Bank jak się patrzy

Czy powinna istnieć urzędowo wytyczona granica prywatności, której instytucjom finansowym nie wolno przekroczyć? Banki i firmy pożyczkowe chcą o nas wiedzieć jak najwięcej – ich porażka niekoniecznie będzie oznaczać wygraną klientów.

21.01.2019

Czyta się kilka minut

Sprawa tzw. frankowiczów (na zdjęciu ich protest pod Sejmem w styczniu 2016 r.) nie wpłynęła na wysoki wskaźnik zaufania do banków / KRYSTIAN MAJ / FORUM
Sprawa tzw. frankowiczów (na zdjęciu ich protest pod Sejmem w styczniu 2016 r.) nie wpłynęła na wysoki wskaźnik zaufania do banków / KRYSTIAN MAJ / FORUM

Na pytanie, czy można im ufać, aż 74 proc. Polaków – jak wynika z badania CBOS przeprowadzonego pod koniec ub.r. – odpowiada wciąż twierdząco. W ciągu ostatnich sześciu lat o 5 punktów procentowych – do 11 proc. – spadł także odsetek przekonanych, że banki w swej działalności nie kierują się dobrem klienta. Najwyraźniej wybaczyliśmy więc tej branży i aferę z opcjami walutowymi, i późniejszą tragifarsę z frankiem szwajcarskim, który miał być najbezpieczniejszą walutą świata, a okazał się zabawą dla inwestorów o żelaznych nerwach. Na społecznym odbiorze sektora bankowego w Polsce nie zaciążyła nawet ubiegłoroczna afera GetBack, w której przewijały się nazwy banków z grupy Leszka Czarneckiego. Przypomnijmy: ten sam miliarder nagrał swoją rozmowę z szefem Komisji Nadzoru Finansowego Markiem Chrzanowskim, zatrzymanym następnie przez CBA pod zarzutem składania propozycji korupcyjnej. Pytanie o poziom zaufania do banków trzeba by zatem zastąpić innym: jak to możliwe, że wciąż jeszcze chcemy mieć z nimi do czynienia?

Odpowiedź składa się co najmniej z dwóch elementów. Po pierwsze, branża ta nie doznała dotąd naprawdę poważnego uszczerbku na wizerunku. Jeśli nie liczyć upadłości małych banków z łatwymi do opanowania konsekwencjami, działa stabilnie i zapewnia względne bezpieczeństwo pieniądzom klientów. W połowie ub.r. Polacy trzymali w bankach łącznie 774 mld zł, co w przeliczeniu na gospodarstwo domowe dawało średnio po około 48 tys. zł. Rzecz jasna, ujęcie statystyczne upiększyło obraz, bo na wspomniane miliardy składają się oszczędności zaledwie 69 proc. Polaków. Reszta – jak wynika z badania Barometr ING – żyje od wypłaty do wypłaty.

W ten sposób dochodzimy do prawdziwego źródła polskiego zaufania do banków, które nie sprawdzają się jako wiarygodny partner w inwestycjach, ale są sprawnym narzędziem do regulowania bieżących wydatków i źródłem kredytów. Łączne zadłużenie Polaków oscyluje już na poziomie 600 mld zł. Przynajmniej jeden kredyt ma ponad 15 mln osób, co oznacza, że praktycznie nie ma nad Wisłą gospodarstwa domowego, które nie zadłużyłoby się w banku, SKOK-u czy innej instytucji finansowej.

Każdej z nich uchyliliśmy także szeroko drzwi do prywatności w ramach czegoś, co one same nazywają dla niepoznaki oceną zdolności kredytowej, a co w praktyce sprowadza się do oszacowania ryzyka przyszłej niewypłacalności na podstawie informacji dostarczanych przez klienta i Biuro Informacji Kredytowej. Branża od dawna mówi, że chce wiedzieć o nas jeszcze więcej, ale politycy właśnie doszli do wniosku, że to, co już ma na widelcu, musi jej wystarczyć.

Interes banków kontra prawo do prywatności? To, niestety, wcale nie takie proste.

Scoring po polsku

W Sejmie nabrały ostatnio tempa trwające od miesięcy prace nad rządowym projektem ustawy, który ma dostosować prawo bankowe do unijnych przepisów o ochronie danych osobowych. W noweli pilotowanej przez resort cyfryzacji pojawiła się propozycja stworzenia zamkniętego katalogu danych, które instytucje finansowe mogłyby przetwarzać w trakcie oceny naszej zdolności kredytowej: głównie urzędowych i finansowych, takich jak PESEL, dane adresowe, informacje o zatrudnieniu, stanie cywilnym itd.

Tym samym projekt wykluczył z użycia dane z innych źródeł, jak aktywność klientów w internecie czy wskazania geolokalizacji – czyli akurat to, co stanowi najlepszą pożywkę dla szybko rozwijających się metod analizy behawioralnej wnioskodawców. Gdyby nowela weszła w życie w proponowanym dziś kształcie, kredytodawcy nie mogliby korzystać z tego typu rozwiązań – nawet gdyby klient wyraził na to zgodę.

W bankach i firmach pożyczkowych powiało więc grozą. Na początku stycznia projekt trafił do podkomisji sejmowych, a ich posiedzenia zaczęli okupować branżowi lobbyści. Tadeusz Białek ze Związku Banków Polskich przekonywał posłów, że żaden kraj nie wprowadził dotąd zamkniętego katalogu danych służących do oceny ryzyka kredytowego, a unijne rozporządzenie RODO nawet nie stawia takich wymogów. Wysłannicy Biura Informacji Kredytowej (BIK) tłumaczyli z kolei, że nowelizacja odetnie polskie firmy od nowoczesnych metod oceny ryzyka kredytowego stosowanych na całym świecie – włącznie z innymi państwami Unii – i tym samym pozbawi polski sektor finansowy konkurencyjności. Polski Związek Instytucji Pożyczkowych (PZIP) w liście do minister finansów ostrzegał, że usztywnienie tzw. procedur scoringowych podług rządowej recepty zwiększy liczbę odrzucanych wniosków o udzielenie pożyczki oraz odsetek tzw. złych, czyli niespłacanych kredytów. To z kolei sprawi, że tego typu usługi staną się po prostu droższe. Słowem: że nadchodzi kredytowy sądny dzień.

Na próżno. Rząd na razie nie dał się przekonać do zmian w projekcie. Więcej: wyznaczenie zamkniętego katalogu danych, po które firmy będą mogły sięgnąć, nadal uważa za uzasadnione interesem klientów. Europejskie przepisy o ochronie danych osobowych za przetwarzanie danych uznają przecież już samo ich zbieranie. Ustawodawca podkreślił też znaczenie tzw. adekwatności gromadzenia informacji, którego nie wolno dokonywać na zapas, a tylko w związku z konkretną transakcją. Szkopuł w tym, że taki przepis jest nie do pogodzenia z samą ideą analizy Big Data, która bazuje na odwrotnej logice: współzależność między pozornie niepowiązanymi ze sobą informacjami można odkryć dopiero po ich przetworzeniu.

Wreszcie, chodzi po prostu o to, by kredytodawcy nie mogli dowolnie dobierać sobie danych, których użyją do analizy, bo to stawiałoby ich w sytuacji uprzywilejowanej.

Szlachta płaci mniej

– Dowolnie? Uprzywilejowanej? – dziwi się były prezes jednego z pierwszych banków w Polsce, który zaczął udzielać pożyczek przez internet. – Przecież to kredytodawcy zależy, żeby udzielić pożyczki, zarobić na niej i odzyskać pieniądze, a klientowi – by pożyczyć jak najszybciej i jak najtaniej. Im więcej wiemy o wnioskodawcy, tym szybciej i dokładniej możemy ocenić jego wypłacalność. Myślę, że klienci to rozumieją. Mam za to wątpliwości, czy posłowie wiedzą, które mamy stulecie.

Nowe regulacje, jak twierdzi prezes, nie biorą bowiem pod uwagę tego, że już nie wszyscy pracują w Polsce, dla firm zarejestrowanych w Polsce i na pełen etat. Istotnie, tylko 57 proc. Polaków utrzymujących się z pracy ma dziś umowę na czas nieokreślony, czyli jest w stanie spełnić brzegowy do niedawna warunek każdej umowy kredytowej.

Poza tym punkt ciężkości życia codziennego przenosi się nieubłaganie do internetu, a tej zmiany urzędowy filtr instytucji państwowych praktycznie nie wychwytuje. Radosław Nawrocki, prezes firmy PayPo, oferującej odroczone płatności, w rozmowie z dziennikiem „Puls Biznesu” zdradza, że w swoich modelach statystycznych spółka wykorzystuje ponad 140 różnych danych. – Przykładowo kobiety w wieku 30-35 lat, robiące zakupy w sklepach dziecięcych, statystycznie mniej się opóźniają z płatnościami. Mężczyźni w wieku 18-21 lat, którzy jako miejsce pracy w swoim profilu na Facebooku mają wpisane „Szlachta nie pracuje”, są statystycznie gorszymi płatnikami – wylicza. – To tylko dwa przykłady, ale dzięki tego typu danym jesteśmy w stanie utrzymać poziom akceptacji wniosków powyżej 80 proc. przy wskaźniku niespłaconych kredytów w okolicach 2 proc.

Branża finansowa ma oczywiście w zanadrzu więcej przykładów na to, że rozszerzenie katalogu jej scoringowych zagrywek wyjdzie klientom na zdrowie. W Singapurze OCBC Bank stworzył np. coś w rodzaju farmy cyfrowych awatarów swojej aktualnej klienteli. Dzięki uzyskiwanym informacjom może przygotowywać oferty produktów finansowych skrojonych ściśle pod klienta, zanim jeszcze ten zda sobie sprawę, że będzie potrzebować pieniędzy.

Algorytmy mogą z dużą dozą trafności wskazać choćby moment, kiedy klient zechce lub będzie musiał wymienić samochód na nowy. W tym celu system zestawia wiek auta (z danych rejestracyjnych lub ubezpieczeniowych) i jego aktualny przebieg (z rachunków ze stacji benzynowych) ze statystycznymi wskaźnikami awaryjności konkretnych marek i modeli, całość doprawia zaś informacjami o zwyczajach zakupowych posiadacza konta (sknera-pragmatyk, który jednym samochodem potrafi wozić się przez dekadę, czy raczej dandys, co lubi mieć zawsze najnowszy model). Dokładniej zaplanowana w ten sposób alokacja bankowych depozytów oznacza dla klienta tańsze pożyczki – przekonują bankierzy.

Amerykański oddział Visa dzięki analizie korelacji transakcji kartami z innymi informacjami o klientach jest w stanie udaremnić przypadki wyłudzeń łącznie na ponad 2 mld dolarów rocznie: klient nie może przecież w tym samym momencie bawić na wakacjach Tajlandii i płacić kartą na stacji benzynowej w rodzinnym mieście.

Pewne jak w banku

Według danych firmy badawczej IDC, sektor bankowy na całym świecie tylko w 2016 r. (nowszych opracowań brak) wydał na rozbudowę infrastruktury służącej do analizy Big Data ponad 20,8 mld dolarów. W tej opowieści o pogoni za nowoczesnością brakuje jednak dwóch elementów.

Po pierwsze, przyznania, że wykorzystanie analizy Big Data w bankowości to nie szarmancki ukłon w stronę klientów, lecz konieczność wynikająca z cyfryzacji kolejnych obszarów codzienności. „W ciągu ostatnich 12 miesięcy na świecie wygenerowano niemal 90 proc. wszystkich danych cyfrowych, jakie powstały w ubiegłych dekadach. Ilość danych generowanych przez urządzenia mobilne wzrośnie do roku 2020 dziesięciokrotnie” – pisali już pod koniec 2016 r. autorzy opracowania zamówionego przez Związek Banków Polskich. Tymczasem – to informacja z tego samego opracowania ZBP – w codziennej działalności przeciętnego banku aż 70 proc. procedur polega wyłącznie na weryfikacji decyzji podjętych wcześniej przez pracowników. Mówiąc wprost: albo banki przeforsują zmiany, które pozwolą im zwalić większą część proceduralnej odpowiedzialności na algorytmy Big Data, albo już wkrótce stracą całkowicie zdolność szybkiego reagowania na zmiany.

Tylko czy nas, klientów, powinno to w ogóle obchodzić?

Ostatnie miesiące pokazały, że wiara w dobre intencje administratorów dużych zbiorów danych prędzej czy później kończy się bolesnym poczuciem nabicia w butelkę. Afera Cambridge Analytica ujawniła, że nawet bogaty Facebook, który zdobył globalne zaufanie ponad miliarda internautów, na masową skalę handlował z podmiotami zewnętrznymi danymi swoich użytkowników. Z kolei ­Google kończy zwycięsko wieloletnią batalię z europejskim wymiarem sprawiedliwości o „prawo do bycia zapomnianym”: wszystko wskazuje na to, że ci spośród użytkowników wyszukiwarki, którzy chcieliby na stałe zniknąć z jej serwerów, zyskają to prawo... ale ograniczone do wyników wyszukiwania na terenie Unii.

W epoce, w której najpotężniejszą bronią jest informacja, nikt nie chce dać się łatwo rozbroić. Zaleta cyfryzacji bankowości – jak zwykł mawiać Sławomir Lachowski, twórca sukcesu mBanku – nie sprowadza się do tego, że można dzięki niej skazać klienta na samoobsługę. Można przedstawić mu to także jako zmianę na lepsze. ©℗

Czytaj także: Marek Rabij: Komisja Nadzoru Fikcyjnego

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Historyk starożytności, który od badań nad dziejami społeczno–gospodarczymi miast południa Italii przeszedł do studiów nad mechanizmami globalizacji. Interesuje się zwłaszcza relacjami ekonomicznymi tzw. Zachodu i Azji oraz wpływem globalizacji na życie… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 4/2019