Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Austenomania

Austenomania

02.03.2014
Czyta się kilka minut
Kiedy w 2003 r. BBC zapytała Brytyjczyków o ich ulubione lektury, okazało się, że „Duma i uprzedzenie” Jane Austen zajęła drugie miejsce – tuż za Tolkienowskim „Władcą pierścieni”.
Jane Austen. Rys. Joanna Rusinek
Jane Austen. Rys. Joanna Rusinek
W

Wielkim wielbicielem „romansowych” (cudzysłów jest w tym przypadku konieczny) powieści Jane Austen był inny pisarz, starszy od niej zaledwie o cztery lata sir Walter Scott. Autor romantycznych opowieści o odległej przeszłości Szkocji, znajdujący nastoletnich czytelników jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku (sama miałam ogromną słabość do jednego z jego bohaterów, Wilfreda z Ivanhoe, ukochanego rycerza Ryszarda Lwie Serce), odszedł niedawno, może nawet na zawsze, do literackiego lamusa. Tymczasem twórczość Jane Austen ma się całkiem nieźle. Ba, można nawet zaryzykować tezę, że staje się coraz modniejsza. Co równie ciekawe, samo nazwisko autorki zmarłej przed niespełna dwustu laty, a także jej życiorys, mocno wpisany w rzeczywistość georgiańskiej Anglii, nabierają wartości jako, excusez le mot, dobrze sprzedająca się marka. I nietrudno to udowodnić.

Georgiańska i nowoczesna
Wystarczy wpisać nazwisko Austen w wyszukiwarkę jakiejkolwiek księgarni internetowej, by natychmiast pojawiły się liczne okładki (zazwyczaj dość kiczowate) „Dumy i uprzedzenia”, „Emmy” czy „Rozważnej i romantycznej”. Dla porównania: niedawno po długich poszukiwaniach udało mi się wreszcie kupić zgubioną gdzieś przed laty powieść „Ivanhoe” Waltera Scotta. Zapłaciłam dwa złote. Do „Narzeczonej z Lammermooru” mogę wrócić tylko dzięki sieci internetowej.

Tymczasem polskie tłumaczenie listów Jane Austen z lat 1796–1817 (oryginały przechowywane są w Bibliotece Uniwersytetu w Virginii), które ukazało się nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka w 1998 r., sprzedało się „na pniu”. Podobnie zresztą jak jej biografia.

Przejrzyjmy program popularnych stacji telewizyjnych: gdy piszę te słowa, tylko w tym tygodniu można zrobić sobie czteroodcinkowy maraton filmowy, śledząc miłosne perypetie pana Darcy’ego (Colin Firth) i Elżbiety Bennet (Jennifer Ehle) w brytyjskim serialu kostiumowym z 1995 r., opartym na „Dumie i uprzedzeniu”. Kilkanaście dni temu zakończono kolejną emisję innego serialu, opartego na powieści „Mansfield Prk”. „Rozważna i romantyczna” pojawia się regularnie w najlepszym czasie antenowym podczas każdego Bożego Narodzenia. I to w dwóch wersjach: pełnometrażowej w reżyserii Anga Lee, według scenariusza Emmy Thompson (1995), albo jako miniserial zrealizowany przez BBC (2008).

Jeśli zaś nie chcemy wracać bezpośrednio do fabuł konkretnych powieści, możemy obejrzeć (średniej klasy) film biograficzny, opowiadający o ostatnich latach życia pisarki w oparciu o jej korespondencję. Albo przystąpić do klubu „Rozważnych i romantycznych”, jak bohaterowie amerykańskiego komediodramatu (2007), którzy we współczesnej Kalifornii rozwiązują swoje życiowe problemy dyskutując o perypetiach fikcyjnych postaci stworzonych przed dwustu laty. W ostateczności pozostaje jeszcze tamilska ekranizacja tej samej powieści (2000), utrzymana w konwencji Bollywood.

To jednak nie koniec „austenomanii”. W 2005 r. ukazało się po polsku „Randkowanie według Jane Austen” Lauren Henderson (z okropną różową okładką, na której znalazł się – jakżeby inaczej? – amorek z łukiem wycelowanym w czytelnika). Wydawnictwo Literackie wydało napisaną przez Maggie Black i Deirdre Le Faye „Książkę kucharską Jane Austen”. Rozliczni fani pisarki poszukują kart do tarota zilustrowanych obrazkami z jej powieści albo serii znaczków, którą poczta brytyjska wypuściła przed rokiem w dwusetną rocznicę wydania „Dumy i uprzedzenia”. Kupują do swoich komputerów specjalny krój czcionki – zainspirowany autografami pisarki.

Złośliwa i inteligentna
Skąd to wszystko? Wydawać by się przecież mogło, że w naszej wyemancypowanej epoce – z urlopami wychowawczymi dla ojców, parytetami w życiu publicznym, stopniową feminizacją kolejnych profesji, rodzinami patchworkowymi... – Jane Austen powinna raczej irytować niż fascynować.

Wszak akcja jej książek toczy się w dziwnym świecie georgiańskich dworów i ogrodów, w czasach, gdy kobietom szkodzić miała nie tylko edukacja, ale nawet zbyt długi spacer. Wszak za każdym razem chodzi o miłość – tę jedną jedyną, bez charakterystycznego dla naszej współczesnej mentalności poczucia, że nic nie trwa wiecznie i kiedyś trzeba będzie jedno zaangażowanie zastąpić następnym.

Oczywiście chodzi także o małżeństwo: bo w książkach Austen to mężczyzna ma obowiązek zapewnić bezpieczeństwo kobiecie. Zresztą „jest prawdą powszechnie znaną, że samotnemu a bogatemu mężczyźnie brak do szczęścia tylko żony” („Duma i uprzedzenie”). Ciekawe, jak skomentowałyby staje się ornamentem, „odpoczynkiem wojownika”.

A co zrobić z twierdzeniem, że „młody człowiek w miarę swoich możliwości powinien być przystojny”? Toż to jawna dyskryminacja – łysych, grubasów, okularników, tyczkowatych chudzielców!

Trzeba też przyznać, że kobieca solidarność była pisarce zupełnie obca, zaś własną płeć z lubością traktowała dowcipną, inteligentną złośliwością. Ot, taki oto cytat znów z „Dumy i uprzedzenia”: „Żonie nie zawdzięczał nic prócz radości, jaką czerpał z jej głupoty i ignorancji. Nie jest to jednak ten rodzaj szczęścia, jaki na ogół mężczyźni woleliby zawdzięczać żonom, ale tam, gdzie brak innych źródeł zadowolenia, prawdziwy filozof potrafi wykorzystać i te, które są mu dane”. Albo inny fragment, tym razem z „Opactwa Northanger”: „Pani Allen należała do tego licznego grona kobiet, których towarzystwo nie budzi żadnych innych uczuć prócz zdumienia, że znaleźli się na tym świecie mężczyźni zdolni do tego stopnia je polubić, by się z nimi ożenić” (wszystkie cytaty w przekładzie Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej).

Przyznajmy jednak, że „w babskim gronie” emancypantek zdarza się nam przy kawiarnianym stoliku plotkować w tym duchu (choć w sposób znacznie mniej wyrafinowany) o nieobecnej koleżance. Nie ma się czego wstydzić: robią to nawet niezależne i wyzwolone (finansowo, fizycznie i emocjonalnie) mieszkanki Manhattanu, bohaterki „Seksu w wielkim mieście”. Zresztą, Jane Austen nie oszczędzała także mężczyzn, których „albo trawi głupota, albo arogancja, a jeśli są mili, nie mają własnego zdania”.

Liryczna i wyemancypowana
To gorzkie zdanie nie mieści się w kategoriach zwykłego romansu. Bo też książki Jane Austen nie wpisują się, ot tak po prostu, w schematy tego gatunku. Zbyt wiele w nich celnych obserwacji psychologicznych, społecznych czy obyczajowych. Zbyt wiele własnego, wcale nie najłatwiejszego doświadczenia życiowego.

Bo – o paradoksie! – los pisarki, która wprowadzała Brytyjczyków w epokę romantyzmu, doskonale mieści się w narracji feministycznej. Jako jedno z siedmiorga rodzeństwa, córka anglikańskiego pastora, którego pensja wynosiła najwyżej sześćset funtów rocznie (nie dało się zaoszczędzić na godny posag dla dwóch biegających po domu dziewczynek), doświadczyła na własnej skórze, co to znaczy nie być dobrą partią. W dodatku, jeśli wierzyć portretowi naszkicowanemu przez siostrę-przyjaciółkę, znajdującemu się dziś w National Portrait Gallery w Londynie, trudno by ją nazwać klasyczną pięknością.
Nigdy nie wyszła za mąż, choć miłość nie była jej obca. Wiemy, że przynajmniej trzykrotnie weszła w bliski związek z mężczyzną. Wiemy też, że kiedy w 1802 r. oświadczył się jej młodszy o sześć lat Harris Bigg-Wither z rodzinnego Hampshire, najpierw przyjęła oświadczyny, by zaraz potem uciec przed narzeczonym wraz z ukochaną siostrą Cassandrą do Bath (nota bene akcja dwóch wydanych pośmiertnie powieści Jane Austen „Opactwo Northanger” i „Perswazje” toczy się właśnie w tym mieście, zaś miejscowi przewodnicy oferują dziś wycieczkę szlakiem pisarki). Wolała wstydliwy status starej panny niż małżeństwo z nudziarzem.

Znała przy tym wartość swojej niezależności – także pisarskiej. „Rozważną i romantyczną” wydała co prawda własnym sumptem, i to pod pseudonimem „The Lady” (Pewna Dama), ale doceniła zarówno honorarium (140 funtów), jak i entuzjazm krytyki. Miała powód do dumy: „Critical Review” lał miód na serce debiutantki: powieść miała być doskonale napisana, postacie naturalne i zręcznie zbudowane, zaś „całość dostatecznie długa, by podtrzymać zainteresowanie nie nudząc”. Pracując nad „Dumą i uprzedzeniem”, czuła się już zarówno pisarzem, jak i menedżerem. Bardzo sprawnie negocjowała z wydawcą.

Kiedy przyjrzymy się powieściom Austen bliżej, okaże się zresztą, że wcale nie są tak romantyczne. O wiele więcej w nich racjonalizmu, beznamiętnej oceny rzeczywistości, a nawet swoistego rodzaju miłosnej matematyki.

„Rozważna i romantyczna” to opowieść o tym, żenamiętność musi znaleźć uzupełnienie w rozsądku, a jednocześnie pragmatyzm bez marzenia staje się destrukcyjny. Z kolei „Duma i uprzedzenie”, książka nieco dydaktyczna, dowodzi, że miłość od pierwszego wejrzenia nie istnieje, każdy z nas jest bowiem niewolnikiem stereotypów i własnych, najintymniejszych wyobrażeń; że związek rodzi się w dialogu, należy go cierpliwie wypracowywać. Czyżby więc o współczesnym sukcesie XVIII-wiecznej autorki decydowała psychoterapeutyczna wartość jej powieści? Albo dostrzegalna – mimo historycznego i arystokratycznego sztafażu – „życiowość”?

***
A co, jeśli fenomen aktualności książek Jane Austen polega na czymś zupełnie innym? Może żyjąc w czasach, kiedy jest to absolutnie niemożliwe, chciałybyśmy umieć odczasu do czasu naprawdę szczerze się zarumienić?

Za pomoc w przygotowaniu tego tekstu dziękuję Peterowi Saborowi z McGill University w Montrealu, znawcy literatury angielskiej XVIII wieku i dyrektorowi Centrum Frances „Fanny” Burnes.

AGNIESZKA SABOR jest krytyczką i historyczką sztuki. Specjalizuje się w tematyce żydowskiej, opublikowała m.in. „Sztetl. Śladami żydowskich miasteczek”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka, historyk i krytyk sztuki. Autorka książki „Sztetl. Śladami żydowskich miasteczek” (2005).

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]