Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

„Co Pan robi w tych Gliwicach”

„Co Pan robi w tych Gliwicach”

05.10.2011
Czyta się kilka minut
Lata gliwickie przynoszą szczytY jego poezji. Ale jest to również okres frustracji.
B

Bardzo dawno temu Julian Tuwim napominał Różewicza: "Ale, na miłość Boską, co Pan tam robi w tych Gliwicach", i należy przyjąć obiekcje autora "Kwiatów polskich". Decyzja, by zamieszkać w Gliwicach, motywowana niechęcią do stadnych, koniunkturalnych i mocno złośliwych środowisk literackich, wydawać się mogła absurdalna. Dużo bardziej przekonujący jest fakt osobisty. W Gliwicach mieszkała przyszła żona poety. Tak więc Różewicz wybiera "zsyłkę" do wielokulturowych, niemniej prowincjonalnych Gliwic, żeby spędzić tu lata 1949-68, z dala od tworzących się establishmentów. Ostentacja gestu, jego anachoretyczny wymiar, w obliczu powszechnej mobilizacji do nowych "celów i zadań" literatury, do dzisiaj budzi mój podziw. Przy czym jest to podziw w "planie historii literatury". Jest to podziw głupi. Bowiem to, co przeżył w Gliwicach Różewicz-twórca, pisząc swoje najlepsze tomy wierszy i sztuki, nijak się ma do różnych osobistych tragedii, perturbacji i frustracji.

Tragedię obrazuje tom "Matka odchodzi" z 1999 r. To jeden z niewielu w polskiej poezji najnowszej przekonywających dokumentów utraty, absurdu, cierpienia, które nie uświęca niczego i nikogo. Utraty widzianej z perspektywy ponad 40 lat. Matka poety zmarła w 1957 r. Pochowano ją na cmentarzu nieopodal domu, w którym mieszkali. Jeszcze dekadę temu zdarzało się widywać Tadeusza Różewicza nad grobem matki. Widok ten pozostaje dla mnie świadectwem tego, co zwykliśmy, w poczuciu obowiązku, nazywać pamięcią o zmarłych, a co powinno posiadać wymiar jak najbardziej realnego obcowania z tymi zmarłymi. To obcowanie stanowi sól poezji Różewicza. Chyba żadna liryka powojenna nie ukonkretniła tego obcowania tak, jak zrobił to Różewicz w swoim suchym, protokolarnym i neutralnym języku. O ile jego wiersz potrafił pomieścić w sobie pandemię śmierci kultury, stać się kontenerem na odpadki liryki uwznioślającej człowieka w jego uzurpacjach do bycia czymś więcej niż tylko nawozem historii, o tyle rozpadł się przy próbie opisu śmierci matki. Ale rozpad jest zwycięstwem tej poezji.

"Acheron w samo południe" to jeden z niewielu wierszy Różewicza, który wyzyskuje topografię Gliwic. Cele te, jak zwykle u Różewicza, wydają się być radykalnie tanatyczne. Perturbacje humanistycznej reprezentacji czegokolwiek to horyzont interpretacyjny "Nic w płaszczu Prospera". Żyjąc nader skromnie, w częstokroć niedogrzanym mieszkaniu na ulicy Zygmunta Starego, pisze Różewicz taką oto diagnozę, jak się wydaje, naszego tu i teraz: "nic płodzi nic / nic wychowuje nic / nic czeka na nic / nic grozi / nic skazuje / nic ułaskawia". Chyba żadna inna zwrotka polskiego poety nie zbliża się do tego punctum granicznego, za którym poezja jest już tylko mową pisma i niczym poza tym. Skoro możemy zgodzić się, że Beckett zamknął modernizm w obszarze anglo- i francuskojęzycznym, zgódźmy się, że tym, kto zrobił to na gruncie polszczyzny, jest Różewicz. Praktyczne zastosowania: "Kartoteka" i "Grupa Laokoona". Pisane w Gliwicach.

Płodny twórczo czas gliwicki był również okresem frustracji. Nie ma co ukrywać, że Gliwice tamtego czasu były nieporównywalne z Wrocławiem, do którego poeta w końcu wyjechał, zaś Gliwice niewiele zrobiły, by poetę u siebie zatrzymać. Technokratyczne, produkowały rzesze absolwentów Politechniki, bardzo zresztą dobrej. I tak stały się - jak mówi Adam Zagajewski - "miastem opuszczonym przez poetów". Pomimo że Różewicz miał w Gliwicach sporo przyjaciół, nawiązał stosunki z śląskim środowiskiem pisarskim, często podróżował po świecie, te 20 lat nie zapisało się w jego biografii szczególnie szczęśliwie.

W 90. urodziny Tadeusza Różewicza zastanawiam się, czy jego twórczość faktycznie stanowi najpierwszy punkt orientacyjny dla poetów piszących dzisiaj?

Kiedyś w obiegu literackim funkcjonował frazes, że Różewicz dochował się największej liczby epigonów. Cóż, prawdopodobnie tak było. Z tym, że dzieło Różewicza jest absolutnie "nierozwojowe", w sensie swojej szczelnej jedyności. Analogicznie rzecz ma się z poetykami Witolda Wirpszy, Mirona Białoszewskiego, Rafała Wojaczka. To uniwersum idealnie zamieszkałe przez demony autora, przez jego konsekwentne aż do znużenia zwątpienie, wreszcie przez ból, do którego tylko on ma dostęp.

Jest to również dzieło arcyprywatne i w tym widzę paradoks odbioru Różewicza. Przyzwyczailiśmy się, a czas współczesny temu sprzyja, do komicznej, niemal maturalnej kazuistyki: jak wojna, to Różewicz, jak Auschwitz, to Różewicz, jak kultura wyczerpania i upadek wielkich narracji, to także Różewicz, absurd istnienia - oczywiście Różewicz. Wszystko to prawda, przy czym wyobraźmy sobie anachoretę, na którego barki nagle spada obowiązek świadczenia tym wszystkim kataklizmom. Sam Różewicz zresztą pięknie potrafi "obejść" przeróżne obowiązki poety polskiego. Ostatnie lata przyniosły szereg publikacji, z których wyłania się zgoła inna, zwolniona z patetycznych obowiązków persona. Tę personę czasami można podziwiać na tych nielicznych zdjęciach, gdzie Tadeusz Różewicz uśmiecha się do nas jak dziecko. Dziecko, które przeżyło wszystko, co najgorsze. I może sobie teraz popatrzyć na nasze zabawne wysiłki powiedzenia o nim czegoś w pełni prawdziwego.

Jego dzieło jest jeszcze przed nami i tymi, którzy przyjdą po nas. O nas i o nich sam poeta wiedział już całkiem sporo i w "Żarcie patetycznym" z tomu "Rozmowa z księciem" (1960) pisał: "Nie do potomnych / przecież nie ma sensu / być może to będą potwory (...) będę mówił do wszystkich / którzy mnie nie czytają / nie słuchają nie znają / nie potrzebują / Oni mnie nie potrzebują / ale ja ich potrzebuję".

Móc się przydać do czegoś, zwłaszcza do czegoś tak nieprzydatnego jak literatura, to dla nas zaszczyt. I to jest ocalenie, o które również może chodzić.

Krzysztof Siwczyk (ur. 1977) jest poetą, eseistą, aktorem. Ostatnio opublikował książkę poetycką "Koncentrat" oraz zbiór szkiców "Ulotne obiekty ataku".

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]