Co o dzisiejszych elitach władzy ujawnił serial „Dzień zero”

Nawet jeśli za długi i artystycznie nieudany – serial jest prowokacyjną i nieoczywistą politycznie diagnozą stanu znacznej części amerykańskich i europejskich elit. Jaką diagnozę im wystawił?
Czyta się kilka minut
Tomasz Stawiszyński // Fot. Karol Paciorek
Tomasz Stawiszyński // Fot. Karol Paciorek

W nieszczególnie udanym artystycznie, ale ciekawym diagnostycznie serialu „Dzień zero” – w reżyserii Erica Newmana, z Robertem De Niro w roli głównej – od samego początku wodzeni jesteśmy za nos. I bardzo dobrze, to wszak fundamentalny mechanizm każdego porządnego thrillera czy kryminału: mylić tropy, podsuwać błędne hipotezy i dopiero na końcu odsłonić prawdę. Rozbiwszy uprzednio, ma się rozumieć, wszelkie piętrowe teorie na temat autentycznej tożsamości złoczyńcy, jakie widzowie bądź czytelnicy zdążyli sobie po drodze spreparować. Jednak przy całej typowości tego serialu, zakończenie czyni różnicę. 

Z góry ostrzegam tych, którzy jeszcze „Dnia zero” nie oglądali, a chcieliby – za chwilę będzie spoiler. Decyduję się nań z wyżej wskazanego względu – rzecz jest znacznie ciekawsza jako prowokacyjna diagnoza dzisiejszego stanu rzeczy, aniżeli filmowa rozrywka.

Uruchamianie odtwarzacza...

O czym jest „Dzień zero”?

Oto Ameryka staje się ofiarą gigantycznego cyberataku. Na chwilę – krótką, ale wystarczającą do wywołania powszechnej paniki – znika prąd, przestają działać internet i GPS. Najważniejsze instytucje państwowe są bezradne. Na czele zespołu mającego odnaleźć sprawców, ale i uspokoić rozchwiane społeczne nastroje, staje George Mullen, były prezydent cieszący się dużym zaufaniem, a przy tym człowiek ze skomplikowaną przeszłością (w tej roli De Niro). Zagadkę rychło i pomyślnie rozwiązuje, choć finał okazuje się niemałym zaskoczeniem.

Owszem, jeden z głównych złoczyńców to wprawdzie biały heteroseksualny mężczyzna w późnośrednim wieku (jak wiadomo – źródło wszelkiego zła), niemniej – a tak to zwykle ostatnimi czasy bywa, zwłaszcza w brytyjskich serialach – ani z niego prawicowo-populistyczny radykał, ani nawet chrześcijański fundamentalista. Wręcz przeciwnie: to raczej przedstawiciel politycznego centrum (choć partyjnej przynależności bohaterów twórcy zasadniczo nie ujawniają). 

Podobnie – część jego wspólników, którzy, jak córka Mullena, mają wyjściowo całkiem dobre intencje. A zatem, reasumując, największy w historii USA cyberatak – tak to prezentują twórcy „Dnia zero” – przeprowadzają elity, które chcą w ten sposób przypomnieć społeczeństwu, jak bardzo jest bezbronne, podzielone, a przez to podatne na rozmaite uwiedzenia. A przy okazji – jakżeby inaczej – planują zyskać dla siebie jeszcze więcej władzy.

Jak się od samego początku domyślamy, Mullen nie tylko to wszystko odkryje, ale jeszcze – pomimo rozmaitych nacisków, zastraszeń, szantaży moralnych i emocjonalnych – ujawni. I w ten właśnie sposób, paradoksalnie, ale w zgodzie z optymistyczną logiką filmową, przywróci obywatelom wiarę w porządek demokratyczny i odporność instytucji. Zwłaszcza że jedną z osób uwikłanych w tajną zmowę elit będzie także jego własna córka. Mullen odrzuci więc lojalność rodzinną na rzecz państwowej. Zobaczcie, są jeszcze na tym świecie – pocieszają nas twórcy „Dnia zero” – prawdziwi mężowie stanu.

Artystycznie nieudany, nietrzymający napięcia - a jednak stawia ważną diagnozę

Serial ten – powtórzę: artystycznie nieudany, nietrzymający napięcia, momentami utykający fabularnie, ewidentnie za długi – wydał mi się niezwykle prowokacyjną i nieoczywistą politycznie diagnozą stanu znacznej części amerykańskich i europejskich elit. Wciąż przywiązanych do pewnego typu opowieści o świecie, głęboko zakorzenionych w charakterystycznym dla lat 90. przekonaniu o nieuchronnym końcu historii, zwieńczonym liberalną demokracją i globalizacją.

Otóż twórcy „Dnia zero” zadają przedstawicielom tych elit, beneficjentom status quo – do których sami się przecież zaliczają – jedno fundamentalne pytanie: jak się zachowacie (jak się zachowamy), kiedy wasza (nasza) pozycja ulegnie zachwianiu? I jeszcze: jak daleko jesteście (jak daleko jesteśmy) w stanie się posunąć, żeby – w imię, owszem, ważnych dla was (nas) wartości, w imię sprawy waszym (naszym) zdaniem słusznej i szlachetnej, ale także, nie oszukujmy się, w imię zajmowanych pozycji, prestiżu i potęgi – utrzymać system, który rozpada się nie za sprawą jakiegoś zamachu stanu czy wrogiego przejęcia, lecz wyborców wycofujących wam (nam) mandat i przyznających go waszym (naszym) oponentom? 

A do tego – last but not least – jaki to będzie miało dalekosiężny wpływ na stan demokracji? Na przyszłość polityki? Wreszcie – na samych wyborców, którzy przyglądają się tym starciom, a następnie przy urnach decydują, kto wypada z gry, a kto do niej triumfalnie wkracza?

Co ujawnia „Dzień zero”?

W kontekście niebywale intensywnej atmosfery politycznej dookoła, dyskusji, sporów, konfliktów, wojen podjazdowych, rozliczania przeciwników przed sądem i wytaczania przeciwko nim najwyższych możliwych dział – oskarżeń o agenturalność tę czy inną, zarzutów o wywrotową antysystemowość itp. – pytania stawiane przez „Dzień zero” brzmią zaskakująco aktualnie. 

Owszem, to filmowa fantazja, owszem, pokazuje sytuację ekstremalną – kiedy politycy w sposób najbardziej dosłowny z możliwych interpretują zasadę „cel uświęca środki” – ale niekiedy właśnie przez pryzmat fikcyjnego ekstremum da się wyraźnie dostrzec jakieś rzeczywiste procesy. W tym przypadku ilustrujące prostą regułę: istotnie, sprawowanie władzy jest testem dla demokracji, ale jest nim również utrata władzy albo widmo takiej utraty.

I dotyczy to w tym samym stopniu wszystkich bez wyjątku aktorów politycznego spektrum: prawicy, lewicy i środka.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 0.00 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 15/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Test na demokrację