Co się dzieje z niesprzedanym jedzeniem

W Polsce marnuje się rocznie prawie 5 mln ton żywności. Globalnie – jedną trzecią wyprodukowanego jedzenia. Moglibyśmy nim nakarmić wszystkich ludzi cierpiących głód.

12.12.2022

Czyta się kilka minut

Ewelina Głowacka, freeganka oskarżona o kradzież jedzenia ze śmietnika. Białystok, sierpień 2022 r. / WOJCIECH WOJTKIELEWICZ / POLSKA PRESS / EAST NEWS
Ewelina Głowacka, freeganka oskarżona o kradzież jedzenia ze śmietnika. Białystok, sierpień 2022 r. / WOJCIECH WOJTKIELEWICZ / POLSKA PRESS / EAST NEWS

Ewelina Głowacka w sierpniu zabrała ze śmietnika przy białostockiej Biedronce pomidory, banany, marchewki, jogurty i śmietanę. Ochroniarz sklepu wezwał policję, a kobieta została ukarana mandatem w wysokości 200 zł, który uchylił jednak sąd. W uzasadnieniu postanowienia zaznaczył, że „rzeczy porzucone nie mogą stanowić przedmiotu kradzieży”, a zabrane odpady nie miały znaczącej wartości. Argumentował też, że kobieta nie wiedziała, iż sklep przechowuje w kontenerach produkty o wartości handlowej, gdyż pojemniki były niezabezpieczone i nieoznakowane. W społecznym rozumieniu kosz na śmieci to miejsce dla rzeczy, których już nie potrzebujemy i chcemy się ich pozbyć, w domyśle zrzekając się prawa własności.

Przedstawiciele właściciela sieci, Jeronimo Martins Polska S.A., uważają, że to, co wyrzucone, nie przestaje należeć do porzucającego. Biuro prasowe poinformowało nas również, że jedzenie, które zabrała kobieta, nie nadawało się do przekazania organizacjom pozarządowym, do czego obliguje sklepy wielkopowierzchniowe Ustawa o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności z 19 lipca 2019 r. Pytania o kryteria oceny żywności, częstotliwość i tryb przekazywania jej do organizacji pozarządowych oraz to, dlaczego w koszu znalazły się warzywa i owoce, które można by przetworzyć i obrobić termicznie, zostały bez odpowiedzi. W wiadomości z Jeronimo Martins czytamy m.in., że „do pojemników recyklingowych trafia żywność po przekroczeniu terminu przydatności do spożycia, i o taki pojemnik chodziło w tej sprawie. Odpady ze sklepów odbierane są przez wyspecjalizowane firmy zajmujące się ich dalszym przetwórstwem, np. na biogaz. Podkreślamy, że spożywanie produktów po terminie przydatności, znajdujących się w kontenerach na odpady, może być szkodliwe dla zdrowia, m.in. dlatego prawo nie pozwala na ich przekazywanie do dalszego spożycia”. Agnieszka Koc, dyrektor ds. ochrony środowiska w Biedronce, informuje również, że firma „nie była i nie jest stroną w dalszym postępowaniu związanym z tą sprawą”. W mailu sieć podkreśla, że 70 proc. całej żywności przekazywanej w Polsce do organizacji pożytku publicznego pochodzi od niej.


PRZECZYTAJ TAKŻE:
Mamy renesans kiszonek. Wróciły na polskie stoły przez drugą stronę świata. Przeszły długą drogę, od ubogich przetworów do modnego superfood. Bo kwaśny to nasz smak. Zwłaszcza zimą >>>>

Dziurawe prawo

Sprawa budzi kontrowersje, gdyż od lat wiadomo, że wiele towarów nawet po upłynięciu daty ważności jest wartościowych i bezpiecznych dla konsumenta. Z tego m.in. zrodził się ruch freegan, osób świadomie rezygnujących z konsumpcyjnego stylu życia i poszukujących jedzenia w kontenerach lub jadłodzielniach. Działają z pobudek ideowych, ale nie są żywieniowymi kamikadze, którzy jedzą śmieci. Do tzw. skipowania nie przymusza ich głód czy trudna sytuacja finansowa. To, co zabierają ze śmietników, dokładnie oglądają, jak wielu konsumentów.

Dlaczego więc wielka firma występuje (wzywając policję) przeciwko osobie, która zabrała kilka rzeczy z otwartego i dostępnego dla każdego kontenera? Joanna Kądziołka z Polskiego Stowarzyszenia Zero Waste na pierwszym miejscu wymienia kwestie wizerunkowe. Według niej skiperzy demaskują, że być może nie wszystkie sklepy działają zgodnie z prawem i nie przekazują żywności organizacjom pozarządowym lub nie chcą sprzedawać jej po obniżonej cenie, co sprawia, że psuje się i wymaga utylizacji. Sklepy boją się też, że ktoś ze skiperów kiedyś w końcu się zatruje (dotychczas nieznane są podobne przypadki), a krytyka spadnie na sieć. Kądziołka zaznacza przy tym, że sytuacje takie jak ta z Białegostoku trafiają na lukę prawną: – W Niemczech skipowanie jest zabronione, ale w Stanach Zjednoczonych dozwolone pod pewnymi warunkami. W Polsce nikt się nie zajął prawem dotyczącym zabierania jedzenia ze śmietników i nie wiem, czy chciałabym, aby to się stało. Obawiam się, że wtedy zostałoby ono prawnie zabronione.

Jest jeszcze co najmniej jedna luka. Ustawa o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności wprawdzie nakłada na sklepy obowiązek zawarcia umowy z organizacją pozarządową na nieodpłatne przekazywanie żywności, obliguje do prowadzenia kampanii edukacyjnych na temat racjonalnego gospodarowania jedzeniem oraz ponoszenia opłat za jego marnowanie, jednak to prawo dotyczy tylko „przedsiębiorstw spożywczych” o powierzchni sprzedaży powyżej 250 m2.

– Mamy teraz w Polsce wysyp mikrosklepów. To prawo ich nie obejmuje i muszą zapisywać niesprzedaną żywność jako stratę. Na jednej z wegańskich grup na Facebooku widziałam wpis właściciela jednego z nich. Nie chciał wyrzucać jedzenia, wolał, aby ktoś je zabrał i wykorzystał. Jednocześnie miał obawy, że działa niezgodnie z prawem, więc ogłosił, że tylko w wiadomości prywatnej napisze, gdzie zostawi niesprzedaną żywność – opowiada Kądziołka, która w przeszłości sama chodziła na „skipy”. – Na początku wstydziłam się tych wypadów. Obawiałam się, że znajomi pomyślą, iż jestem uboga. Takie są społeczne skojarzenia.

Kup, wyrzuć, zapomnij

Największym odbiorcą niesprzedanego jedzenia z sieci handlowych, któremu zaraz upłynie termin ważności, jest Federacja Polskich Banków Żywności. – Od początku roku do października otrzymaliśmy ponad 14 tys. ton z dużych sklepów – mówi Norbert Konarzewski, dyrektor Biura FPBŻ. – Do tego dochodzi żywność pochodząca od dystrybutorów, hurtowni, producentów, przetwórców oraz z Programu Operacyjnego Pomoc Żywnościowa. Dzięki temu w 2021 r. banki żywności wsparły ok. 1,5 mln osób potrzebujących w Polsce, przekazując im łącznie ponad 58 tys. ton jedzenia.


PRZECZYTAJ TAKŻE:
ŚWIERK, DRZEWO ODWAŻNE. Rosną u nas od ponad 2,5 miliona lat, dużo dłużej niż gatunek ludzki. A ich szum będzie prawdopodobnie brzmiał jeszcze po naszym odejściu >>>>

Z banków żywności produkty trafiają m.in. do noclegowni i domów dla bezdomnych, jadłodajni, świetlic środowiskowych, hospicjów, domów dziecka, ośrodków wychowawczych i tych wspierających kobiety samotnie wychowujące dzieci.

Konarzewski podkreśla, że dla banków żywności kluczowym elementem jest bezpieczeństwo przechowywania otrzymanego jedzenia. – Przekroczona data ważności, przerwanie cyklu chłodniczego czy nieszczelne, rozerwane opakowanie dyskwalifikują taką żywność z dalszej redystrybucji – tłumaczy.

To zrozumiałe, że śmietana czy jogurt z uszkodzonym wieczkiem nie powinny znaleźć się w transporcie do banków żywności. Dlaczego jednak nie może zabrać ich osoba, która tego samego dnia zrobi z nich użytek, bo troszczy się o ograniczenie nadmiernej produkcji, a tym samym o energię i klimat? Może rację miał Martín Caparrós, gdy pisał: „Wyrzucanie czegoś do śmieci jest gestem władczym. Pokazującym, że człowiek może się obejść bez dóbr, o które inni się ubiegają. (...) Miła jest władza posiadania, ale nie tak jak władza wyrzucania: pokazywania, że się czegoś nie potrzebuje”.

Nic tak dobrze nie obrazuje skali marnowania jak liczby. W ramach Programu Racjonalizacji i Ograniczenia Marnotrawstwa Żywności policzono, że „od pola do stołu”, czyli na etapach produkcji, przetwórstwa, dystrybucji i konsumpcji w Polsce, rocznie marnuje się ponad 4,8 mln ton żywności. Aż za 60 proc. odpowiadają gospodarstwa domowe, za 31 proc. – przetwórstwo i produkcja, 7 proc. – handel, a po 1 proc. należy do gastronomii i transportu.

Wniosek jest oczywisty: to my, konsumenci, marnujemy najwięcej. W książce „Ukryta konsumpcja” Tatiana Schlossberg zauważa, że brak szacunku do jedzenia stał się w naszych czasach społeczną normą: „Nikt nie myśli, że to dziwne, by zjeść pół hamburgera, a resztę wyrzucić”. W Polsce niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie usłyszał w domu: „Zjedz chociaż mięsko, ziemniaki zostaw”.

Cztery smutne prawdy

Z czego – poza dziurawym prawem – wynika nasza jedzeniowa dezynwoltura?

Po pierwsze: kłopotliwy termin przydatności. Z badań FPBŻ z 2019 r. wynika, że 64 proc. Polaków nie rozróżnia pojęć „najlepiej spożyć przed” i „należy spożyć do”, a to prowadzi do wyrzucania dobrej żywności. Tymczasem pierwsze sformułowanie odnosi się do jakości jedzenia i określa datę minimalnej trwałości. Po jej upływie żywność może zmienić konsystencję, kolor czy zapach, ale nie jest zepsuta (np. słodycze, kasze, makarony). „Należy spożyć do” dotyczy terminu przydatności do spożycia, a więc bezpieczeństwa żywności. Zwykle pojawia się na produktach mlecznych, sokach niepasteryzowanych, rybach, mięsie. Według zaleceń należy je zjeść najpóźniej w wyznaczonym dniu.

Po drugie: żywność jest zbyt tania. Z perspektywy dzisiejszej 20-procentowej inflacji (na samym jedzeniu i napojach bezalkoholowych) brzmi to być może mało przekonująco, ale to wciąż prawda. Kilogram łopatki wieprzowej bez kości możemy kupić za 11 zł, bo w jej cenie nikt nie ujął kosztów środowiskowych – zużytej wody, paszy czy choćby ogromnej emisji gazów cieplarnianych, które stanowią ok. 20-30 proc. całości (z czego ok. 15 proc. globalnej sumy pochodzi z hodowli zwierząt). Mimo coraz mocniej odczuwalnej inflacji, w krajach rozwiniętych koszty jedzenia nadal są stosunkowo niskie i stanowią dużo mniejszy procent domowego budżetu niż w krajach ubogich. Najwięcej za marnowanie żywności płacą więc najbiedniejsi.


PRZECZYTAJ TAKŻE:
KAROLINA WIGURA: Wojna nie uchyliła głębokiego podziału kulturowego i politycznego. To podział, który mocno wiąże się z interpretacją i skutkami transformacji >>>>

Po trzecie: marchewka była krzywa, a cytryna wyglądała jak muppet. Nie tylko ludzi, ale też jedzenie oceniamy po wyglądzie. Wielkie sieci handlowe i konsumenci faworyzują to, co równe, proste (albo krągłe) i błyszczące. Próżno tam szukać koślawych pietruszek, pomarszczonych buraków czy piegowatych jabłek – jeśli takie się znajdą, niewielu po nie sięga. Wygląda na to, że w świecie idealnych obrazków z Facebooka, Instagrama czy TikToka zapominamy, że warzywa i owoce nie biorą się z internetu, tylko z ziemi, a natura nie znosi nudy. Problem jest na tyle duży, że na świecie pojawiają się już nie tylko kampanie informacyjne, próbujące oswoić konsumentów z nieidealnymi owocami i warzywami, ale również firmy stawiające sobie za cel zmianę podejścia do estetyki żywności. Np. ­Perfectly Imperfect Produce w USA, która skupuje od rolników „brzydkie” warzywa i owoce, po czym sprzedaje je klientom o 30-50 proc. taniej niż sklepy.

Po czwarte: za dużo kupujemy, za dużo podajemy do stołów (nawet w restauracjach), nie planujemy. Z raportów banków żywności wynika, że zbyt duże zakupy (bez wcześniej sporządzonej listy), przygotowywanie nadmiernej ilości jedzenia, przeoczenie daty ważności albo wręcz zepsucie produktów – to główne przyczyny wyrzucania ich. Grzechem jest też nadmierne gromadzenie zapasów, czego kulminacją był początek pierwszej fali pandemii. Niepewność jutra, mimo uspokajających apeli władz, skłaniała nas do wypełniania wózków jedzeniem ponad miarę. Sporą część z tych zapasów trzeba było później wyrzucić. Niewiele nas to jednak nauczyło. Z raportu polskich banków żywności wynika, że Polacy najczęściej wyrzucają pieczywo (prawie 63 proc. badanych), owoce (ponad 57 proc.) i warzywa (ponad 56 proc.). Ponadto przed pandemią zbyt duże zakupy zdarzyło się robić 19 proc. badanych, w pandemii – aż 29 proc. Na szczęście jednocześnie odsetek osób planujących zakupy wzrósł z 49 do 54 proc., a o 12 proc. wzrosła liczba ludzi, którzy starali się nie dopuścić do zepsucia czy zmarnowania jedzenia.

Jako konsumenci z pewnością mamy sporo za uszami (a raczej w śmietnikach i kanalizacji), ale bez winy nie jest też sam system. Produkcja na przemysłową skalę, wadliwa logistyka dystrybucji, spekulowanie cenami oraz traktowanie żywności jako użytecznego towaru tylko do czasu, gdy da się ją sprzedać po rynkowej cenie – to grzechy systemowe. A polityka Rosji pokazuje, że nawet sam eksport zboża może stać się użyteczną bronią, i to masowego rażenia.

Szukanie oszczędności

W ostatnich latach, gdy rośnie świadomość rozpędzającego się kryzysu klimatycznego, coraz głośniej zaczyna się jednak mówić o ruchach less waste i zero waste, które sprzeciwiają się konsumpcjonizmowi (w tym marnowaniu jedzenia) i przekonują, że oszczędzanie zasobów oraz gospodarka o obiegu zamkniętym, wykorzystująca wtórnie produkty, są jedynymi sposobami, by ten kryzys opanować. W internecie popularność zaczęły też zyskiwać osoby, organizacje i firmy przybliżające krok po kroku, jak dobrze przechowywać żywność, gotować z resztek, odnawiać, używać mniej oraz wykorzystywać ponownie. Wśród nich są m.in. Kasia Wągrowska (­@kasia_ograniczamsie, 48 tys. obserwujących na Instagramie), Joanna Ryfka (@szafasztywniary, ponad 70 tys. obserwujących), a ostatnio również Karolina Nowicka, znana jako Pani od Oszczędzania (ponad 70 tys.).

– Odkąd zaczęłam planować zakupy, moje wydatki na żywność spadły o 25-30 proc., i to bez rezygnacji z jakości tego, co kupuję – zapewnia Nowicka. – Ten wynik powinien zachęcić każdego. U mnie w skali miesiąca to 300-400 zł. Wcześniej wydawaliśmy z mężem na jedzenie między 350 zł a 400 zł tygodniowo. Teraz to jest ok. 250-300 zł.

Pani od Oszczędzania przyznaje, że wcześniej robiła zakupy chaotycznie i dopiero między półkami zastanawiała się, co będzie jadła i czego potrzebuje. Obecnie w każdą niedzielę przegląda szafki, lodówkę, zamrażarkę, gotuje z resztek, a później tworzy listę zakupów i jadłospis na kolejny tydzień. W poniedziałek zaś idzie z listą do sklepu i się jej trzyma. Przegląda też promocje w dwóch sklepach, do których chodzi najczęściej.

Karolina Nowicka podkreśla, że dobre przechowywanie jedzenia po zakupach to podstawowy warunek. – Często pakujemy zakupy byle jak, upychamy w lodówce i szafkach. Nie zastanawiamy się, czy na pewno produkt powinien być przechowywany w niskiej temperaturze, czy leży w dobrym miejscu, czy coś nie przyspiesza jego psucia. A to kluczowe kwestie, dzięki którym marnowanie żywności mam zredukowane do minimum. To się wciąż zdarza, bo jestem tylko człowiekiem, ale w moim domu stanowi ułamek procenta.

Rosnącą popularnością podczas drożyzny cieszą się również aplikacje do ratowania jedzenia z piekarni, cukierni i restauracji. Najpopularniejsze z nich to Too Good To Go oraz Foodsi (można tu ratować również rośliny z kwiaciarni albo kosmetyki).

Beata Pałczyńska, Too Good To Go: – Zauważyliśmy, że od stycznia do sierpnia 2022 r. zainteresowanie ratowaniem jedzenia znacznie wzrosło, zarówno w Polsce, jak i na świecie [firma ma zasięg międzynarodowy – red.]. Użytkownicy zaczęli korzystać z aplikacji, by mieć dostęp do przystępnej cenowo żywności. Nie tylko z restauracji, ale też ze sklepów wielkopowierzchniowych. Liczba uratowanych paczek z supermarketów i piekarni wzrosła w tym czasie globalnie aż o 45 proc.

Aplikacje na swoim telefonie może zainstalować każdy, a ceny produktów stanowią zwykle jedną trzecią tej pierwotnej. Podobnie każda piekarnia, restauracja czy sklep może zgłosić się poprzez stronę internetową, by udostępniać paczki do ratowania. Nie jest konieczne podpisywanie umowy. Od każdej wystawionej w systemie paczki pobierana jest opłata, którą firma przeznacza na pokrycie kosztów operacyjnych oraz edukację dotyczącą niemarnowania jedzenia.

– Jedna z naszych flagowych kampanii, „Często Dobre Dłużej”, powstała po to, by zwracać uwagę na kwestię dat ważności – mówi Pałczyńska. – Zachęcamy do użycia zmysłów, by ocenić, czy jedzenie jest nadal zdatne do spożycia.

Wzrosła nie tylko liczba aktywnych użytkowniczek aplikacji (to kobiety stanowią większość), ale również liczba wystawianych paczek. Konsumenci oszczędzają w ten sposób na podstawowych produktach spożywczych i jedzeniu poza domem. Z tego powodu właściciele restauracji, kawiarni i piekarni sprzedają na pewno trochę mniej, więcej za to wystawiają paczek po niższej cenie, by żywność nie trafiła do kosza, a oni mogli odzyskać choć część pieniędzy. Dla branży gastronomicznej nie są to zapewne optymistyczne wiadomości. Jednak gdyby kryzysy takie jak inflacja, wojna i katastrofa klimatyczna mogły mieć choć jedną dobrą stronę, niech będzie nią większy szacunek dla każdej kruszyny chleba. Do tego nam jeszcze daleko. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 51-52/2022

W druku ukazał się pod tytułem: Władza wyrzucania