Po raz pierwszy w życiu rozkraczam się, siadając jak mi najwygodniej na siedzeniu w pociągu. Zupełnie jak mężczyzna naprzeciwko, ale jemu nie powtarzano od dziecka, że ma siedzieć ze złożonymi kolanami. Nie odważyłabym się, gdyby nie złe samopoczucie i to, że nie jestem w stanie tak bardzo się skulić jak zwykle, zająć tak mało miejsca. Przecież nie jestem jakaś szczególnie nieśmiała, ale tabu to tabu. I przecież w spodniach się rozkraczam, więc nie jest to szczególnie bezwstydne. Przyznam, że fascynuje mnie to, iż wielu mężczyzn nie ma z tym rozpieraniem się w przestrzeni żadnego problemu. Ilekroć napierają na mnie z obu stron w tramwaju, metrze czy autobusie rozkraczone męskie kolana, staram się przynajmniej nie kulić się nadmiernie, nieco swoją przestrzeń odzyskać. Ale żeby tak bezwstydnie zabierać cudzą?
W tym pociągu więc usprawiedliwiam się w myślach, choć nikt nie pyta. Jednocześnie czytam książkę Natalii Waloch „Bo nie”, w której dziennikarka „Wysokich Obcasów” namawia właśnie do tego, by odmawiać światu, rzucać wyzwanie odruchom własnej socjalizacji, nie zawsze dyscyplinować ciało i żądać więcej. Książka niczym terapia na dylematy, które właśnie przeżywam. Nie zrozumcie mnie źle, to nie książka namawiająca, żeby zupełnie nie myśleć o innych, ale taka, która mierzy się z socjalizacją kobiet, nauczonych, by rzadko myśleć o sobie i swoich potrzebach.
A że długa droga czeka mnie tego dnia, to przeczytam też drugą książkę, znów feministyczną. Wywiad Katarzyny Sroczyńskiej z psycholożką i psychoterapeutką prof. Barbarą Józefik „Gender w gabinecie. Rozmowy o ciele, płci i relacjach”. Oprócz fascynujących rozmów feministycznie wrażliwej dziennikarki z feministycznie wrażliwą psycholożką cieszy też to, że taką rozmowę można przeczytać w wydaniu Biblioteki Więzi. Nie co dzień katolickie wydawnictwa, zamiast demonizować, traktują gender jak narzędzie czytania świata. Czuję dzięki temu, jakby było normalnie. Jakby katolicyzm nie wykluczał się z widzeniem świata z perspektywy wiedzy o płci kulturowej, tym jak postrzegamy siebie w ciele i co nam to robi z głową, związkami i stosunkiem do samych siebie.
Jadę więc przed siebie i czytam, udając, że synod zakończony w Rzymie wcale nie jest rozczarowaniem. Wakacje mam, krótkie, jesienne. Nie zamierzam się złościć, nie planuję przeżywać. Przecież gdy zaczynał się te trzy lata temu, już wtedy niewiele się po nim spodziewałam. Już wtedy bałam się, że nabierzemy się na te konsultacje, partycypację, a będzie jak zwykle. No i jest. Jasne – końcowy dokument zawiera paragraf o poszerzaniu pola posługi kobiet, ale bez konkretów. Resztę wyjaśni się w komisjach i watykańskich gabinetach. Współczesna historia zna już takie wyjaśnianie spraw kobiet w Kościele, w gabinetach i komisjach tworzonych przez mężczyzn.
Gorsze jest może to, że przy całym mówieniu o synodalności wiemy, iż rozmowę o posługach kobiet zablokowało osobiste papieskie poczucie Franciszka, że na to jeszcze nie czas, że sytuacja nie dojrzała. Co to za ułomna synodalność, jeśli decyduje ostatecznie głos jednej osoby? I co za słaba sakramentologia, która do tych samych zadań mężczyzn uzbraja w role, tytuły i szczególne łaski (czyli święcenia), a kobiety wysyła jak bądź. Niech idą, ogarną, dadzą przecież radę…
Trochę mną w środku ten finał synodu telepie, ale mam wakacje. Udaje mi się zachować pozory obojętności do momentu, gdy na naszych łamach „Tygodnika” czytam krótki wywiad z księdzem Halikiem, który twierdzi, że ci, którzy oczekują od synodu radykalnych zmian w instytucjach Kościoła, prezentują postawę klerykalną. Jak jednak ma się zmienić scentralizowany rzymski katolicyzm, skoro wystarczy, by papież nie czuł tematu zmian roli kobiet, a cała dyskusja, karmiona głosami globalnych konsultacji, natychmiast wyhamowuje? Jak on sobie inaczej wyobraża zmianę instytucji, która za nadmierne oddolne eksperymenty potrafi wyrzucić z diecezji całą parafię, lub teologa z uczelni, bo w końcu ma kodeks prawa oraz długą tradycję ekskomunik i wciąż potrafi ich użyć?
Wracam do moich pociągowych lektur i dumam, co by znaczyło dla kobiet rozeprzeć się w Kościele jak nigdy wcześniej, niczym ja w tym fotelu. Zagarnąć bezwstydnie przestrzeń i przestać udawać, że kolejne kilkadziesiąt lat męskiego dumania nad naszą rolą przetrwamy na tym skraweczku siedzenia.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















