Afryka dzika

Niedawno dowiedzieliśmy się, że przeciętne wynagrodzenie w Warszawie przekracza 3200 złotych miesięcznie. W niektórych regionach jest oczywiście znacznie niższe. Nie mam statystyk przed sobą i nie jestem specjalistą od tych spraw (o pracy i strachu przed jej utratą więcej będzie w “Res Publice", która ukaże się w drugiej połowie września), ale proste rozumowanie prowadzi do zdumiewających wniosków.
Czyta się kilka minut

Otóż na kilka tysięcy pracowników akademickich Uniwersytetu Warszawskiego prawdopodobnie około stu przekracza tę średnią i to z racji dodatków funkcyjnych. W Warszawie pracują setki tysięcy ludzi w sektorze budżetowym, ale także w sklepach i innych usługach, którzy zarabiają najwyżej połowę tej średniej. To jak powstaje tak wysoka średnia? Tylko dzięki kolosalnym zarobkom niewielkiej grupy ludzi. Są dla nich osobne sklepy, osobne restauracje (kogo stać dzisiaj na kolację we dwoje w dobrej restauracji w Warszawie?), osobne biura podróży.

Nie jestem zwolennikiem egalitaryzmu ani obrzydliwej formy wyrównywania dochodów przez radykalnie progresywne podatki, co jest zwyczajnym złodziejstwem. Jednak są pewne granice. Kiedy w pobliskim miasteczku robię raz na miesiąc niezbędne zakupy w niewielkim supermarkecie i płacę między 300 a 400 złotych, to wszyscy na mnie dziwnie patrzą. Ci wszyscy zarabiają przeciętnie 600-800 złotych miesięcznie, a ja na raz wydaję połowę ich pensji na codzienne produkty (największy luksus to paczka łososia i dobry proszek do prania). A przecież ja nie należę do tych ze szczytu piramidy dochodów!

Zróżnicowanie ma sens i ma granice. Ma sens, kiedy za lepszą pracę, wymagającą większych umiejętności lub talentów, otrzymuje się większe pieniądze. Ma granice, kiedy pieniądze zarabiane (nie mówię tu o giełdzie, o miliarderach i wielkich operacjach finansowych, lecz o mniej więcej zwykłych ludziach) przez tych o najwyższych pensjach nie przekraczają mnożnika dziesięć w stosunku do najniższych pensji. Takie zasady przyjmuje się do obliczeń w cywilizowanym świecie. Od zasad są wyjątki, ale naprawdę nieliczne. Kraje, w których rozpiętość pensji (albo wynagrodzeń) jest jak jeden do stu albo nawet większa, to Afryka dzika, z przeproszeniem Afryki. To kraje złodziejskie, w których znaczna część wynagrodzeń nie pochodzi z realnego zysku z produktu pracy, ale z pomocy międzynarodowej lub z budżetu państwa, które zapewnia takie dochody krewnym i znajomym królika, czy wreszcie z ukrytych i pół legalnych form złodziejstwa.

Polska zaczyna zaliczać się do takich państw. I wbrew pozorom nie grozi to rewolucją społeczną, bo biedni są rozproszeni lub przestraszeni, bo nie nauczyciele i panie sklepowe, nie roznosiciele pizzy i urzędniczki, nie listonosze i lekarze doprowadzają do buntów społecznych. Grozi to natomiast degradacją gospodarki i to degradacją praktycznie nieodwracalną. Państwa takie w terminologii ekonomicznej określane są mianem państw-drapieżców (predatory states). Do niedawna świat pomagał takim państwom, teraz się połapał i pomoc wysycha.

Po pierwsze zatem nierówności, horrendalne nierówności wynagrodzeń są po prostu niesprawiedliwe, co jest oburzające moralnie i niezdrowe politycznie, ale - po drugie - ma to fatalne skutki dla gospodarki danego kraju. Proszę zważyć, że nie jestem socjalistą-idiotą i nie nawołuję do zmniejszenia najwyższych zarobków, czyli do zabrania bogatym, bo to zawsze była głupota. Idzie raczej o to, by doprowadzić do zmian strukturalnych, czyli do powstania klasy średniej (chociaż w zakresie zarobków), a w obecnej Polsce mamy do czynienia z przeciwną tendencją. Jeżeli tak pójdzie dalej, to pensje w Polsce nie będą przypominały nawet piramidy, ale iglicę, która wznosi się na płaskim terenie, pełnym dołów i rozpadlin, w których będą siedzieli bezrobotni. Piękny widok!

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 37/2003