Rzymska policja odgrodziła Watykan kordonem sanitarnym od wrogich myśli, kobiecych pragnień i powołań

Patriarchat państwowy wsparł patriarchat kościelny. I tylko dziwi, że tyle trudu poświęca się temu, żeby kilkadziesiąt kobiet nie mogło pokrzyczeć przez pół godziny pod kongregacją, jakie postulaty przynoszą z różnych części świata.
Czyta się kilka minut
Zuzanna Radzik // Fot. Grażyna Makara
Zuzanna Radzik // Fot. Grażyna Makara

Dokładnie dziesięć lat temu, też wczesną jesienią, zadłużyłam kartę kredytową, żeby polecieć do Londynu na spotkanie Women’s Ordination Worldwide – grupy organizacji działających na rzecz kapłaństwa kobiet. Alicja Baranowska, ich wieloletnia polska członkini, wyłowiła mnie jako tygodnikową blogerkę piszącą o kobietach w Kościele i przekonała koleżanki, żeby zgodziły się na dziennikarkę-obserwatorkę. To, co słyszałam przez te kilka dni, było zupełnie inne niż wszystko, co wiedziałam dotąd o Kościele. Stałam z boku, przyglądałam się, pytałam. Dudniło mi w głowie całe moje katolickie i teologiczne wykształcenie: łamią prawo kanoniczne!, tego nie można!, rety, skąd one się wzięły?! A jednocześnie gdy szłam wieczorami na pociąg, serce mówiło: to są wolne kobiety, dawno nie spotkałaś kogoś, kto tak kocha Kościół. Ale też kogoś tak odważnego w wyobrażaniu sobie, jakie zmiany są możliwe.

Opisałam tamto spotkanie i działaczki, ale tekst wtedy nie poszedł, chociaż po prostu eksplorowałam w nim nowe dla mnie zjawisko różnorodnego ruchu: kobiet wyświęconych wbrew Rzymowi na księży, innych, które czują powołanie, ale nigdy nie zdecydują się złamać reguł, i ich sojuszniczek. Wtedy ze złości zaczęłam pisać książkę. Dekadę później jestem w Rzymie podczas pierwszego tygodnia sesji synodu o synodalności, i piszę o tym w „Tygodniku”.

Znów jesteśmy w Rzymie razem: organizacje na rzecz kapłaństwa kobiet, diakonatu kobiet i reform Kościoła. Już nie mam żadnych oporów: przemawiam, planuję happeningi, włączam się w akcje innych organizacji, również tych wprost będących za kapłaństwem kobiet. Przyjechałam jako katolicka działaczka feministyczna, nie dziennikarka. Jest też jedenaście uczestniczek z Polski! Na bezpłatnych urlopach, często na własny koszt, inne jako stypendystki naszego stowarzyszenia TEKLA. Tłumaczki, specjalistki od komunikacji i zarządzania, urzędniczki, HR-ówki, wielodzietne matki, singielki – nie ukrywam, pękam z dumy, że tyle nas się zebrało. Nie tylko dlatego, że ważne jest patrzenie kościelnej władzy na ręce, ale też dlatego, że takie spotkania, które tworzą więzi w akcji, są paliwem naszego oddolnego feminizmu. Robionego na oparach pieniędzy, po pracy, a jednak kreatywnego i radosnego, pełnego nadziei, a jednocześnie doprawionego goryczą.

Piszę to rano przed naszym marszem na Watykan. Wiadomo, będzie to małe zgromadzenie, może czterdzieści-pięćdziesiąt osób, wydajemy się dość niegroźne. Wczoraj dostałyśmy pozwolenie na legalny marsz, ale – inaczej niż prosiłyśmy – zamiast dziesięciominutowego odcinka w stronę placu św. Piotra, policja wyrysowała nam szlak czterdziestominutowego spaceru odciągający nas daleko w miasto, przez rozkopane przed rokiem jubileuszowym ulice, jak najdalej od tych, do których usiłujemy wołać. Patriarchat państwowy wspierający patriarchat kościelny. I tylko dziwi, że tyle trudu poświęca się temu, żeby kilkadziesiąt kobiet nie mogło pokrzyczeć przez pół godziny pod kongregacją, jakie postulaty przynoszą z różnych części świata. Watykan odgrodzony kordonem sanitarnym od wrogich myśli, kobiecych pragnień i powołań.

Tylko dlaczego my jesteśmy na tych ulicach? Jeszcze przed erą papieża Franciszka synody były konferencjami dla biskupów, na których nie było realnej, wolnej dyskusji. Potem, ku zaskoczeniu wszystkich, argentyński papież zaczął słuchać i namawiać do szczerości. W tym sensie waga synodów i tego, co będzie na nich mówione i głosowane, wzrosła. Byłyśmy tu z protestem w 2018 r., żądając równego głosu na synodzie dla kilku przełożonych zakonów żeńskich, potem i w kolejnym roku. Działałyśmy na ulicach, a jednocześnie cisnęłyśmy temat listami i w gabinetach. I synod zmienił się bardziej, niż się spodziewałyśmy: jest na nim grupa świeckich uczestniczek i uczestników, którzy mają prawo głosu. Chociaż wciąż, jeśli spojrzeć na zdjęcia z otwarcia, jest to synod w przeważającej części złożony z biskupów i księży.

Czy to jest adekwatna reprezentacja Kościoła? Czy takiej reprezentacji i procesu decyzyjnego chcemy? No więc dlatego parę dni urlopu zamiast na wakacjach spędzam w Rzymie na demonstracjach. Bo myślę, że czas na inny Kościół: włączający, z adekwatną reprezentacją kobiet. Synodalny – taki nam na tym synodzie obiecywano. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 41/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Watykan w kordonie