Jednym z najważniejszych wątków „Magnifica humanitas”, pierwszej encykliki Leona XIV, wydaje mi się polemika z tzw. realizmem. Świetnie wiadomo, do kogo się papież tutaj odnosi, choć żadne nazwisko oczywiście w tekście nie pada. Ale nawet gdyby padło, należałoby je potraktować wyłącznie jako emblemat, mianownik wielu aktywnych dziś postaci i zjawisk.
John Mearsheimer, amerykański politolog z Uniwersytetu w Chicago, jest rzeczonego „realizmu” najbardziej znanym teoretykiem. Ale tak naprawdę pod tą nazwą – w wydaniu Mearsheimera wzbogaconą jeszcze o przymiotnik „ofensywny” – ukrywa się idea stara jak sama ludzkość. Streścić da się ją następująco: wojna jest nie tylko źródłem i ojcem wszechrzeczy (jak ongiś zauważył Heraklit), lecz także przeznaczeniem i koniecznością. Była i będzie, nic tego nie zmieni, pokój to zaledwie dłuższy lub krótszy antrakt.
Dlatego należy przyjąć wojenną rzeczywistość za układ domyślny, nieustannie ćwiczyć się w walce i uparcie dążyć do zwycięstwa. Polityka bowiem – czy szerzej: w ogóle jednostkowe i zbiorowe życie – jest ciągłym ścieraniem się i konfliktem, w którym wszelka racja, także moralna, znajduje się zawsze i tylko po stronie tego, kto wygrywa. Bez względu na zastosowane środki.
Ów „realizm” stał się istotnym budulcem „kultury potęgi”, o jakiej traktuje znaczna część encykliki. Leon zwraca uwagę na zwyżkującą dziś w świecie tendencję: nieograniczone dążenie do władzy, dominacji i bogactwa. Znów, niby nic nowego, współcześnie jednak pełną parą pracują na jej rzecz nowoczesne technologie. W efekcie normalizuje się i rozpowszechnienia specyficzna buchalteria, która jednostki i dylematy moralne redukuje do statystyki.
Śmierć cywilów w konfliktach o zasoby; decyzja, czy bombardować albo otwierać ogień; rozstrzygnięcia, od których mogą zależeć losy milionów osób – wszystko to w realiach sztucznej inteligencji daje się policzyć, a następnie przedstawić w formie odpowiedniego bilansu. Takiego – co najważniejsze – pod którym nie podpisuje się żaden ludzki podmiot, lecz maszyna stwarzająca iluzję, że można dobro i zło, cierpienie i los przedstawić w formie słupków, tabelek i sald.
„Tymczasem sąd moralny nie daje się sprowadzić do obliczeń; zakłada on sumienie, osobistą odpowiedzialność i uznanie drugiego człowieka za osobę. Dlatego nie wolno powierzać sztucznym systemom decyzji śmiercionośnych ani w ogóle nieodwracalnych”.
No właśnie, „sąd moralny nie daje się sprowadzić do obliczeń”. Nasuwa się pytanie: skąd papież to wie? Skąd czerpie uzasadnienie dla pojawiającego się kilka akapitów dalej dictum bezpośrednio wymierzonego w fatalizm „realizmu”: „pokój nie jest naiwną nadzieją ani jedynie brakiem wojny: jest owocem – zawsze możliwym – sprawiedliwości i miłosierdzia”?
Naturalnie, nie ma na to empirycznych dowodów, nie da się tego wykazać w wywodzie, który na czysto racjonalnym poziomie można by przeciwstawić wywodowi konkurencyjnemu. Zresztą, byłoby to w (nomen omen) duchu owej konkurencji – uznać, że mamy tu do czynienia wyłącznie z kwestią do racjonalnego rozstrzygnięcia. Tymczasem nie sposób sformułować żadnych ostatecznych argumentów, dzięki którym wybór „cywilizacji miłości”, a zatem opcji, którą Leon XIV przeciwstawia „kulturze potęgi”, wypadnie na poziomie czystej pragmatyki bardziej opłacalnie.
Ba, z perspektywy czystej pragmatyki może się on właśnie jawić całkiem absurdalnie i głupio. Porzucić dążenie do potęgi, odstąpić od przemocy, przejrzeć na wylot fantazję o własnej omnipotencji, być gotowym do poświęceń na rzecz innych, otaczać opieką i ochroną słabszych, wybaczać sobie i innym, budować świat oparty na współpracy i pokorze, nie zaś na współzawodnictwie i dominacji?
Istotnie, nawet wypowiedzenie czegoś takiego na głos naraża w naszych czasach na śmieszność i szyderstwo. Tyle że, przekonuje Leon XIV, istnieje pewien niewidoczny gołym okiem a fundamentalny porządek rzeczy, zgodnie z którym – wbrew zaś „zwierzchnościom i mocom”, wbrew algorytmom oraz ich buchalteriom i obliczeniom – ten właśnie wybór jest wyborem najwłaściwszym i najlepszym.
Rzecz w tym jednak – jak już wspomniałem na początku – że te wirtualne „zwierzchności i moce”, coraz potężniejsze, coraz silniejsze, wytrwale pracują na rzecz skłonności „realistycznej”. Z jednej strony wyjątkowo sprawnie obsługują ową skłonność, z drugiej wciąż stymulują jej niekontrolowany wzrost, a w przyszłości może nawet do jakiegoś stopnia przejmą nad nią kontrolę.
„W takiej atmosferze – to znowu Leon XIV – nihilizm i pragmatyzm splatają się ze sobą i prowadzą do normalizacji najcięższych błędów: religijne ekstremizmy i fanatyzmy tożsamościowe sprzymierzają się z irracjonalnym ekonomizmem, podczas gdy polityka z łatwością ucieka się do dezinformacji, ośmieszania przeciwnika oraz systematycznego budowania lęków i resentymentów”.
Jak skutecznie oprzeć się tym tendencjom? Papież naturalnie ma na to swoje recepty, ale niezależnie od tego, czy je przyjmujemy, czy nie, jedno wydaje się niewątpliwe – warunkiem sine qua non porzucenia „kultury potęgi” jest zrozumienie, że w niej tkwimy. I że sami ją nieustannie zasilamy, umiejętnie prowadzeni przez coraz bardziej autonomiczne maszyny. Zanim się więc całkiem zautonomizują, powinniśmy wprząc je w pracę na rzecz wartości stojących na antypodach owego nieszczęsnego „realizmu”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.








