kawę z kardamonem w małych filiżankach. Palił. Rozkładał gazety na stole i mówił, o czym piszą w jego stronach. Potem opowiadał mi o swoim rodzinnym Damaszku. Domu w starej dzielnicy. Redakcji pobliskiej gazety, w której praktykował. Kawiarni, której bywalcy czytali prasę i kłócili się o politykę. Jego opowieści pachniały dziwnymi przyprawami, kusiły obietnicą podróży w nieznane.

Dziś papier jest tylko fotografią chwili. Bardzo szybko zaczyna trącić sepią. Po dniu, tygodniu artykuły są jak obrazki z fotoplastykonu. Nikt już nie układa gazet w równe kupki, wszyscy mają archiwa w komputerach i na tabletach.

Rzeczywistość przyspieszyła. Ledwo nadążają za nią wpisy na Facebooku. I tweety, które jeszcze jakoś się trzymają, choć są w strachu. Nowocześni ludzie za chwilę uciekną gdzie indziej.

A ja lubię jednak papier. Najbardziej w kawiarni, o kilka kroków od domu, gdzie w południe bywa mało osób. Mają tam dobry ekspres, puszczają wesołe piosenki o Paryżu. Rzecz dzieje się na placu Inwalidów – można więc przez chwilę ulec złudzeniu, że w filiżance odbija się czubek wieży Eiffla.

Ale papier jest bezwzględny. Przypomina, że to nie Paryż, lecz Warszawa: „PiS-owskie bojówki piszczały i lżyły”, na platformowych salonach „euforię zastąpił strach. Zamiast buńczucznych zapowiedzi widać przerażenie”.

Polarny świat nienawiści. Nie widać go za oknem kawiarni. Papier odzwierciedla tylko wzrost publicystycznych emocji, bo przecież nie rzeczywistość. Ta toczy się leniwie. Ludzie spacerują z psami, narzekają na pogodę, biegną do sąsiadów pożyczyć sól albo kupić znoszony, ale przecież ciągle piękny ciuch u Sue Ryder.

Papier wypełniał większą część mojego życia. Teraz kradną mi go urządzenia zasilane prądem. Bronię się przed nimi. Kiedy chcę coś uważnie przeczytać, drukuję. Kiedy piszę coś bardzo ważnego, biorę ołówek. Wiem, że kiedyś jakiś bies powysadza serwery i odłączy prąd. Wszystko to wyleci w powietrze.

Wówczas, jeśli ktoś będzie chciał poczytać o miłości, weźmie do ręki papier. Bo rękopisy nie płoną – to jedyna pewna rzecz na świecie.

Co z tego? Zauważyłem, że na Facebooku mam blisko tysiąc przyjaciół. To dwieście razy więcej niż w rzeczywistości. Ostatnio nawet jakaś spółka akcyjna chciała być moim kolegą. Jestem otwarty na znajomości, ale chyba nie aż tak bardzo.

Łapię się na tym, że z najbliższymi mi osobami coraz rzadziej rozmawiam, a coraz częściej komunikuję się przez społecznościowy „komunikator”.

Kilkanaście tygodni temu napisałem do mojego arabskiego przyjaciela na Facebooku. Był mi potrzebny do audycji w radiu. Nie odpowiedział. Facebook pokazywał, że jest gdzieś we Włoszech. Zrobiło mi się przykro, bo cokolwiek by się działo, zawsze sobie odpowiadaliśmy. To była podstawa naszej przyjaźni, warunek wspólnego bezpieczeństwa. Bo zawsze musi być na świecie człowiek, do którego zadzwonisz, gdy wszystko zwali się na łeb. Ale mój przyjaciel milczał. W duchu odebrałem to jako zdradę.

Zadzwonił sam po kilku dniach: – Spotkajmy się!

Kiedy przyszedłem spóźniony do kawiarni, kartkował już swoimi długimi palcami gazetę. Na stoliku pachniała świeżo zaparzona kawa.

– A więc byłeś we Włoszech?

– Tak – odpowiedział.

– Jak było?

– Wiesz, musiałem wykraść brata z obozu dla uchodźców. To było bardzo techniczne. Dogadać się z włoskim strażnikiem. Wsadzić brata do samochodu i przywieźć tutaj.

Zaczął opowiadać o podróży strachu. Obok niego siedział nie brat, ale wrak. Bez dokumentów. Wycieńczony podróżą na łodzi, którą przemytnicy wraz z tłumem innych nieszczęśników porzucili na środku morza.

– To wygląda tak: łódź ciągnie jakaś motorówka czy holownik. Potem oni odcinają linę i znikają. Ludzie zaczynają rozumieć, że są sami, że zginą, że wody nie starczy dla wszystkich... Zaczyna się piekło. Każdy chce przeżyć. Przeżywa, zgodnie z prawem natury, najsilniejszy. Potem ten najsilniejszy musi z tym żyć.

– Co zrobiłeś?

– Zamknęliśmy się w pokoju, kazałem mu opowiadać. W kółko. Cały czas od początku.

– Co teraz?

– Tam, w Damaszku została jeszcze matka, ona jest na to za stara. Muszę coś zrobić, jakoś ją wyciągnąć, ale nie wiem jak.

Uświadomiłem sobie, że przecież nie ma już Damaszku z naszych studenckich marzeń. Redakcji i kawiarni. Wojna, o której zdążyłem zapomnieć, zmiotła pachnące przyprawami ulice, napełniła je kurzem wybuchów i nienawiścią. Mój przyjaciel został z tą wojną sam na sam.

Piliśmy kawę w milczeniu. Na stoliku leżała gazeta. Bałem się zapytać, dlaczego nie powiedział mi o swojej wyprawie do Włoch? Dlaczego nie oczekiwał niczego ode mnie? Może lękał się, że usłyszy coś złego? Coś takiego, co mógłby wziąć za obojętność? Może nie chciał narażać na szwank naszej niemodnej znajomości z czasów papieru? ©℗

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 22/2015