Conrad zbuntowany. Esej dyrektorki programowej Festiwalu Conrada

Już pełnoletni, wciąż nieposłuszny – z takim nastawieniem zapowiadamy 18. edycję Festiwalu Conrada. Gen nieposłuszeństwa miał w sobie patron festiwalu – Józef Konrad Korzeniowski. Nim wyruszymy na wzburzone wody, by eksplorować kolejne przejawy buntu, popłyńmy pod prąd: do źródła.
Czyta się kilka minut
Joseph Conrad na pokładzie statku S.S. „Tuscania” przybywa do Nowego Jorku, maj, 1923 r. // Fot. Bettmann / Getty Images
Joseph Conrad na pokładzie statku S.S. „Tuscania” przybywa do Nowego Jorku, maj, 1923 r. // Fot. Bettmann / Getty Images

Kiedy po raz pierwszy wypowiedziałem na głos swoje pragnienie pływania po morzach – pisze Conrad – [p]oczątkowo, jak to bywa z dźwiękami niemieszczącymi się w skali, na którą nastrojony jest ludzki słuch, deklaracja ta przeszła bez echa. Jakbym jej wcale nie wygłosił. Później, próbując różnych tonów, zdołałem kilkakrotnie wzbudzić przelotne zainteresowanie – z gatunku »Co to za dziwny dźwięk?«. A jeszcze później – »Słyszeliście, co ten chłopak powiedział? Coś podobnego!«. Niebawem fala zgorszonego zdumienia (…) rozlała się z uniwersyteckiego miasta Krakowa na obszar kilku prowincji”.

Poza skalą

Jest rok 1868, kiedy jedenastoletni Konrad, oglądając mapę Afryki, namierza najmniej znany ze wszystkich nieznanych obszarów świata, by – z właściwym swojemu wiekowi zuchwalstwem – ogłosić: „Pojadę tam, jak dorosnę”. I rzeczywiście, zapowiedź chłopca, który nigdy nie widział morza, doczeka się realizacji. Pojedzie tam, w rejon Wodospadów Stanleya, ćwierć wieku później jako Joseph Conrad, mając przy sobie pęczniejący rękopis „Szaleństwa Almayera”, swojej debiutanckiej powieści.

Fregata „Joseph Conrad" wypływa z Sydney, 1936 r. // Fot. Underwood Archives / Getty Images

Rodzice Konrada – Ewa z Bobrowskich i Apollo Korzeniowski – zmarli, gdy ten był jeszcze dzieckiem. Ojciec uchodził za ideał szlachcica, romantycznego patriotę, który najbardziej na świecie pragnął, by jedyny syn został Polakiem. Po jego śmierci Konrad trafił pod kuratelę wuja, Tadeusza Bobrowskiego, o zdecydowanie bardziej przyziemnym poglądzie na życie. Kiedy usłyszał o pomyśle chłopaka na wypłynięcie w morze, przybył z Ukrainy, by wybić mu to z głowy. Misję wyplenienia „romantycznego szaleństwa” miał powierzyć nauczycielowi Konrada, Adamowi Pulmanowi, w czasie ich wakacyjnej wędrówki po Alpach. 

Pulman przekonywał przyszłego marynarza do porzucenia powziętych zamiarów podczas podróży koleją, rejsu parowcem po jeziorach, a nawet spaceru w promieniach osławionego wschodu słońca nad szwajcarskim szczytem Rigi. Po kolejnej niewiele wnoszącej dyskusji na temat braku przyszłości żeglugi miało dojść do porozumiewawczej wymiany spojrzeń. Piętnastolatkowi została rzucona w twarz diagnoza: „jesteś niereformowalnym, beznadziejnym Don Kichotem. Oto kim jesteś”. Temat został uznany za zamknięty, a wyprawę zakończyli w Wenecji, gdzie Konrad miał po raz pierwszy w życiu zobaczyć morze. Kiedy rok później skończył szkołę i mógł zająć się interesami w Krakowie, obaj z wujem wiedzieli, że nic z tego nie będzie.

Tyle tytułem mitu Josepha Conrada kreowanego w „Notatniku osobistym” (tłum. Hanna Pustuła-Lewicka) przez Józefa Konrada Korzeniowskiego. Po latach jego biografowie ustalą, że morze po raz pierwszy zobaczył podczas pobytu z babką w Odessie, a Bobrowski bez większych sprzeciwów zorganizował wyjazd siostrzeńca na południe Francji.

Poza czasem

Był znikąd i zewsząd, przez co kilkakrotnie rozszczepiał czas. Urodził się „gdzieś tam”, w Berdyczowie, na terenie dzisiejszej Ukrainy, 21 listopada lub 3 grudnia 1857 r. Pęknięcie w dacie urodzenia wynika z różnych momentów przejścia z kalendarza juliańskiego na gregoriański w bliskich mu krajach. Od dziecka często zmieniał miejsce pobytu; Kraków, w którym mieszkał chyba najdłużej, porzucił dla Marsylii, gdzie przyuczał się do wymarzonego fachu. Następne dwadzieścia lat spędził na wodach jako zawodowy marynarz, pływając na Karaiby, do południowo-wschodniej Azji, Australii i Afryki.

Chcąc ustalić, jak miał się Konrad w chwili osiągnięcia dojrzałości, odkrywam, że było ich kilka. W Imperium Rosyjskim, na terenie którego się urodził, podobnie jak we Francji, dorosłość osiągało się w chwili ukończenia dwudziestu jeden lat. Rok 1878 był być może najburzliwszym z momentów jego życia. W lutym, pogrążony w długach i zwątpieniu wynikających z braku możliwości wykonywania zawodu, podjął w Marsylii nieudaną próbę samobójczą. Całe szczęście rana po postrzale w pierś szybko się goiła i jeszcze w kwietniu Korzeniowski wsiadł jako nieoficjalny praktykant na statek „Mavis”. 10 czerwca po raz pierwszy postawił stopę na Wyspach Brytyjskich, a jesienią tego samego roku trafił do bardziej kosmopolitycznego Londynu, gdzie wreszcie rozpoczął karierę marynarską i w okolicach którego osiadł później na stałe.

Gdyby natomiast wyznaczać pełnoletność miarą krakowską, a więc galicyjską, osiągnął ją w wieku lat dwudziestu czterech. To moment doniosły, w dodatku bardzo fotogeniczny, opisany w „Notatniku…”: oto Józef Konrad Korzeniowski stoi na schodach Doku Świętej Katarzyny z licencją kapitana brytyjskiej marynarki handlowej w kieszeni. Moment, co poświadczają dokumenty, kolejnego ubarwienia własnej historii: wspomniany egzamin Konrad zdał dopiero w roku 1886. Odtąd komenderował odrywaniem się od brzegu i zaoczaniem lądu (pełnoletność krakowska zastała go na innym statku i w innej roli, o czym można przeczytać w biografii pióra Zdzisława Najdera, najpilniejszego z conradologów).

Wreszcie dojrzałość najważniejsza dla naszego bohatera. Pozostająca bez arbitralnie narzuconej daty, bo dojrzałości osiąganej na morzu nie może dyktować wiek. Nie zdobywa się jej wraz z wejściem na okręt; to wypadkowa intuicji, wiedzy i doświadczenia, które czynią majtka marynarzem. Podobnie jest z dojrzałością pisarską. Nie sposób wskazać, kiedy Conrad stał się pisarzem morza (sam zżymał się na tę etykietę). I choć zasłużył na miejsce w czołówce najwspanialej piszących o życiu na głębokich wodach, przyznaję: stał się kimś o wiele, wiele więcej.

Nie/bezpieczne książki

Opowiadając ten początek jeszcze inaczej, ponoć wszystko zaczęło się od książki. A książki to była przygoda pozwalająca na beztroskie podróże po świecie, wbrew tułaczce, którą zesłał na chłopca los. Z żeglugą w literaturze Konrad miał zetknąć się w wieku ośmiu, może dziewięciu lat, kiedy to siedząc w nogach łóżka ojca, podjął lekturę „Pracowników morza” Victora Hugo. Był to pisarz szczególnie drogi sercu Apolla; syn na głos czytał tekst jego przekładu powieści po korekcie. Podobno właśnie wtedy zapragnął wypłynąć w świat. Podobno – bo po zapoznaniu się z tą książką bardziej racjonalna wydaje się decyzja trzymania się od morza jak najdalej (dość powiedzieć, że morze jest tu żywiołem przede wszystkim złowrogim, a główny bohater ginie w nim śmiercią samobójczą, na dodatek ze złamanym sercem). Wiadomo, że za młodu zaczytywał się również w opowieściach Fredericka Marryata i Jamesa Fenimore’a Coopera, co trochę uwiarygadnia tę anegdotę. Abstrahując od skłonności Conrada do koloryzowania własnej przeszłości, lubię ten wątek conradowskiego mitu, bo dowodzi przekonania autora o wywrotowym potencjale literatury. Tylko od nas zależy, co zrobimy z treścią, którą z papieru przeniesiemy do swoich głów, i jakie będą tego konsekwencje.

Gdy czytam „Notatnik osobisty” Conrada, a później jego listy i biografie, od czasu do czasu nachodzi mnie złość, bo orientuję się, że znów dałam się nabrać jego barwnej opowieści. Jako pisarz pierwszorzędnie mylił tropy – zmyślał w historiach oddawanych czytelnikom jako autobiograficzne, własną przeszłość kamuflując w tych niby fabularnie odrealnionych. Za pomocą słów usiłował kreować się na marzyciela i zawadiakę, który od dzieciństwa zwinnie pokonywał kolejne trudności. Swój przyjazd do Londynu opisywał na modłę dickensowską, co w nikłym stopniu, jeśli w ogóle, przystawało do miasta, w którym znalazł się w 1878 r.

Odsłaniał się głównie w rozległej korespondencji; w jednym z listów wyznał, że jego historia i on sam rozsiani są po jego powieściach. I chyba rzeczywiście piszę o człowieku, któremu bliżej było do strapionych bohaterów z kart jego książek – wysiedlonych, wyobcowanych, zrozpaczonych. Jak zlicza Maya Jasanoff, biografka Conrada, samobójstwo popełnia siedemnastu z nich (sam autor liczył na to, że nikt nie dowie się o jego marsylskim epizodzie, podobnie jak chorobach, na które cierpiał). 

Żywioł pisarza

W sierpniu 1887 r. Konrad Korzeniowski zaokrętował się jako pierwszy oficer na parowcu SS „Vidar”, którym raz za razem odtwarzał trasę, pływając na północ i na południe od Cieśniny Singapurskiej. Podczas jednego z kursów, na pomoście na Berau, w indonezyjskiej części Borneo, spotkał holenderskiego kupca Charlesa Olmeiera, w którego postaci dostrzegł potencjał do stworzenia opowieści o (nie)możliwości spotkania kultur Wschodu i Zachodu. Konrad źle znosił monotonię, dlatego schodząc z „Vidara” w styczniu 1888 r., szykował się do kolejnej wolty w swoim życiu. Po przerwie podejmie jeszcze żeglugę, jednak odnaleziony po latach były kapitan wspomnianego parowca wyzna, że za każdym razem, kiedy schodził do kajuty zamienić słowo ze swoim pierwszym oficerem, ten coś pisał. Sam Conrad wielokrotnie powtarzał, że zajął się literaturą, by nie zwariować, mimo że męczył się przy tym niemiłosiernie. 

„Szaleństwo Almayera” powstawało w dużej mierze na statku, jednak autor po pióro na dobre sięgnął dopiero po ostatecznym zejściu na ląd w 1894 r. Debiutancka książka Josepha Conrada ukazała się kilka miesięcy później. Odtąd niemal co rok, do końca życia, publikował kolejne dzieła. Zawsze miały one w sobie gen nieposłuszeństwa, a także coś ze samospełniającej się, upiornej przepowiedni. 

W „Lordzie Jimie” Conrad uwypuklił skutki przemian technologicznych w transporcie morskim, które dziś z łatwością możemy czytać w kontekście rozwoju sztucznej inteligencji. „Jądro ciemności”, literacki zapis doświadczeń z pobytu pisarza w Kongu, punktuje zakłamanie, chciwość i przemoc europejskich rządów, bezwzględnie potępiając imperializm i ludobójstwo. Osnuty wokół terrorystycznego ataku bombowego w Londynie „Tajny agent” może posłużyć za komentarz do eskalacji islamskiego terroryzmu. „Nostromo” obnaża nadużycia kapitalizmu demaskowane podczas kolejnych finansowych krachów…

Bohaterowie Conrada stają się zakładnikami czasów postępującej globalizacji. Ich rzeczywistość naznaczona jest migracjami, współdzieleniem świata z ludźmi innych nacji, rewolucją przemysłowo-technologiczną. Muszą odnaleźć się w świecie, w którym stare zasady już nie obowiązują, a nowe jeszcze nie zostały ustanowione. Sto lat później żyjemy w rzeczywistości, w której wyczekiwany wówczas nowy porządek okazuje się równie nieadekwatny. 

Bez końca

Ze wskazaniem momentu wejścia w pełnoletność Festiwalu Conrada nie ma kłopotów. Choć obecna rzeczywistość nie jest ani trochę spokojniejsza, nikt już nie bawi się czasem (za to sam czas zyskał status najcenniejszej z walut). Ratuszowa latarnia na krakowskim Rynku wyznacza nam kierunek literackich poszukiwań od 2009 r., tej jesieni Conrad osiągnie więc dojrzałość.

Jako wieloletnia uczestniczka tego wydarzenia wiem, czym jest ono dla mnie, jednak przygotowując program tegorocznej edycji, pytałam o tożsamość Festiwalu Conrada osoby, które spotykałam na swojej drodze. Awangardowy, mainstreamowy, punkowy, wymagający, elitarny, nieoczywisty, zawsze o krok przed – padały kolejne odpowiedzi. Żadna z nich nie wyklucza pozostałych. Myślę sobie, że Festiwal Conrada jest jak morze: „otwarte dla wszystkich i nie dochowujące wierności nikomu, roztacza swój czar na zgubę najlepszych” – jak pisze nasz patron w „Zwierciadle morza” (tłum. Aniela Zagórska). Odzierając tę frazę z goryczy doświadczonego marynarza, który widział, jak wzburzona woda igra ze wszystkim, dostrzegam w niej nieposłuszną odwagę poszukiwania: idei, tekstów, ludzi, którzy z nami zostaną, przynajmniej do następnego razu. Tylko pozwalając sobie na zagubienie, można na powrót się odnaleźć. 

Dajmy się uwieść Conradowi, który – jak morze – mimo różnych oblicz, mimo otwartości jako jedynej stałej, pozostaje wierny samemu sobie. Wsiądźmy na pokład okrętu, który opowieścią prowadzi nas od lądu do lądu. Oderwijmy się od brzegu w poszukiwaniu nowych literackich kompasów. Gdzie zaoczymy ląd, tego nie wie nikt. Buntujmy się. 

Przed nami jest świat. Bez końca.


Wspieraj Festiwal Conrada! Kup bilety dobrej woli i festiwalowe pamiątki »


Organizatorzy Festiwalu Conrada: Miasto Kraków, KBF, Fundacja Tygodnika Powszechnego
Partnerzy strategiczni: Tygodnik Powszechny, Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z dodatku Magazyn Conrad nr 2/2026