Z Putinem czy z Europą – twój wybór”: pierwszy człon tego wyboru, czyli nazwisko rosyjskiego prezydenta, wydrukowano na czarnym tle. Drugi, opcja europejska, na polu czerwonym, którego brzeg domyka łagodnie uśmiechnięta twarz Enrica Letty i logo kierowanej przezeń Partii Demokratycznej.
Inne wersje tego dwubiegunowego plakatu głoszą: „dyskryminacja / równe prawa” „paliwa kopalne / energia odnawialna” „NoVax / nauka i szczepionki” itd. Proste jak cep koncepty najłatwiej jest przedrzeźniać i nie minęło dużo czasu, by w sieci pojawiły się parodie. Najsławniejsza – „z boczkiem / z podgardlem” – odnosiła się do odwiecznego sporu, jaki kawałek wieprzowiny należy użyć do carbonary. Letta nie przestraszył się szyderstwa i oświadczył na Twitterze: „Z podgardlem, od zawsze i na zawsze”.
SPORO GŁOSÓW może kosztować go ta deklaracja. Ale niekoniecznie tylko dlatego, że zraził do siebie amatorów boczku. Mrugając do Włochów okiem, Letta zaprzeczył idei skrajnej polaryzacji, którą jego kampania miała podkreślać. Wszak to centrolewica próbowała – od początku tej kampanii, niespodziewanej i improwizowanej – określić wybory w niedzielę 25 września jako moment, gdy trzeba postawić tamę faszyzmowi. Główna partia bloku centroprawicowego, czyli Bracia Włosi Giorgii Meloni, takie solenne wezwanie uwiarygadnia – przynajmniej w warstwie symboli i rodowodów, bo niekoniecznie już w warstwie deklaracji i programów, o czym za chwilę.
Ale skoro nadchodzi ostateczne starcie i wzywa się do „frontu ludowego” przeciw złu, nie czas na dowcipy. „Giacomo Matteotti nie popijał kawki z Mussolinim” – komentowali publicyści zdjęcia Letty i Meloni, jak gawędzą w przerwie kampusu politycznego, organizowanego w sierpniu przez wpływowe środowiska katolickie w nadmorskim Rimini. Matteotti to wybitny socjalista i mąż stanu, zatłuczony w latach 20. XX w. przez bojówki „czarnych koszul”. Współczesny zaś lider, odwołujący się do ówczesnych „czerwonych”, zachowuje się wobec domniemanej faszystki jak kulturalny polityk europejski.
JEDYNA DOTĄD debata twarzą w twarz tej kampanii, zorganizowana przez dziennik „Corriere”, też przebiegała w atmosferze raczej akademickiej wymiany zdań. Zwłaszcza że wymarzona „faszystka” Meloni, do zwalczania której Letta był przygotowany, już nie istnieje. Przeszła bowiem w warstwie programowej i retorycznej metamorfozę. Prezentuje się obecnie jako konsekwentna konserwatystka, działająca w ramach porządku demokratycznego i wyrażająca tylko „normalny” punkt widzenia na ważne kwestie kulturowe i społeczne.
W dodatku Meloni jest lojalnie atlantycka, w kwestii wojny w Ukrainie nie tyle antyrosyjska, co proamerykańska (ale to na jedno wychodzi). Wobec zaś Unii zapowiada tylko silną asertywność: grozi, że brukselscy urzędnicy przestaną mieć z Włochami łatwo. Co nie jest dla wyborców niczym nowym, bo o tym, że ich państwo jest chorym ogniwem Unii (zwłaszcza strefy euro), słyszą od co najmniej dekady – i to niezależnie, kto rządzi.
CZYTAJ TAKŻE
KIM JEST GIORGIA MELONI, NAJPEWNIEJ PRZYSZŁA SZEFOWA RZĄDU W RZYMIE: Blond faszystka, krzycząca baba – tak nazywają ją polityczni przeciwnicy. To polityczka, która bezpardonowo dzieli świat na „my i oni” >>>
Meloni sprawnie maskuje często bardzo prawicowy przekaz – np. w sprawie przerywania ciąży zapewnia, że nie zamierza niczego „zaostrzać” (za dostępnością aborcji opowiada się w sondażach ok. 80 proc. także jej wyborców), a jedynie egzekwować obecne prawo. A prawo to de facto daje władzom lokalnym i szpitalnym duże pole do wprowadzania tylnymi drzwiami faktycznego zakazu – w niektórych regionach praktycznie już się nie wykonuje aborcji.
DROBNE RÓŻNICE w przekazie – np. partia Meloni jako pierwsza od dawna zwraca się do wyborców per „rodacy”, a nie jak inne „obywatele” – wpadają w ucho tylko wyczulonym obserwatorom. W swojej zręczności i umiejętnym dobieraniu pól, na których opłaca się toczyć starcia, Meloni bywa porównywana z Viktorem Orbánem – podczas gdy Matteo Salvini, do niedawna numer jeden na włoskiej prawicy, dziś tracący grunt pod nogami wskutek nieudolności, miałby być raczej europejskim wcieleniem awanturnika Trumpa.
Letta nie chciał się godzić na inne debaty z większą liczbą przeciwników, by nie rozwadniać czarno-czerwonego napięcia. Wcześniej jego Partia Demokratyczna współtworzyła podwójną reformę ustrojową – ograniczenie liczby posłów z 630 do 400 oraz mieszaną ordynację wyborczą, która jedną trzecią mandatów przydziela wedle kryterium większościowego. Obie zmiany wymuszają tworzenie dużych bloków wyborczych, a co za tym idzie – polaryzację przekazu. Lewicy do niedawna na tym zależało; deklarowane przez nią w poprzedniej kadencji projekty korekt systemu zaległy w szufladach.
Tylko że grać na polaryzacji trzeba umieć, a w tym Partia Demokratyczna i sam Letta – polityk nietuzinkowy, lecz dobry na inne czasy – okazali się kiepscy. „Walka z faszyzmem” skończyła się gorączkowym upychaniem partyjnej nomenklatury na miejscach „biorących”, których zrobiło się niebezpiecznie mało. Teraz nadaremno centrolewica narzeka, że to „najgorsza ordynacja z możliwych”. Dzięki niej sprawnie dopięty (choć pełen wewnętrznych pęknięć) blok centroprawicowy, mający w ostatnich sondażach ok. 47 proc. poparcia, jest o włos od zdobycia dwóch trzecich mandatów w parlamencie, czyli większości konstytucyjnej.
PRZEKAZ CENTROLEWICY skupia się dziś już tylko na apelu, aby do tego nie dopuścić, żeby zatem klęska wyborcza, z góry uznana, nie była za duża. Apele o „niemarnowanie głosu” na drobniejsze listy mogą jednak skutkować większym zniechęceniem wyborców (a to właśnie ci skłaniający się do lewicy stanowią, wedle socjologów, większą część ogromnej puli niezdecydowanych i niegłosujących).
Wygrać w niektórych okręgach jednomandatowych może pomóc centrolewicy zaskakujący, niechciany sojusznik: Ruch Pięciu Gwiazd, z którym alians Letta odrzucił na początku kampanii, gdy wierzył, że poradzi sobie sam. W wielu południowych okręgach kandydaci Pięciu Gwiazd mają niezłą pozycję (ich partia wprawdzie dramatycznie dołuje, ale dobrze się kojarzy wyborcom z dochodem podstawowym, pobieranym głównie na południu Italii). Sami co prawda nie wygrają w tych okręgach, ale jeśli odbiorą komuś głosy, to – paradoksalnie – ludziom prawicy, co w przypadku wyrównanego wyścigu może przeważyć szalę na rzecz kandydata centrolewicy.
TO NIE JEDYNY PARADOKS. Weźmy choćby taki: w zmaskulinizowanej polityce włoskiej pierwszą w dziejach premierką będzie kandydatka formacji bardzo tradycjonalnej. Partia Demokratyczna, choć przez ostatnie 15 lat aż 11 razy zmieniała liderów, nigdy nie mianowała na to stanowisko kobiety.
Kolejna rzecz: ponad 70 proc. społeczeństwa (z niewielkimi odchyleniami w elektoratach różnych partii) nadal dobrze ocenia poprzedni „techniczny” rząd Maria Draghiego. A jednak prawie połowa chce teraz głosować na partie, które albo go popierały, ale potem obaliły, albo konsekwentnie były przeciwko niemu w opozycji. Idea, iż elektorat mógłby „ukarać” daną partię za lekkomyślne obalenie wyjątkowego w dziejach gabinetu Draghiego, który sprawnie zarządzał wydawaniem pieniędzy z unijnego funduszu odbudowy, to koncept publicystyczny. Elektorat nie myśli spójnie. W sytuacji, gdy zniknął ponadpartyjny pragmatyczny ośrodek władzy, wyborcy nie sądzą, by którakolwiek z partii potrafiła skutecznie dbać o podstawowe sprawy ekonomiczne (we wszystkich sondażach energia, drożyzna czy emerytury są na czele listy spraw określanych jako najważniejsze).
Wyborcy zatem przegrupowują się wedle drugorzędnych, ale za to mocno przez partie podkreślanych przekazów związanych z tzw. kwestiami kulturowymi (we Włoszech to nie tylko aborcja czy równouprawnienie osób LGBT, ale też polityka migracyjna). Tym bardziej że rządzące w ostatnich latach gabinety z nazwy prawicowe dokonały kilku istotnych korekt prosocjalnych – do tego stopnia, że najsilniejsza centrala związkowa CGIL, dawniej afiliowana przy partii komunistycznej, a i potem zawsze bliska lewicy, nie wzywa tym razem do głosowania na Demokratów.
Wprawdzie „techniczny” rząd cieszył się wielkim szacunkiem, ale też, jak się okazuje, naruszył rozliczne interesy także zwykłych obywateli. Dlatego dziś to właśnie będący w kontrze do niego Bracia Włosi tak błyskawicznie urośli w siłę, kosztem pokrewnej ideologicznie Ligi, która formalnie Draghiego wspierała.

W SZEREGACH LIGI jest paru ambitnych polityków, gotowych pozbyć się Mattea Salviniego po spodziewanym kiepskim wyniku w wyborach. Jeśli tak się zdarzy, będzie to dla reszty Europy, paradoksalnie, ważna zasługa „faszystki” Meloni. Nie ma bowiem bardziej konsekwentnie promoskiewskiego i oddanego Putinowi polityka na Zachodzie niż Salvini, ten „europejski Trump”.
Takiego określenia użył zresztą doradca Salviniego, gdy jesienią 2018 r. negocjował z wysłannikami Kremla dużą transakcję sprzedaży rosyjskiej ropy na rzecz włoskiego koncernu Agip. Rosjanie mieli udzielić specjalnego rabatu od ceny surowca, a zarobione dzięki temu przez podstawionych pośredników pieniądze miały trafić do spółek związanych z Ligą. Nie wiadomo, czy deal doszedł do skutku – Salvini wszystkiemu zaprzecza. Ale nawet gdyby faktycznie nie wziął złamanego rubla, a umowa o współpracy Ligi z partią Jedna Rosja nie miała żadnych finansowych aspektów, i tak działalność tego polityka to jeden wielki prorosyjski trolling na poziomie wizerunkowym (koszulki z Putinem to tylko jeden jaskrawy przykład). Jak też sabotaż, widoczny np. w konsekwentnym torpedowaniu sankcji od 2014 r.
Wojna w Ukrainie tylko lekko zachwiała życzliwością dla Rosji wśród Włochów – nadal prawie połowa uważa, że nie należy świadczyć pomocy wojskowej dla Kijowa. Tym bardziej ważny jest upadek (przejściowy, bo Kreml zapewne znajdzie lub aktywuje następnych) lobbystów ułatwiających Rosji tworzenie silnego przyczółka.
BRACIA WŁOSI, choć należą do rodziny prawicowych populistów, których Moskwa próbuje hołubić, a czasem wspierać, są – jeśli wierzyć ostatnim deklaracjom np. Antony’ego Blinkena – finansowo i agenturalnie czyści. Meloni rozumie, że niechętny stosunek do Moskwy to jeden z podstawowych warunków, by zachodni sojusznicy pozwolili jej rządzić i zadowalać wyborców w innych dziedzinach, z „obroną wartości” i „obroną granic” na czele.
Trudno jednak orzec z góry, na ile ta mocno prawicowa agenda da się realizować, skoro sojusz, jaki się zebrał wokół Meloni, jest skazany na twarde porachunki zaraz po wyborach. Oraz na szybkie nadgonienie działań przeciwkryzysowych, które ustępujący rząd Draghiego musiał pozostawić w stanie zamrożonym.
Ale o tym właściwie się w trakcie kampanii nie dyskutowało. ©℗
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















