Brokat i ryby


„Córki dancingu” to szalona i okrutna opowieść o kobiecym dojrzewaniu.
Czyta się kilka minut
Anita Piotrowska / / Fot. Grażyna Makara
Anita Piotrowska / / Fot. Grażyna Makara

Miały być frutti di mare, a został bałagan po karnawale” – słyszymy w jednej z filmowych piosenek i aż by się chciało wypożyczyć te słowa do podsumowania całości. „Córki dancingu” zaczynają się bowiem z dyskotekowym przytupem, a dokładnie szlagierem „I Feel Love” Donny Summer wykonanym brawurowo przez Kingę Preis, potem szaleństwo rośnie, oscylując między musicalem w stylu camp, baśnią dla dorosłych i horrorem klasy B, by w końcu pozostawić nas na dancingowym parkiecie z lekkim zawrotem głowy.

Bo z filmem Agnieszki Smoczyńskiej jest jak z jedzeniem surowej ryby – nie każde podniebienie go przyjmie. Pomysł, by na peerelowski dancing w centrum Warszawy wpuścić dwie syreny i uczynić z nich gwiazdki estrady, jest zaiste karnawałowy. Zwłaszcza że Srebrna i Złota, obdarzone syrenim wdziękiem Marty Mazurek i Michaliny Olszańskiej, nie mają wiele wspólnego ani ze stołecznym herbem, ani z popularnym w owym czasie samochodem mało- litrażowym, ani nawet z baśnią Andersena czy disnejowską kreskówką. Pierwszy dysonans, który wprowadza reżyserka, to zderzenie dancingowego show-biznesu z oślizgłą cielesnością wodnych stworzeń. Skandalem nie jest wcale ich półnagość czy niedojrzałość, ale naturalistyczna rybiość właśnie, czyli subtelne dziewczęce ciało sklejone z węgorzym ogonem.

Widać, że scenarzysta filmu Robert Bolesto ma za sobą psychoanalityczną lekturę „Małej syrenki”, demaskującą lęk przed kobiecą seksualnością i biologią, a także ukryty w baśni przekaz dotyczący kobiecego podporządkowania, poświęcenia i symbolicznej niemoty. Dlatego filmowe syreny nie są istotami pasywnymi, ale drapieżnymi półrybami, na modłę tych ze starożytnych mitologii. Albo z podszytych upiorną dziecięcą fantazją obrazów Aleksandry Waliszewskiej, które stały się inspiracją dla twórców filmu i nawet pojawiają się w jego animowanej czołówce. Ponętne bohaterki porozumiewają się za pomocą tajemniczych głębinnych dźwięków, zostają uzbrojone w ostre zęby i wyposażone w instynkt zemsty. Nie zawahają się, by tego użyć, kiedy tylko dostrzegą, że ludzie wcale nie kochają syrenek – próbują je eksploatować jako estradowe czy seksualne dziwo, a jednocześnie piętnują ich inność.

W taki oto sposób film rozbrzmiewający „Beatą z Albatrosa”, „Bananowym songiem” i „Daj mi tę noc”, z pięknym striptizem w wykonaniu Magdaleny Cieleckiej, zamienia się w horror tryskający auto- ironią i posoką. Efektem jest filmowa hybryda, a więc twór o kształcie trochę syrenim, w którym obsypane brokatem obrazki ze świata peerelowskiej rozrywki próbują przemycić okrutną w gruncie rzeczy opowieść o kobiecym dojrzewaniu. Reżyserka nie dba o zachowanie stylistycznego balansu. Jej surrealistyczne rozpasanie dla jednych może być bałaganiarską szarżą, dla innych zaś przywilejem debiutantki nieskrępowanej (jeszcze) narracyjną poprawnością.

Punktem wyjścia „Córek dancingu” była ponoć wyimaginowana biografia sióstr Wrońskich z grupy Ballady i Romanse, odpowiedzialnych za muzyczną stronę filmu. Ich matka grywała przed laty na dancingach, stąd znajomość tematu, przepuszczona przez nostalgię i silnie estetyzujący filtr. W dziecięcych fantasmagoriach ponurych lat 80. dancing może jawić się niczym kolorowa wyspa czy wręcz oaza wolności. Syreny, tyleż powabne, co odrażające, wprowadzają sporo zamieszania w ten ekstatycznie roziskrzony, ale jednak kontrolowany świat. Czy każdy podda się ich występnemu urokowi? Dotychczas uległo mu jury festiwalu w Gdyni, honorując film nagrodą za debiut i za charakteryzację, oraz selekcjonerzy z Sundance, którzy zaprosili „Córki” do konkursu głównego. Dla rodzimego widza będzie to doskonały test tego, co zwykliśmy nazywać dobrym smakiem, ale także okazja do refleksji nad granicami wolności we współczesnym i przyszłym polskim kinie. ©℗


„CÓRKI DANCINGU” – reż. Agnieszka Smoczyńska. Polska 2015. W kinach od 25 grudnia.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 51-52/2015