Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Bilans ćwierćwiecza

Bilans ćwierćwiecza

08.06.2015
Czyta się kilka minut
Dr Łukasz Kamiński, historyk, prezes IPN: 10 lat temu o IPN-ie mówiono „polski Urząd Gaucka”. Dziś to raczej nazwa naszego Instytutu jest w Europie Środkowej i Wschodniej symbolem instytucji rozliczającej trudną przeszłość.
Kilkanaście lat temu nawet pojęcie Żołnierze Wyklęci było mało znane – dziś są oni częścią kultury masowej. Wrocław, 1 marca 2015 r. Fot. Karol Białkowski / FOTO GOŚĆ / FORUM
W

WOJCIECH PIĘCIAK: 25 lat temu w Europie Środkowej zaczęły się rozliczenia z komunizmem, w jednych krajach wcześniej, w innych z opóźnieniem. 15 lat temu w Polsce pracę zaczął IPN. Jak długo Instytut będzie jeszcze istnieć?
ŁUKASZ KAMIŃSKI: Tego nie można przewidzieć. Jedno jest pewne: rozliczenia z komunizmem – a także z okresem II wojny, bo to również nasze ustawowe zadanie – potrwają jeszcze wiele lat. A jak długo ten proces będzie trwać, tak długo potrzebny będzie IPN. Choć z pewnością będzie się zmieniać. Już dziś obserwujemy mniejszą liczbę śledztw, a w 2020 r., z uwagi na regulacje ustawowe, ustanie możliwość ścigania większości zbrodni komunistycznych. Z powodu wymiany pokoleń będzie maleć znaczenie lustracji – nie podlegają jej osoby urodzone po lipcu 1972 r. Punkt ciężkości w naszych działaniach będzie stopniowo przesuwać się w kierunku edukacji, badań naukowych i udostępniania archiwaliów.

A jak długo powinny trwać rozliczenia z komunizmem – rozumiane szeroko?
Roland Jahn, obecny szef „niemieckiego IPN”, powiedział kiedyś, że rozliczenia powinny trwać, dopóki żyją ofiary dyktatury. Ja odpowiem, uciekając w bliską mi metaforę biblijną: naród wybrany spędził 40 lat na pustyni, zanim mógł wkroczyć do ziemi obiecanej. Tylu lat było potrzeba, by Izraelici przestali być niewolnikami. Taką miarą powinniśmy mierzyć ten proces.

W 2011 r. pisał Pan w „Tygodniku”, że „dziedzictwo komunizmu do dziś ciąży nad państwami Europy Środkowo-Wschodniej. Żadna z wielu prób jego rozliczenia nie zakończyła się pełnym sukcesem. (...) Nikomu nie udało się odnaleźć idealnej recepty na uporanie się z upiorami komunistycznej przeszłości”. Czy to teza aktualna?
Ona pozostaje aktualna, choć przez te cztery lata sporo się zmieniło. Wspomnieć można o rozpoczęciu projektu poszukiwań miejsc pochówku ofiar komunizmu w Polsce, o postawieniu przed sądem pierwszych komunistycznych zbrodniarzy w Rumunii czy o powołaniu Komitetu Pamięci Narodowej na Węgrzech.
Natomiast dziś rozszerzyłbym tamtą tezę: nikomu nie udało się w pełni rozliczyć z przeszłością dyktatury i zbrodni. Ale, jak pisałem w tamtym artykule, nie zwalnia to nas z obowiązku nieustannego wysiłku. Ideał, którym byłoby pełne rozliczenie przeszłości, jest nieosiągalny, ale powinniśmy uczynić wszystko, by się do niego zbliżyć.

Gdy Roland Jahn obejmował swój urząd, mówił w rozmowie z „Tygodnikiem”, że „kontynuując rozliczenia z komunizmem, powinniśmy stale mieć przed oczami pytanie: dlaczego to robimy?”. Zatem – dlaczego?
Lepiej zapytać: dla kogo? Robimy to przede wszystkim dla ofiar, którym należą się sprawiedliwość, prawda i pamięć. A także dla samych siebie: aby zrozumieć przeszłość, która wciąż wpływa na naszą współczesność, w tym na naszą tożsamość. Bez tej wiedzy trudniej nam byłoby dostrzec dziedzictwo czasu dyktatury, które wciąż w wielu obszarach zatruwa nasze życie społeczne. Wreszcie, robimy to dla przyszłych pokoleń. Pamięć daje im szansę – choć nie gwarancję! – na uniknięcie powrotu do jakiejś nowej formy dyktatury czy totalitaryzmu.
Poza tym, dzięki poznaniu przeszłości odkrywamy dziedzictwo pozostawione nam przez tych, którzy przeciwstawiali się okupantom i dyktaturze. To dziedzictwo tworzą wartości, których sami potrzebujemy, i które będą potrzebne też kolejnym pokoleniom.

Co uważa Pan za największy sukces i największą porażkę IPN-u w ciągu tych 15 lat?
Ranking trzeba by budować oddzielnie dla każdej sfery naszej działalności: edukacji, badań naukowych, wydawnictw, śledztw, archiwistyki, współpracy międzynarodowej itp. Myślę, że największym sukcesem IPN jako całości jest wypracowanie własnej metody działania, opartej na współdziałaniu pionów o odmiennych kompetencjach. Ten model zyskał uznanie nie tylko Polaków (warto powiedzieć, że w niedawnych badaniach poziomu zaufania IPN wyprzedzają tylko wojsko, policja i Kościół katolicki), ale też za granicą. Świadczy o tym rosnąca liczba próśb z różnych miejsc świata o możliwość zapoznania się z naszym doświadczeniem. Proszę zwrócić uwagę: jeszcze 10 lat temu o IPN-ie mówiono „polski Urząd Gaucka”. Dziś to raczej nazwa naszego Instytutu jest w Europie Środkowej i Wschodniej symbolem instytucji rozliczającej trudną przeszłość.
Miarą efektywności działania IPN są też zmiany w stanie świadomości społecznej. Najlepszy przykład to przywrócenie do powszechnej pamięci Żołnierzy Wyklętych. Jeszcze kilkanaście lat temu samo to pojęcie było nieznane nie tylko większości Polaków, ale nawet sporej grupie historyków. Dziś historia powojennego podziemia staje się wręcz elementem kultury masowej.

A porażka?
Niezależnie od przyczyn, tkwiących w dużej mierze poza IPN, naszą największą porażką jest na pewno praktyczna bezkarność „morderców zza biurka”: osób ponoszących polityczną odpowiedzialność za zbrodnie PRL-u. Sądy skazują głównie szeregowych sprawców, a liderzy PZPR czy choćby organizatorzy kampanii nienawiści pozostają nieukarani. Nawet w przypadkach, gdy doszło do postawienia zarzutów i skierowania aktu oskarżenia do sądu, nie zapadły ostateczne wyroki. Jak w sprawach, w których oskarżonym był Wojciech Jaruzelski.

Gdyby spojrzeć na tych 25 lat w Europie Środkowej, gdzie osiągnięto najwięcej?
Na pierwszym miejscu pozostają Niemcy. Powody są oczywiste: natychmiastowe otwarcie archiwów, przeznaczenie znacznych środków na badania nad systemem dyktatury i na działania edukacyjne, stworzenie szeregu wyspecjalizowanych instytucji. To wszystko efekty zjednoczenia Niemiec, które skutkowało też wykorzystaniem doświadczeń z rozliczeń z nazizmem i narzuceniem zachodnioniemieckiej perspektywy spojrzenia na historię NRD. To sprawiło, że próby usprawiedliwiania, łagodzenia obrazu dyktatury przynosiły słabsze efekty niż w innych krajach. Ale w niektórych sferach, jak dostęp do akt bezpieki, polskie rozwiązania są dziś oceniane wyżej niż niemieckie. Szybko nadrabiamy też dystans w badaniach naukowych. Wciąż wyraźna jest różnica w obszarze muzealnym – w Polsce nie ma muzeum komunizmu i jego ofiar, w Niemczech można zwiedzać np. szereg dawnych aresztów i więzień.

Niemcy w 1992 r. jako pierwsi otworzyli archiwa i był to precedens światowy. W Polsce stało się to 15 lat temu. Jaki jest bilans otwarcia akt?
Bilans tworzą tu setki książek, których powstanie było możliwe dzięki tym archiwom, a także tysiące opartych na nich działań edukacyjnych i śledztwa, możliwe dzięki dowodom odnalezionym w ujawnionych aktach. Wreszcie, co chyba najważniejsze, tysiące zrekonstruowanych indywidualnych losów. Dziś trudno byłoby nawet wyobrazić sobie powrót do stanu sprzed 15 lat, czyli niedostępności większości z tych archiwów.

Jak długo powinna jeszcze trwać lustracja?
W obecnym kształcie tak długo, dopóki w życiu publicznym obecne będą osoby objęte nią ustawowo. Żadna z istotnych przyczyn, dla których wprowadzono procedury lustracyjne, nie wygasła. A ocena jej skuteczności związana jest z przyjętym w Polsce jej modelem. Nie polega on na usunięciu dawnych funkcjonariuszy bezpieki i ich współpracowników z życia publicznego, lecz na zmuszeniu, by powiedzieli prawdę o swej przeszłości. Karana jest dopiero próba jej zafałszowania. Drugą cechą tego modelu jest oparcie go na procedurze karnej i sądowym rozstrzyganiu wątpliwości.
Z pewnością lustracja przyczyniła się do tego, że wiele osób o niechlubnej przeszłości wycofało się z ubiegania o stanowiska publiczne. Choć trzeba też pamiętać o praktyce sądowej: mamy wiele przypadków, gdzie z jednej strony istnieje „prawda historyczna” – budowana na podstawie dokumentów i świadectw o współpracy danej osoby z SB – a z drugiej „prawda sądowa”, w postaci wyroku uniewinniającego od zarzutu kłamstwa lustracyjnego.

A cel, jakim była przejrzystość życia publicznego?
On nie został w pełni osiągnięty. W obwieszczeniach wyborczych publikuje się co prawda informacje o treści złożonego oświadczenia, a w pozostałych przypadkach – urzędów i stanowisk niepochodzących z wyborów – treść „pozytywnego” oświadczenia jest wiedzą wąskiego kręgu osób. Dzieje się tak na skutek zmian ustawowych z 2007 r. i późniejszego wyroku Trybunału Konstytucyjnego. Zaprzestano wtedy publikowania wykazów „pozytywnych” oświadczeń w Monitorze Polskim – „pozytywnych”, czyli osób, które przyznały się do współpracy z SB.
Warto też pamiętać, że w Polsce, w odróżnieniu od np. Czech, nie było dekomunizacji. Nasz model odnosi się tylko do byłych funkcjonariuszy bezpieki i ich agentury, a pomija kwestię udziału w życiu publicznym działaczy partii komunistycznej, odpowiedzialnych przecież za ówczesny system.
W każdym razie, naszym zagranicznym gościom nie rekomendujemy powielania przyjętych w Polsce rozwiązań w zakresie lustracji.

W całej Europie Środkowej, nawet w Niemczech, dość powszechne jest przekonanie, że ściganie sądowe winnych z tamtych czasów skończyło się porażką. Zgadza się Pan z tym?
Tak, choć warto pamiętać, że w Polsce skala prawnych rozliczeń z komunizmem, mierzona liczbą aktów oskarżenia i wyroków, i tak jest największa z wszystkich państw dawnego bloku wschodniego. A przyczyn tej porażki jest wiele. Część ma charakter obiektywny: brakuje świadków i dowodów, czas zaciera pamięć, wielu sprawców nie żyło już w latach 90. Demokratyczne państwo prawa nie uznaje odpowiedzialności zbiorowej, trzeba udowodnić indywidualną winę.

Czyli: inaczej się nie dało?
Myślę, że jednak część przyczyn tej porażki związana jest z popełnionymi błędami. Po pierwsze, zbyt późno – dopiero w ustawie o powołaniu IPN – stworzono narzędzia prawne: zdefiniowano pojęcie zbrodni komunistycznej, wprowadzono nowe okresy przedawnienia. Dalej, nie wykorzystano okresu tuż po przełomie 1989 r., gdy w dawnym aparacie władzy PRL panowała niepewność, a niekiedy strach, i łatwiej było wówczas skłonić niedawnych funkcjonariuszy do zeznań niż dziś, gdy mają poczucie bezkarności, a w wielu przypadkach wręcz sukcesu. Za późno powstrzymano też proces niszczenia akt, spóźnione stało się otwarcie archiwów.
Rozliczeniom prawnym nie sprzyjała też ewolucyjna, nie zaś rewolucyjna natura transformacji systemowej. Brakowało nie tylko woli politycznej, ale też wystarczających zmian w środowisku wymiaru sprawiedliwości. Wiara w jego zdolność do samooczyszczenia była więcej niż naiwnością. Nie sposób nie wiązać z tym kwestii przewlekłości procesów, zdarzających się uniewinnień czy zaskakująco niskich wyroków, i tak wydawanych zwykle w zawieszeniu. Ostatnim akordem była uchwała Sądu Najwyższego z maja 2010 r., która na nowo zdefiniowała kwestię przedawnienia niektórych kategorii zbrodni komunistycznych. W efekcie umorzono setki śledztw, w tym wiele takich, w których możliwe było postawienie sprawców przed sądem.

Od paru lat IPN szuka grobów ofiar komunizmu. Tysiące rodzin w Polsce do dziś nie wiedzą, gdzie leżą ich bliscy zabici po 1945 r. Sam szukałem grobu wuja mojej żony, „znaleźliśmy” go na cmentarzu parafialnym w Wieluniu – w cudzysłowie, bo wiadomo, że gdzieś tam leży, ale nie wiadomo, gdzie dokładnie. Mam wrażenie, że właściwie każdy powiatowy urząd UB miał taki „własny cmentarz”. Wiadomo, jaka jest skala tych anonimowych pochówków?
Tak, można powiedzieć, że każdy wojewódzki i prawie każdy powiatowy Urząd Bezpieczeństwa miał własne miejsce, gdzie chowano ofiary. Kolejne to miejsca pochówku osób straconych i zmarłych w więzieniach. Pełnego wykazu jednych i drugich nie mamy – mimo wcześniejszych prac w ramach projektu „Śladami zbrodni” i wielu śledztw, w których dokonano istotnych ustaleń, a także mimo efektów realizowanego od 2011 r. projektu poszukiwań. Okazuje się, że wiele z tych miejsc bezpowrotnie zniszczono. Dysponujemy wieloma relacjami o pracach budowlanych w dawnych siedzibach UB, więzieniach i aresztach, w czasie których wydobywano ludzkie szczątki. Prawdopodobnie tych osób nie uda się już odnaleźć i zidentyfikować.
Poważnym problemem jest brak wystarczającej dokumentacji – także w przypadku wielu pochówków dokonywanych w obrębie cmentarzy – i późniejsze pogrzeby w tych samych miejscach. Mamy tu wiele problemów, głównie natury prawnej – mam nadzieję, że rozwiąże je ustawa procedowana w tej chwili w Senacie.

Czy będą na to nadal pieniądze? Co chwila słychać, że ich tu brakuje.
Na same prace nie brakowało nigdy środków. To dla nas priorytet. Ich łączny koszt przekroczył już 4 mln zł, głównie z budżetu IPN. Sejm nie przyznał nam niestety wnioskowanych funduszy potrzebnych do zatrudnienia nowych osób w Samodzielnym Wydziale Poszukiwań. Mam nadzieję, że w kolejnym budżecie zostaną one już zapewnione. Natomiast nie jest wciąż rozwiązane finansowanie niezwykle kosztownych badań genetycznych. Prowadzą je Pomorski Uniwersytet Medyczny i Instytut Ekspertyz Sądowych w Krakowie. Udaje się cały czas zdobywać środki z różnych źródeł, w tym z darowizn, ale brak rozwiązania systemowego.

Czy w polskiej historiografii ostatnich 25 lat są jeszcze jakieś „białe plamy”?
Wydaje mi się, że nie ma już większych „białych plam”, jeśli rozumieć przez to obszary całkowicie niezbadane. Natomiast wciąż niewystarczające są badania dotyczące choćby metod, jakimi Związek Sowiecki zarządzał PRL-em, funkcjonowania wielu struktur władzy (np. wojska, cenzury, administracji terenowej), tzw. „stronnictw sojuszniczych” SD i ZSL czy opozycji, np. działalności Solidarności w zakładach pracy.

A biografie? Np. pierwsza biografia Jaruzelskiego z prawdziwego zdarzenia wyszła dopiero niedawno – już po jego śmierci.
Rzeczywiście, jeszcze kilka lat temu biografistyka była domeną zaniedbaną przez historyków. Ale ostatnio widać zmianę. Ukazało się wiele prac o ludziach kultury uwikłanych w komunizm, jest szereg nowych biografii ludzi Kościoła, mamy kilka biografii Wałęsy, w ostatnich dniach ukazały się dwie biografie Tadeusza Mazowieckiego. Także jeśli chodzi o ludzi obozu władzy, to obok biografii Jaruzelskiego w ostatnich latach wyszły opracowania o Bermanie, Borejszy i Zambrowskim. Szkice biograficzne wszystkich liderów PZPR opublikował prof. Jerzy Eisler. Kolejne książki powstają, m.in. w ramach centralnych projektów badawczych IPN. Lista braków wciąż jest długa, ale to się zmienia.

Od roku mamy do czynienia z wojną Rosji przeciw Ukrainie i z politycznym konfliktem Rosja–Zachód. Na obu tych frontach dużą rolę odgrywa historia, którą Kreml wykorzystuje propagandowo przeciw pomajdanowej Ukrainie, ale też przeciw Polsce. Bywa, że ta propaganda jest skuteczna: w Niemczech, Francji. Jak na to reagować?
To część szerszego zagadnienia. Działania Rosji w Europie są tu ułatwione przez długotrwałą nieobecność Europy Środkowo-Wschodniej nie tylko jako aktywnego podmiotu dziejów, ale też jako przedmiotu badań historiografii. Drugim istotnym elementem jest utrzymująca się wciąż nierównowaga w pamięci o nazizmie i komunizmie, a także nierównowaga w traktowaniu ich ofiar.
Dlatego nie można ograniczać się tylko do reakcji na działania Rosji, do prostowania kłamstw, przypominania faktów itp. Konieczne są działania długofalowe, zmierzające do wprowadzenia naszego doświadczenia do świadomości Zachodu, a przynajmniej jego elit. Jest tu ogromne pole do współpracy z innymi państwami naszego regionu.

Jak więc opowiadać dziś o komunizmie – na zachodzie i na wschodzie Europy – żeby to trafiało do odbiorcy?
Warto, obok opisu w skali makro (skutki komunizmu, liczba ofiar itp.), sięgać też po indywidualne historie. Dla przełamania obecnej niewiedzy w Europie szczególnie ważne wydają się dzieje tych ludzi, którzy padli ofiarą obu systemów totalitarnych. Warto przypominać Zachodowi także te momenty, gdy sam był bardziej zainteresowany losem państw naszej części Europy – po stłumieniu rewolucji węgierskiej ’56 i Praskiej Wiosny ’68 czy po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce.
Musimy budować mosty między naszym doświadczeniem a doświadczeniem społeczeństw zachodnich. Konieczne jest tu współdziałanie państw naszego regionu, a jego zalążki już istnieją, np. w postaci Platformy Europejskiej Pamięci i Sumienia, powołanej m.in. przez IPN. Ważnym, a wciąż niewystarczająco wykorzystanym narzędziem jest tu też kultura. Sukces takich filmów jak oscarowe „Życie na podsłuchu” pokazuje, że można opowiedzieć historię w sposób budzący zainteresowanie.
Na Wschodzie, rozumianym jako sfera postsowiecka, jest to jeszcze trudniejsze niż na Zachodzie. Głównym powodem jest dominacja dyktatorskich i autorytarnych form rządów na tym obszarze. Spore nadzieje wiążę z zapowiadanym otwarciem archiwów na Ukrainie. Jeśli do niego dojdzie, to płynąca z nich prawda o funkcjonowaniu Związku Sowieckiego może długofalowo wpłynąć na pozostałe państwa powstałe po jego rozpadzie – na czele z samą Rosją.

Gdy w 2004 r. Polska i inne kraje wchodziły do Unii, zderzyły się różne pamięci o XX wieku. To nie był temat pierwszoplanowy, ale dość zgodnie mówiono o „podzielonej pamięci zjednoczonej Europy”. Mam wrażenie, że agresja Putina sprawia, iż paradoksalnie np. w Niemczech jest dziś więcej zrozumienia dla polskiej narracji o XX wieku. Czy Putin niechcący przysłużył się integracji europejskiej w sferze pamięci?
Niewątpliwie agresywne działania Rosji stwarzają szansę na zbliżenie pamięci obu części Europy. Ale to tylko szansa, którą należy umiejętnie wykorzystać. Warto pamiętać, że zaraz po 1989 r. także istniało duże zainteresowanie historią państw byłego bloku wschodniego. Dość szybko jednak okazało się, że była to chwilowa koniunktura i po kilku latach wszystko wróciło na stare tory. Musimy więc nieustannie przypominać Zachodowi, że bez poznania doświadczenia komunizmu nie będzie w stanie zrozumieć nie tylko Europy Środkowo-Wschodniej, lecz także współczesnej Rosji czy Chin.

We wszystkich krajach Europy Środkowej są dziś instytucje podobne do IPN. Ale „przepracowania” przeszłości dyktatur podejmuje się też w Hiszpanii, Ameryce Łacińskiej, Azji. Okazuje się, że to ważne nie tylko z powodów ściśle historycznych.
Można powiedzieć, że dyktatura nie kończy się w chwili jej obalenia bądź upadku. Łatwiej jest zmienić jej zewnętrzne znamiona, takie jak system polityczny, a trudniej jest uporać się ze skutkami społecznymi długotrwałego zniewolenia. Przywrócenie poczucia sprawiedliwości, zmiana mentalności, sposobu funkcjonowania struktur, nauka bycia wolnym w wymiarze indywidualnym i zbiorowym – wszystko to wymaga czasu i wysiłku. Ten wysiłek to proces rozliczeń z przeszłością i jej dziedzictwem. Jeśli go zabraknie, dziedzictwo dyktatury będzie zatruwać demokrację, podważać podstawy nowego porządku, w skrajnych przypadkach prowadząc do odrodzenia się autorytaryzmu czy dyktatury w nowej postaci – jak dziś w Rosji.

Jak wygląda współpraca IPN z rosyjskimi archiwami?
Trwa rozpoczęty w 2011 r. projekt edycji źródeł pochodzących z rosyjskiego archiwum historii najnowszej (RGANI). Udało się nam pozyskać kopie wielu ważnych dokumentów rzucających światło na metody zarządzania PRL-em przez Sowietów w okresie Chruszczowa. Część przełożono na język polski, zaczyna się ich opracowywanie. Nasi badacze w dalszym ciągu korzystają, w ramach prowadzonych projektów, z rosyjskich archiwów.
Natomiast całkowicie ustała ze strony Rosji pomoc prawna. Nie dostaliśmy nie tylko brakujących tomów z rosyjskiego śledztwa katyńskiego, ale też żadnych dokumentów związanych z losami ofiar Obławy Augustowskiej z lata 1945 r. – tej największej zbrodni popełnionej przez NKWD w powojennej Polsce.

A kontakty z rosyjskim „Memoriałem”?
Współpracujemy z nim na bieżąco. Jego działacze uczestniczą choćby w organizowanych przez nas konferencjach. Ostatnio wspólnie przygotowaliśmy polską wersję wystawy petersburskiego Memoriału „Cierpieniu – prawdę, umarłym – modlitwę”. Jest poświęcona polskim miejscom pamięci w Rosji. Ta współpraca jest chyba najważniejszą formą wsparcia, jakiej możemy teraz udzielić naszym rosyjskim przyjaciołom.

Na początku istnienia IPN był w Polsce często obiektem krytyki. Dziś krytyka jakby przycichła, za to do IPN przyjeżdżają np. Ukraińcy czy Tunezyjczycy. Chcą poznać polskie doświadczenia?
W ostatnich trzech latach gościliśmy delegacje z wielu państw. Staramy się prezentować im nasze działania, choć przedstawiciele różnych narodów odmiennie rozkładają punkt ciężkości swych zainteresowań. Ukraińców interesuje zwłaszcza przejmowanie i udostępnianie archiwów oraz lustracja. Wynika to z działań podjętych ostatnio na Ukrainie. Tunezyjczycy z kolei szczególnie dopytywali o zabezpieczenie praw ofiar w procesie rozliczania przeszłości.
Myślę, że to zainteresowanie polskim modelem, po latach dominacji wzorca niemieckiego, wynika głównie z jego kompleksowości. W IPN-ie połączono funkcje, które w innych państwach wykonują odrębne instytucje. Realizujemy też działania, jakich w innych krajach się nie prowadzi, bądź też realizuje się je na niewielką skalę – jak śledztwa czy poszukiwanie miejsc pochówku.

Niedawno był Pan w Kijowie i razem z szefem Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodu (UIPN) uzgodniliście, że powstanie polsko-ukraińska komisja historyczna ws. Zbrodni Wołyńskiej. Po co? Przecież problemem nie są tu fakty, ale ich interpretacje. W polityce historycznej pomajdanowej Ukrainy zdaje się dominować pogląd, który reprezentuje Wołodymyr Wiatrowycz, szef UIPN: że była polsko-ukraińska „wojna w wojnie”, ofiary były po obu stronach, AK też zabijała Ukraińców itd.
Wprost przeciwnie. Takie poglądy, jak te reprezentowane przez Wiatrowycza, wynikają właśnie z ignorowania dużej części faktów. Ich pomijanie umożliwia m.in. budowanie fałszywej symetrii między działaniami ukraińskich nacjonalistów i polskiego podziemia. Symbolem różnic w sferze faktografii mogą być znacznie odmienne szacunki liczby ofiar. W ostatnich latach mieliśmy do czynienia z regresem w stosunku choćby do ustaleń seminariów z cyklu „Polska– –Ukraina: trudne pytania”. Dlatego konieczne jest wznowienie dialogu historyków.
Aby był on możliwy, ustaliliśmy, że podstawą dla dyskusji będą źródła archiwalne, w tym te niewykorzystywane dotąd w badaniach. Wiele nowych dokumentów powinno przynieść otwarcie archiwów ukraińskich. Nieznane bądź niedostatecznie wykorzystywane źródła można znaleźć też w archiwach niemieckich czy emigracyjnych.

Czy poza tą komisją IPN i UIPN chcą coś zrobić w sprawie tej, mówiąc oględnie, trudnej przeszłości? To powinien być chyba priorytet – także w kontekście tego, z jaką determinacją Rosja stara się grać w Polsce kartą wołyńską?
Fundamentem wszystkich działań pozostaje zmierzenie się z najtrudniejszym okresem w naszych wspólnych dziejach, czyli z latami 1939–1947. Wszelkie dalsze wspólne działania, w tym np. edukacyjne, zależą od efektów pracy komisji historyków. Działań Rosji jesteśmy świadomi i je monitorujemy. Ale nie chcemy w związku z tym rosyjskim zagrożeniem podejmować kroków pochopnych czy pozorowanych. Propaganda Kremla nie zwalnia nas z obowiązku zmierzenia się z tą przeszłością. Przeciwnie: przechodząc przez ten bolesny proces, wytrącamy Kremlowi argumenty z rąk.
Oczywiście, równolegle podejmujemy inne działania, służące zrozumieniu naszej historii przez Ukraińców. Np. niedawno prezentowaliśmy w Kijowie wystawę „Zagłada polskich elit” w wersji ukraińskojęzycznej. Wkrótce ukaże się popularna historia Polski dla Ukraińców, w formie zbioru esejów wybitnych polskich historyków.

Obejmując urząd prezesa IPN w 2011 r., mówił Pan w rozmowie z „Tygodnikiem”, że nie będzie Pan zakładnikiem polityków. Udało się?
Mówiłem o tym, że nie będę zakładnikiem opinii ani polityków, ani mediów. Tego postanowienia dotrzymałem: żadne z moich działań nie było motywowane chęcią poklasku, z żadnego z planów nie zrezygnowałem z uwagi na możliwe krytyczne opinie.

Gdy nowelizując w 2010 r. ustawę o IPN, koalicja PO–PSL osłabiła pozycję jego prezesa, obawiano się, że kiedy pojawią się sprawy sporne, będą naciski polityków. Czy w ciągu tych 4 lat spotkał się Pan z takimi naciskami?
Nie, takich poufnych nacisków nie było. Oczywiście, były nawet ostre głosy krytyki ze strony polityków – np. po naszym oświadczeniu w sprawie pogrzebu gen. Jaruzelskiego. Ale one miały charakter publiczny. Pozostaje mi powtórzyć: nie jestem zakładnikiem takich opinii.

W 2011 r. mówił Pan też: „IPN ze swej natury zajmuje się tematami, które wywołują intelektualny i emocjonalny niepokój”. Dziś wokół IPN jest spokojniej, ale Pana krytycy wewnątrz Instytutu – nie jest tajemnicą, że są tacy – twierdzą, iż ceną jest przesunięcie przez IPN priorytetów: od spraw budzących spory ku tym, gdzie łatwiej o konsens. Tymczasem historia żyje sporem...
Zgoda, warunkiem powodzenia każdej dyskusji w wymiarze naukowym jest spór. Spokój w otoczeniu zewnętrznym tylko takim debatom sprzyja. Uczestnicząc niekiedy w konferencjach naukowych czy śledząc publikacje nie zauważyłem, żeby temperatura dyskusji zmieniła się jakoś istotnie. Moim zadaniem jest zabezpieczanie wolności debaty, także wewnątrz IPN. Trudno się odnieść do zarzutów „przesunięcia priorytetów”, niepopartych przykładami. W mojej ocenie choćby wspomniany projekt poszukiwań i ekshumacji postawił w sferze publicznej kwestię oceny komunizmu tak jednoznacznie, jak nigdy dotąd.

W przyszłym roku kończy się Pana kadencja. Będzie Pan startować ponownie w konkursie na funkcję prezesa IPN?
Mam jeszcze sporo czasu na podjęcie decyzji i jej ogłoszenie. Ale niezależnie od tego, czy Rada IPN i następnie parlament postawią na czele IPN mnie, czy kogoś innego, to misja naszego Instytutu pozostaje niezmienna. Definiuje ją od ponad 15 lat preambuła ustawy, odwołująca się do pamięci ofiar i bohaterów walki z okupantami, obowiązku ścigania zbrodni i zadośćuczynienia, a także ujawnienia bezprawnych działań państwa. Zmieniają się formy realizacji tej misji, pojawiają się nowe wyzwania, ale cel jest ten sam: przywrócenie sprawiedliwości, odkrycie prawdy i zabezpieczenie pamięci o najtragiczniejszym okresie w dziejach Polski, latach 1939–1989.

Wyobraźmy sobie: kiedyś, jako emerytowany naukowiec, stanie Pan przed studentami urodzonymi już nie tylko w wolnej Polsce – oni już teraz są studentami – ale np. w 2015 r. Patrząc na obecną dynamikę debat w Europie, jakie będzie ich spojrzenie na wiek XX?
To trudne pytanie. Wiele zależy od czynników, których nie znamy, np. od rozwoju sytuacji w naszym regionie Europy. Ale sądzę, że ich spojrzenie na wiek XX będzie bardziej krytyczne niż naszego pokolenia. To naturalny proces, będący efektem nie tylko odkrywania prawdy o przeszłości, ale też narastającego kontrastu przeszłości z aktualnym doświadczeniem.
Mam też nadzieję, że przyszłe pokolenia – patrząc na historię XX w. – będą nie tylko odczuwać głębszą więź z ofiarami, ale też w większym stopniu niż my wyciągną wnioski z tego dramatycznego rozdziału w dziejach ludzkości. ©℗

Dr ŁUKASZ KAMIŃSKI (ur. 1973) jest historykiem, od 2011 r. prezesem IPN. Wcześniej był dyrektorem Biura Edukacji Publicznej IPN; jest też pracownikiem Instytutu Historycznego Uniwersytetu Wrocławskiego. Autor i redaktor książek, m.in. „Polacy wobec nowej rzeczywistości. Formy pozainstytucjonalnego żywiołowego oporu społecznego 1944–1948”; „Przed i po 13 grudnia. Państwa Bloku Wschodniego wobec kryzysu w PRL 1980–1982”.

IPN W DATACH
18 grudnia 1998 r. – Sejm przyjmuje Ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu.
8 czerwca 2000 r. – na pierwszego prezesa Sejm wybiera prof. Leona Kieresa.
29 grudnia 2005 r. – ślubowanie przed Sejmem składa prof. Janusz Kurtyka, drugi prezes w historii IPN.
18 października 2006 r. – parlament przyjmuje Ustawę o ujawnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa z lat 1944-90 i treści tych dokumentów; powstaje Biuro Lustracyjne.
Marzec 2010 r. – parlament nowelizuje ustawę o IPN.
10 kwietnia 2010 r. – w katastrofie pod Smoleńskiem ginie Janusz Kurtyka; p.o. prezesa zostaje dr Franciszek Gryciuk.
10 czerwca 2011 r. – Sejm powołuje na prezesa Instytutu dr. Łukasza Kamińskiego.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, kierownik działów Świat i Historia. Ur. 1967 r. W „Tygodniku” zaczął pisać jesienią 1989 r. (o rewolucji w NRD; początkowo pod pseudonimem), w redakcji od 1991 r. Specjalizuje...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]